|
Blog > Komentarze do wpisu
Rząd i dziennikarstwo obywatelskie
Nicolas Carr w swoim ostatnim wpisie nawiązując do recenzji jego książki "The Big Switch" autorstwa Reed'a Hundt'a z Democracy Journal zastanawia się w którą stronę w przyszłości skręci sieć. Jej rozwój, jak to ma w zwyczaju, porównuje do rozwoju rynku sieci elektrycznej przed stu laty. Wówczas drobnych wytwórców którzy często na własny rachunek, z własnego przyfabrycznego generatora wytwarzali energię dostarczaną do zakładów produkcyjnych, zastąpiły rosnące w siłę zakłady energetyczne. Które zajęły się powszechną elektryfikacją. I które następnie objął kontrolą rząd.
Carr przewiduje, że jesteśmy w przededniu rządowej walki o kontrolę światowej sieci informatycznej. Politycy nie będą zbyt długo czekać i bezczynnie przyglądać się z boku tej oazie wolnego obiegu informacji. Zechcą aktywnie włączyć się w jej współtworzenie i wykorzystać do różnych rządowych programów. Oczywiście w różnych częściach świata w różnym stopniu. Na bank w Chinach, możliwe że w Unii Europejskiej, ale prędzej czy później również w republikańskich Stanach. No właśnie, a co z "rynkiem informacji"? Sieć ma coraz większy udział w działaniu państwa. Coraz częściej mamy do czynienia z e-państwami. Sieć dotyka sfer handlu, z pewnością (chociaż czy w Polsce, to bym polemizował) służb specjalnych, badań, no i przede wszystkim komunikacji (również z lokalnymi strukturami) i przesyłu informacji. Nie łudźmy się, że ten przekaz zawsze sprzyja transparentności działania państwa. Chociaż w parlamencie Estonii posłowie otrzymują ustawy nie na papierze, ale w postaci plików na rządowe laptopy, a wszelkie decyzje rządu natychmiast publikowane są w sieci. Nam to na razie nie grozi. Znacznie bardziej prawdopodobne jest zaś, że rządy zechcą w przyszłości kontrolować informacje publikowane w sieci. Oczywiście nie na taką skalę jak przepływ energii elektrycznej. Będzie to (chyba) niemożliwe. Dziennikarstwo obywatelskie to może być piasek sypany w oczy urzędników od "polityki informacyjnej". Sieć to oczywiście wspaniałe miejsce na prowadzenie publicznych debat. Dziennikarze obywatelscy powinni je zresztą inicjować. Ale są też takie sfery jak terroryzm, gdzie państwo z pewnością zechce mieć monopol na informacje. Lub przynajmniej na czas i "zakres" ich publikacji. W dobie mobilnych urządzeń i powszechnego dostępu do sieci (również w armii) przykładowy filmik (filmik!) z uwolnienia Jerzego Kosa mógłby wypłynąć zbyt szybko. Załóżmy, że do uwolnienia w okolicy byłoby jeszcze pięciu innych Jerzych Kosów. Publikacja mogłaby położyć całą operację, bo druga strona też przecież z sieci korzysta, a nawet wysyła frontowy, obywatelski (w sensie szybkości przekazu) wywiad. A skoro przesłano filmik, to dlaczego nie przesłać mapy z oznaczonymi punktami strategicznymi? Dziennikarstwo obywatelskie charakteryzują lokalność i szybkość przekazu. O ile tę pierwszą cechę raczej wszyscy zaliczą in plus, to w przypadku szybkości sprawa nie wygląda już tak różowo. Ciekawe czy rząd USA, gdzie z pewnością ta forma komunikacji jest najbardziej popularna, pracuje już nad jakimś "czasowstrzymywaczem" albo "kontrolerem" tworzonych przez użytkowników treści? W Polsce póki co sami sobie powinniśmy być kontrolerami, a potem zająć się kontrolą rządu. Dopóki ten będzie nieruchawy tak jak teraz, inicjatywa należy do dziennikarzy obywatelskich. piątek, 21 marca 2008, matesky
TrackBack
Komentarze
2008/03/21 23:04:58
@ols: Ktoś ten filmik z Kosem nagrał, to tylko przykład jak to może zadziałać.
Co zaś do wizji kontroli treści w internecie to wiesz, jeszcze 100 lat temu nie do pomyślenia było, żebyś musiał odprowadzać obowiązkową składkę na państwowe ubezpieczenie ;) A technologia pędzi do przodu duuużo szybciej, niż wielkie projekty społeczne ;) |
Sam Kos to bardzo tajemnicza postać, wcześniej był szefem lotniska w Szymanach (w czasie gdy lądowały tam samoloty CIA). Potem pojawił się w Iraku i od razu (po czterech dniach!) został porwany a następnie odbity, razem z grupą przetrzymywanych z nim Włochów. La Republicca pisała o tej akcji, że została przeprowadzona dzięki temu, że Kos miał w sobie mikroczip, który naprowadził SEALs na cel.
Wizja rządów kontrolujących przepływ treści w internecie jest zabawna - nawet Chińczykom się to nie udaje. Analogia z prądem i siecią energetyczną jest pozorna - budowa sieci energetycznej była deficytowa, finansowały / przeprowadzały ją państwa, dla których była konieczna do rozwoju. Inwestycje typu Hoover Dam czy elektrownia Bełchatów były poza zasięgiem jakiejkolwiek prywatnej firmy (z różnych przyczyn). Z internetem jest inaczej, rozwija się on dzięki ośrodkom akademickim i "internacjonalnym behemotom", wsparcie państwa nie jest mu do niczego potrzebne.