Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

poniedziałek, 11 stycznia 2010

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałem na końcu o małej, ale niezwykle ciekawej pozycji książkowej, w postaci publikacji Stefana Bratkowskiego p.t. "Kilka sposobów na niemożliwość, czyli krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić".

Tytuł długi, ale książeczka bardzo kompaktowych rozmiarów. No i przede wszystkim niezwykle pożyteczna. Pierwszy raz natknąłem się na nią kilka lat temu, kiedy zainteresowałem się tematyką społeczeństwa obywatelskiego, obywatelskiej odpowiedzialności i organizacji pozarządowych.

Na kilkudziesięciu stronach owej broszury, autor zmieścił znakomicie skondensowany zestaw porad, objaśnień i propozycji związanych z działalnością publiczną oraz zwykłym, codziennym życiem w małej, lokalnej społeczności. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich interesujących się polityką i rozwojem gospodarczym. Napisana bez zadęcia, ani wskazywania konkretnych rozwiązań proponowanych przez jakąkolwiek partię polityczną (zresztą żadna z nich nie zajmuje się tego typu codzienną aktywnością obywatelską - na pracy u podstaw nie da się raczej zbić mierzonego procentowo kapitału politycznego).

Stefan Bratkowski w prostych słowach tłumaczy na kartach tej publikacji, dlaczego m.in. warto dobrze prywatyzować gospodarkę (a nie można go raczej posądzić o wolnorynkowy dogmatyzm), dlaczego nasza lokalna społeczność - gmina, miasteczko, osiedle - i aktywność obywatelska weń, są ważniejsze, niż polityczne waśnie na samej górze, na które nie mamy wpływu. Pozycja zawiera wreszcie garść przyszłych rozwiązań gospodarczych dla Polski, które znakomicie poszerzają horyzont i pozwalają zdać sobie sprawę, że warto patrzeć na przyszłość naszego kraju w nieco dalszej perspektywie, niż najbliższe 4 lata.

Wybierzcie się do biblioteki i jeżeli książeczka jest dostępna (a raczej ciężko ją gdziekolwiek dostać) - zapoznajcie się!

Wszystkich, którzy jej nie znają informuję, że piszę o niej także dlatego, że - dobra wiadomość - Stefan Bratkowski w portalu Studio Opinii publikuje w odcinkach jej nową, uzupełnioną (oryginalne wydanie jest już dosyć wiekowe) wersję!

Polecam lekturę kolejnych artykułów z tej serii, bo stanowią świetne kompendium wiedzy i inspirację dla każdego, kto jest zainteresowany działalnością społeczną, dziennikarstwem obywatelskim i przede wszystkim - sprawy publiczne nie są mu obce.

piątek, 01 stycznia 2010

Z początkiem nowego, 2010 roku, postanowiłem (w zasadzie było to moje jedyne postanowienie) poważnie wziąć się za odkurzenie bloga. Przez ostatnie kilka miesięcy nie pojawił się tutaj żaden nowy wpis, ale to nie znaczy, że tematy związane z dziennikarstwem i obywatelskim zaangażowaniem mnie znudziły. Wręcz przeciwnie - sporo przez ten czas czytałem, wyrobiłem sobie kilka nowych opinii (parę z nich ewoluowało w różnych kierunkach - tylko krowa nie zmienia poglądów). Nie dodam co prawda na końcu, jak Józef Oleksy, że będę teraz (tu pada słowo na "K" i nie chodzi w tym wypadku o "kryzys") ostry jak brzytwa. Wystarczy, że mam nowe pomysły i cały czas pewnie rzeczy mnie ciekawią.

A ten rok może tylko sprzyjać rozwojowi nowych form komunikacji, szczególnie na linii władza-obywatele. Jest to rok wyborczy. Jesienią odbędą się wybory prezydenckie oraz samorządowe. Ciekawe, czy eksperci od PR działający w sztabach czołowych kandydatów, wyciągnęli wnioski ze zwycięskiej kampanii Baracka Obamy w USA? Postaram się śledzić rozmaite formy stosowania przez nich nowoczesnych form docierania do potencjalnych wyborców.

Póki co, jedyną jaskółką jest chyba profil Kancelarii Premiera na Blipie (nie jest tajemnicą, że premier Donald Tusk wystartuje do walki o pałac). ^premier zebrał już całkiem spore grono obserwujących go internautów, ale jak na mój gust, ludzie odpowiedzialni za prowadzenie owego profilu powinni tchnąć nieco życia w publikowane statusy. Przydałoby się więcej zdjęć, humoru (wzorem do naśladowania powinien być tutaj oficjalny profil miasta Radom), bo suche informacje, że "o godzinie 13 premier spotka się ze związkowcami", zwykłego wyborcę, użytkownika Blipa, zwyczajnie nudzą i nie są chyba zbyt wartościowe z marketingowego punktu widzenia (ale może się mylę?).

W związku z rychłym początkiem kampanii wyborczej, chciałem polecić również ciekawą inicjatywę dziennikarza Polsatu Tomasza Machały, jaką jest serwis Kampania na żywo. Znaleźć tam można opinie, sondaże, filmy i rzetelne analizy dotyczące toczącej się już na co dzień "gry przedwyborczej", a także na bieżąco doglądać najnowsze wpisy red. Machały publikowane na Twitterze.

Serwis ten jest także ciekawym przyczynkiem do rozważań na temat dalszego zagospodarowywania przestrzeni Internetu przez zawodowych dziennikarzy. Jak widać, nie wszyscy obawiają się tego medium. "Kampania na żywo" jest obecna na Facebooku, a sam red. Machała jest chyba pierwszym w Polsce dziennikarzem, który postanowił opisywać nadchodzącą rozgrywkę polityczną w tak nowoczesnej konwencji. Myślę, że sieć czeka na tego typu inicjatywy, bo nie może być przecież domeną tylko i wyłącznie mediów obywatelskich.

Mnie osobiście ciekawią także lokalne inicjatywy kandydatów do samorządów oraz społeczne inicjatywy na rzecz poparcia lokalnych komitetów. Czy coś takiego urodzi się w najbliższych miesiącach? Co z rządowymi planami "Polski cyfrowej"? O tym wszystkim zamierzam pisać w 2010 roku.

Ale przede wszystkim - szczęśliwego!

22:31, matesky
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 października 2009

Tegoroczny Kongres Kultury Polskiej w Krakowie zbiegł się w czasie z głośnym wyciekiem z wytwórni SP Records nowego albumu zespołu Kult. Na dwa tygodnie przed jego oficjalną premierą. To wydarzenie wywołało sporo emocji w sieci, a także poza nią. Lider Kultu, Kazik Staszewski, w niecenzuralnych słowach zwrócił się do swoich fanów z ostrzeżeniem, aby nie podnosili z ziemi "kradzionego". Delikatnie mówiąc.

W zasadzie powiedział otwarcie - kto połasi się na upchniętą gdzieś na serwerach Rapidshare albo torrentach paczkę z MP3, ten jest "kurwą marną".

Dwudziestopięciolatek z okolic Rzeszowa, który okazał się, jak to się ostatnio modnie mówi - "źródłem przecieku", został dosyć szybko zidentyfikowany przez organa ścigania. Grozi mu kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Kult nie jest jednak jedyną ofiarą postępu cywilizacyjnego. Postępu wszechobecnych technik cyfrowych. W przeszłości płyty wyciekały dużo większym i popularniejszym kolegom po fachu Kazika, jak chociażby zespołowi U2. W Polsce, w tym samym czasie co "Hurra!", ktoś przedpremierowo wyniósł z tłoczni także nowe płyty Kayah i rapera oraz producenta L.U.C-a. Ten ostatni jest autorem znanego określenia "soviet mental". Użył go na swojej poprzedniej (bardzo dobrej) płycie "Planet L.U.C", w celu opisu znacznej części społeczeństwa kradnącego płyty na potęgę ("wiem, że ty też wiesz i dobrze znasz nasz soviet mental - byleby mieć i nie zapłacić ani centa").

Moim zdaniem soviet mental tkwi w zupełnie innym miejscu. Po pierwsze - czy oburzenie z powodu wycieku kolejnej płyty jest dzisiaj w ogóle uzasadnione? Żyjemy w XXI wieku. Cyfrowe technologie otaczają nas z każdej strony. Kradzież płyty z wytwórni nie stanowi już tak wielkiego problemu, jak kiedyś. Wyciekają hasła z Wykopu, wyciekają hasła z Gmaila, wyciekają i płyty z wytwórni. To raz.

A dwa, czy ktoś wyobraża sobie dzisiaj świat muzyki bez iPodów? Bez Last.fm? Tak, tak, drogi Kaziku, wiek XX zafiniszował znacznie szybciej, niż to przewidywałeś na "Melassie". Żyjemy w erze MP3.

Dzisiejsze podejście do tematu "ściągania muzyki z internetu" jakie reprezentują wytwórnie, ale przede wszystkim Związek Producentów Audio-Video jest anachronizmem. Udawanie, że MP3 to tylko nielegalna zabawa i stawianie sprawy w sposób - albo kupujesz CD i słuchasz go w domu, albo jesteś złodziejem - jest po prostu śmieszne. Czasu nie da się cofnąć. Rynek muzyczny i przede wszystkim styl życia uległ zasadniczej zmianie. Dzisiaj lubimy mieć swoją ulubioną muzykę "przy sobie", na jednym z przenośnych urządzeń (chociażby w telefonie komórkowym) i słuchać jej kiedy dusza zapragnie.

Niestety, środowisko fonograficzne nie bardzo chce zauważyć te zmiany. Dało temu wyraz podczas wspomnianego Kongresu Kultury Polskiej, gdy pomysły znanego orędownika wolnej kultury, Jarosława Lipszyca, nazwało "bolszewickimi".

A przecież nikt nie mówi - hej, majorsy, Wy już się najedliście, dajcie nam teraz płyty za darmo! Chodzi o to, że skostniały ZPAV, poprzez swoją działalność (a raczej jej brak) na zmieniającym się rynku muzycznym, kompletnie zaniedbał kwestię nowoczesnej, cyfrowej dystrybucji muzyki. Dla nich muzyka to wciąż CD i kaseta magnetofonowa, których wizerunek ozdabia nalepkę na każdej zakupionej płycie. Dlaczego do dzisiaj w Polsce nie robi się nic w celu rozwijania rynku legalnych utworów MP3 (no, poza Muzodajnią sieci komórkowej Plus, ale to zdecydowanie za mało, jak na dzisiejsze czasy)? Czy w ZPAV słyszeli o iTunes?

No właśnie. Bo soviet mental jest w ZPAV, a nie wśród słuchaczy MP3. Oczywiście, jest spore grono dzieciaków "mam 80GB muzy na HDD". Należy im współczuć. I są cwaniacy masowo udostępniający i handlujący pirackimi nagraniami. Należy ich zamknąć. Ale jest też ogromna rzesza szanujących artystów słuchaczy, kupujących oryginalne płyty. Nie można im jednak zabraniać możliwości "zgrania MP3" do swojego telefonu i nazywać złodziejami tylko dlatego, że chcą posłuchać swojej ulubionej muzyki w autobusie. Wielu słuchaczy przed zakupem oryginału dokonuje po prostu "odsłuchu" w MP3, a potem idzie kupić legalny album. Czy artyści z tego powodu coś tracą? Chyba tylko nieświadomych słuchaczy. Zresztą to owi "piraci" z reguły kupują najwięcej legali i chodzą na koncerty, bo naprawdę kochają muzykę.

Wracając na koniec do L.U.C-a i soviet mentalu. L.U.C wypuszcza naprawdę "wypasione" wydawnictwa. Wspomniany "Planet L.U.C" to CD, DVD z filmem oraz książeczka z tekstami i rysunkami w twardej oprawie stylizowana na serię "Poczytaj mi mamo". Każdy szanujący się fan nowych brzmień powinien mieć ten album w oryginale, bo po prostu artysta na to zasłużył, a poza tym bardzo ładnie prezentuje się na półce. Ja mam, ale tak go lubię, że ściągnąłem też MP3. Przy okazji nie niszczę płyty. Niech stoi, wygląda ślicznie!

L.U.C-u, na następnym albumie, parafrazując Twój tekst, porymuj: miliony słów, ale jedna pointa, czas ruszyć ZPAV, by pożegnać soviet mental. Bo inaczej jeszcze długo będziemy trzecim światem, jeżeli chodzi o legalną dystrybucję muzyki w sieci. Szkoda tylko, że następny Kongres Kultury Polskiej odbędzie się zapewne nieprędko. Ale może Kazik odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Prawdę mówiąc, jako fan liczyłem, że to on zainicjuje dyskusję na ten temat. Może jeszcze trochę poweru z czasów, gdy śpiewał "muj wydafca jest złodziejem" Kazikowi zostało?

wtorek, 29 września 2009

12 września minęła w Polsce dokładnie dwudziesta rocznica ukonstytuowania się pierwszego po II Wojnie Światowej, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Z tej okazji w internecie wystartował specjalny plebiscyt pod nazwą "20latRP.pl - Pochwalmy się!". Jego celem jest wybór regionalnych sukcesów, jakimi może poszczycić się wolna od 1989 roku Rzeczpospolita Polska, a także propagowanie pozytywnego myślenia i walka z postawą spod znaku "nic nam się nie udaje". Akcja potrwa do końca października i zostanie podsumowana tuż przed Świętem Niepodległości. Organizatorem jest Europejskie Centrum Solidarności, a honorowy patronat nad wydarzeniem objęli m.in. Lech Wałęsa, Andrzej Wajda i ks. kardynał Stanisław Dziwisz.

Autorzy plebiscytu są zdania, że ostatnie 20 lat budowania niepodległej ojczyzny, jest naszym wspólnym sukcesem. Sukcesem wszystkich Polaków. Podkreślają, że to polskim elitom politycznym udało się doprowadzić do bezprecedensowych w bloku wschodnim czerwcowych wyborów i w efekcie zaprzysiężenia Tadeusza Mazowieckiego na premiera. To wydarzenie rozpoczęło cykl niekiedy bolesnych, ale potrzebnych reform. Dzięki nim, wszyscy Polacy mogli rozpocząć nowe życie we w pełni demokratycznym, samorządnym kraju i budować swoje małe, lokalne sukcesy. To właśnie im poświęcony jest plebiscyt 20latRP.pl.

Sukcesy Polski to bowiem nie tylko akcesja do NATO, Unii Europejskiej, a w niedalekiej przyszłości przyjęcie wspólnej waluty i organizacja piłkarskiego Euro2012. To także wiele korzystnych zmian w lokalnych społecznościach miast, miasteczek, wsi, a także, co najważniejsze - naszych rodzin. Plebiscyt ma być właśnie swoistym "albumem ze zdjęciami" naszych sukcesów, podsumowującym dorobek ostatniego dwudziestolecia. Towarzyszy mu również książka Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetko p.t. "Nasza Historia/20latRP.pl", opisująca najważniejsze tematy, jakimi żyli w tym czasie Polacy - od lustracji, przez sukcesy i porażki sportowe, po stan polskiej kultury. Najważniejszym celem akcji jest jednak wykorzystanie dzisiejszej rocznicy do pochwalenia się polskimi sukcesami.

"20latRP.pl - Pochwalmy się!" to projekt w pełni multimedialny, dziejący się głównie w internecie. Sporządzony spis "regionalnych skarbów Polski" zostanie wykorzystany również do promocji naszego kraju podczas wystawy EXPO-2010 w Szanghaju. Plebiscyt podzielono na osiemnaście kategorii odpowiadających najróżniejszym dziedzinom życia, takim jak kultura, sport, rozrywka. Nie zapomniano także o ciekawych ludziach. Nominacji dokonają samorządy wojewódzkie, prezydenci miast oraz dziennikarze i eksperci. Następnie internauci będą mogli głosować na wyselekcjonowane dla każdego województwa "50 skarbów Regionu". Te, które zbiorą najwięcej głosów, trafią na stronę PolskieSkarby.org, która będzie kontynuacją projektu w 2010 roku i podczas kolejnych imprez promujących Polskę (przygotowana zostanie również anglojęzyczna wersja strony).

Internauci dokonają wyboru w trzech kategoriach - Człowiek, Otoczenie i Dzieło. W plebiscycie będzie więc można wskazać zarówno osoby, które wyznaczały i wyznaczają wysokie standardy zawodowe i etyczne, są inspiracją dla innych, czy stały się prawdziwymi bohaterami regionów, jak również budynki użyteczności publicznej, inwestycje które zmieniły życie mieszkańców poszczególnych gmin, tradycyjne zabytki albo lokalne wydarzenia i zjawiska kulturalne. Z pewnością plebiscyt jest znakomitą okazją do promocji dla samorządów i regionów Polski lokalnej, jak i pochwalenia się przez jej mieszkańców swoim dorobkiem. Nie warto zmarnować tej szansy.

Serwis mojeopinie.pl został jednym z patronów medialnych akcji.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Temat płatnych treści w Internecie coraz częściej absorbuje zainteresowanych rozwojem mediów użytkowników sieci i czytelników gazet. Zapraszam do lektury wywiadu z Markiem Millerem, autorem bloga "em jak Media", fanem mediów i komunikacji, zawodowo koordynatorem projektów w Polskapresse:

Cześć Marek. Od jakiegoś czasu na Twoim blogu dominują wpisy związane z wprowadzeniem przez redakcje prasowe opłat za treści w Internecie. Temat ciekawy i chyba powoli przebijający się do świadomości coraz szerszych mas internautów. Chociaż póki co dominuje chyba postawa "dlaczego mam płacić za coś, co do tej pory było za darmo"?

- Temat jest fascynujący z kilku względów. Sprzedaż prasy drukowanej w USA dramatycznie spada, a jako winnego tej sytuacji, nie bez powodu wskazuje się Internet. Wiele lat temu wydawcy dostrzegli jego potencjał, do tej pory nie zbudowali jednak właściwego modelu biznesowego. Czyli takiego, który pozwoliłby uzupełnić spadające przychody ze sprzedaży egzemplarzowej i przede wszystkim spadające przychody z reklam. Najprostszym rozwiązaniem jest szukanie dodatkowych strumieni przychodowych - stąd nagła, wspólna potrzeba wprowadzenia opłat za treści w Internecie. Ta postawa, o której wspominasz, czyli "dlaczego mam płacić za coś, co do tej pory było za darmo", reprezentuje bardzo konsumencki punkt widzenia. Patrząc jednak na to oczami wydawców, można sformułować inne pytanie - dlaczego mam udostępniać za darmo coś, czego wyprodukowanie jest dla mnie kosztem? Fakt, strategia ta trwała przez lata, rynek
był dezorientowany (otrzymywał dwa podobne produkty, jeden płatny, drugi darmowy). Teraz powoli następuje zmiana tego stanu rzeczy. Pytanie, czy nie za późno.

Nie uważasz, że żyjemy w jakimś "okresie przejściowym"? Gazety nie są już jedynymi dysponentami opinii i przede wszystkim informacji. Dzisiaj wszystko jest w sieci. Jednocześnie redakcje nie podjęły jeszcze żadnych zdecydowanych decyzji o zagospodarowaniu przestrzeni Internetu. Dominuje więc plotka, sensacja, tabloid.

- Wierzę jeszcze w siłę marki. Owszem, gazety nie są już jedynymi dysponentami informacji, ale nadal mają potężny zasięg. Innymi słowy - temat odkryty przez blogera trafi w ciągu dnia do kilku tysięcy osób. Ten sam temat podchwycony przez gazetę następnego dnia poszerzy ten zasięg o kilkaset tysięcy czytelników. Z tego powodu, mimo lat bierności, nadal widzę olbrzymi potencjał, jaki mają wydawcy w zagospodarowywaniu Internetu. Sądzę, że powinniśmy przestać myśleć o gazetach w sieci sensu stricte. Wydawcy prasowi powinni spojrzeć na siebie jako na organizacje newsowe, dystrybutorów informacji. W Polsce dawno zrozumiała to już Agora, która poza stroną gazety i portalem ogólnoinformacyjnym, stara
się zagospodarować każdą możliwą niszę. Póki co są to informacje darmowe (sądzę, że długo takie pozostaną), ale kto wie, może niedługo nie tylko zasięg, ale i profil czytelnika będzie miał dla reklamodawcy większe znaczenie? Tabloidyzacja zawsze będzie istniała. Tak długo jak treści będą bezpłatne, tak długo jedynym wyznacznikiem sukcesu wydawniczego
projektu internetowego będzie ilość osób go odwiedzających. Większość z nas niestety jest leniwa - lubi szybkie, sensacyjne, plotkarskie informacje. I tym niestety będziemy karmieni, ponieważ takie materiały przyciągają tłumy, a to z kolei przekłada się na przychody z reklamy.

Myślisz, że będzie lub może już jest wśród czytelników popyt na płatne materiały redakcyjne dostępne w Internecie?

- W USA i na świecie ten popyt jak najbardziej istnieje. Materiały z gazet takich jak "Financial Times", "Wall Street Journal" czy tygodnika "Economist" od samego początku były płatne lub miały ograniczony dostęp. Nie tracąc na swej jakości w papierze, wydawcy tych tytułów w taki sam sposób upozycjonowali się w Internecie. Marki te są wartościowe i wiarygodne dla czytelnika, a informacje przez nie sprzedawane są trudne do znalezienia w jakichkolwiek innych mediach.
Czyli po raz kolejny można zaobserwować jak ważna jest niszowość w sprzedawaniu informacji. W Polsce nie widzę na razie możliwości sprzedawania treści przez gazety. U nas problem leży raczej w bezprawnym wykorzystywaniu treści dziennikarskich przez portale, agregatory newsów. Sądzę, że dla wydawców tutaj leży duży pieniądz, po który powinni się schylić. Portale jak Onet, Wirtualna Polska, Interia bazują na treściach gazetowych. Przy odpowiednich umowach z tymi portalami, wydawcy mogliby zarobić na treściach, odciążając jednocześnie od takich płatności samego czytelnika. Łatwo sobie wyobrazić efekt strategii sprzedaży treści przez wydawców, jeżeli równolegle z takim działaniem wspomniane portale rozdawałyby podobną treść bez opłat.

Za co Twoim zdaniem ludzie będą skłonni płacić? Pogłębione opinie, analizy? A może jedyny pieniądz będzie można uzyskać z prenumerat płatnych biuletynów ze skomplikowanymi raportami gospodarczymi, z których skorzystają jedynie specjaliści?

- Nisze wydają się tutaj kluczem. Nisze, rozumiane bardzo szeroko - od pełnych analiz sytuacji gospodarczej, przez informacje regionalne i lokalne, po serwisy z informacjami dla znudzonych gospodyń domowych. W zależności od contentu, różny powinien być system płatności tworzony pod kątem targetu takich portali. Czytelnik zapłaci za taką
informację, jakiej nie znajdzie nigdzie indziej. Dlatego nisze powinny być priorytetem w wydawniczych strategiach online.

Co będzie najtrudniejsze w przekonaniu czytelników do faktu, że pewna część Internetu zostanie nagle zamknięta? Decydowała będzie marka danego medium i wiarygodność serwowanych przez nich informacji? Czytelnicy są przecież przyzwyczajeni, że skoro dana redakcja umieszcza coś w sieci, to robi to za darmo.

- Osobiście nadal uważam wizję "zamknięcia" części Internetu za utopijną. Amerykańskie wydawnictwa powoli zrzeszają się ponoć na jednej platformie, Journalism Online, która ma im umożliwić pobieranie opłat za treści w różnych konfiguracjach płacowych. Rozsądek podpowiada mi jednak, że zawsze znajdzie się silniejszy gracz, który będzie kontynuował umieszczanie treści za darmo, dla samego faktu osłabienia konkurencji i przejęcia ich czytelników. Duży brytyjski
gracz, "The Guardian" zapowiedział już, że do wspólnej platformy Journalism Online się nie przyłączy. I nie zamierza pobierać opłat za treści. Rupert Murdoch deklaruje chęć wprowadzenia takich opłat, ale jako termin podaje czerwiec przyszłego roku, co według mnie jest po prostu czasem na obserwację rynku. Z tych względów rozumiem problem
wydawców, ale nie wierzę w ich jedność we wspólnym wprowadzaniu opłat za treści. To przyzwyczajenie, o którym wspominasz jest bardzo ważne. Wprowadzenie opłat może zaowocować negatywnym postrzeganiem marki, nie
tylko w Internecie. Czytelnik, który przez lata miał wszystkie treści za darmo zdążył zrozumieć już swoją rolę jako odbiorcy reklam we wszystkich postaciach (bannery, pop-upy itp). Jeżeli nagle będzie musiał za to płacić, poczuje się oszukany.

Kto w Polsce ma Twoim zdaniem szansę zacząć zarabiać na płatnych treściach w Internecie? Będzie to któraś z obecnych redakcji? A może po prostu wystarczy wskoczyć w niszę np. testów komputerowych, o czym pisał niedawno Paweł Wimmer?

- Śladem doświadczeń z USA - z obecnych redakcji widzę tutaj szansę dla "Pulsu Biznesu" czy "Gazety Prawnej" (w obecnym kształcie, ponieważ nie wiem czego się spodziewać po połączeniu jej z "Dziennikiem"). Oba tytuły serwują czytelnikom content typu premium, z jednej strony newsowy, z drugiej poszerzony o komentarz specjalisty i analizę. Podobnie "Rzeczpospolita" i jej kolorowe strony. Wszystko jest kwestią odpowiedniego modelu biznesowego. Po wprowadzeniu opłat, z pewnością wielu czytelników zrezygnuje z kontaktu z danym tytułem. Pytanie, jak silna jest grupa czytelników, którzy byliby gotowi zapłacić za informację z danej gazety. Co do przykładowej niszy testów komputerowych - uważam, że zagospodarowując niszę trzeba myśleć dwutargetowo: o czytelnikach i reklamodawcach. Dla czytelników ten temat może być bardzo pożądany, ale tak samo pożądane będą obiektywność i przejrzystość tej oceny. Teraz pytanie, czy taki serwis umieszczający np. reklamę komputerów DELL będzie w stanie obiektywnie przetestować i ocenić tę markę? Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę budując model biznesowy online. Można też przyjąć model brytyjskiego magazynu poradnikowego "Which?" który pobiera opłaty za content, ale jest wolny od reklam.

Przybliż proszę na koniec czytelnikom bloga, jak wygląda aktualnie sytuacja w USA, jeżeli chodzi o wprowadzanie przez redakcje gazet płatnych treści. W końcu są pionierami w tej dziedzinie. Ktoś już na nich zarabia? Jakie są reakcje czytelników?

- Wspomniałem już o tym, ale zawsze będę wracał do modeli dzienników "Wall Street Journal" i "Financial Times" oraz tygodnika "Economist". Są to tytuły, które od początku swego istnienia w sieci pobierają opłaty za możliwość korzystania ze swoich zasobów. Dzięki temu, nie mają problemu, że czytelnik może się obrazić nagłą zmianą strategii. Najpopularniejsza amerykańska witryna internetowa związana z gazetą - nytimes.com, czyli strona "New York Times" eksperymentowała dwa lata temu z opłatami. Efektem był tak duży odpływ czytelników, że wydawca szybko wycofał się z tego pomysłu.
"Valley Morning Star" to lokalny dziennik ukazujący się w Teksasie, który niedawno postanowił pobierać opłaty za swoje treści w Internecie. Do tego ruchu gazeta zmuszona została przez gwałtowny spadek sprzedaży wydania papierowego i odpływ prenumeratorów. Za wcześnie jest mówić o rynkowym efekcie tego ruchu, prawda jest jednak taka, że lokalne treści zostały postrzeżone jako niszowe i trudne do znalezienia gdzie indziej - to w mojej opinii tłumaczy decyzję wydawcy.
Słyszy się także o planowanej wspólnej platformie wydawniczej dla gazet, które szukają możliwości monetyzowania treści online. Platforma Journalism Online ma już podobno ponad 500 zwolenników, w tym ok. 170 wydawców  gazet codziennych. Platforma ta ma pomóc w pobieraniu opłat poprzez kilka modeli, w świetle których czytelnik ma mieć możliwość zapłacenia za pojedynczy tekst lub czasowy dostęp do treści. Przychody miałyby być dzielone ze względu na źródło pochodzenia danej treści. W jedności jednak siła, jeżeli znajdzie się kilku dużych graczy, którym pomysł wspólnej platformy nie przypadnie do gustu, plan ten spali na panewce. Żyjemy w bardzo interesujących czasach, które na bieżąco
wpływają na kształt przyszłych gazet.

wtorek, 04 sierpnia 2009

Pojawienie się w ostatnich dniach wyszukiwarki na stronie głównej Twittera dowodzi kierunku, w jakim zmierza ten serwis. Okazuje się, że początkowo niewinne statusy informujące znajomych o tym "co teraz robię", przekształciły się w strumień tworzący światowe trendy popularności danych tematów w sieci (wybory w USA, zamieszki w Iranie, śmierć Michaela Jacksona).

Być może twórcy Twittera planowali rozwój serwisu w tym kierunku? A może po prostu te tłumy mikroblogerów wyrwały im się spod kontroli tworząc wielkie, światowe medium nowej generacji? Wyszukiwarka na stronie głównej Twittera to mała, ale znacząca zmiana. Pokazuje w którą stronę skręca szukanie informacji w sieci. Internet staje się coraz bardziej społeczny, a suche dane zastępuje strumień emocji żywych ludzi nadawany na żywo za pośrednictwem krótkich wpisów. Teraz z wykorzystaniem Twittera można śledzić najważniejsze tematy, nawet z jednego dnia.

Ciekawym serwisem badającym trendy na Twitterze i zbierającym je w jednym miejscu jest Tweetzi (Daily Tweet). Serwis na bieżąco tworzy zestawienie i wyświetla obecne trendy, ale możemy też zobaczyć czym żył Twitter przez ostatnie 24 i 48 godzin. Ostatnio na topie był np. temat śmierci wielkiego trenera piłkarskiego, Bobby'ego Robsona - RIP Sir Bobby Robson. Po wybraniu trendu, na stronie widzimy strumień wpisów z Twittera związanych z tym wydarzeniem, a także wpisy z serwisu Friendfeed. Zestawienie obejmuje również linki, wpisy z blogów, informacje zebrane z innych serwisów i Wikipedii oraz zbiór związanych z osobą trenera filmów z Youtube.

Zanim rozpoczniemy codzienną lekturę RSS, warto odwiedzić Tweetzi i przeprowadzić szybką prasówkę najpopularniejszych obecnie tematów w sieci.

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

W sobotę obchodziliśmy 65. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Abstrahując od różnych ocen tego historyczno-politycznego wydarzenia trzeba przyznać, że 1 sierpnia jest jedną z najlepiej marketingowo "opakowanych" dat w polskim kalendarzu. Od kilku lat temat Powstania wreszcie jest należycie eksploatowany, z korzyścią dla nas wszystkich. Muzeum Powstania Warszawskiego to chyba najciekawsza obecnie tego typu placówka w Polsce, w której zaprezentowano szereg multimedialnych nowinek dla zwiedzających. Norman Davies napisał znakomite "Powstanie 44". Organizowane są koncerty.

Do obchodów kolejnej rocznicy zaprzęgnięto także Internet. Przede wszystkim w sieci pod adresem 1944.pl działa bardzo dobra strona Muzeum Powstania Warszawskiego. Poza standardowymi informacjami o instytucji i galerią archiwalnych zdjęć, działa ciekawy dział Wirtualna Historia gdzie można znaleźć uszeregowane fakty i terminy związane z Powstaniem. Poza opisami kolejnych akcji militarnych do dyspozycji czytelnika są także informacje o życiu codziennym obywateli walczącej Warszawy, gdzie poruszono m.in. kwestię aprowizacji, czy działalności Straży Pożarnej. Jest także sklep internetowy, gdzie do nabycia są książki i płyty związane z Powstaniem (m.in. znakomita, głośna, rockowa kompilacja "Gajcy"). Wreszcie na stronie możemy wejść do Wirtualnego Muzeum. Jest to najciekawsza część witryny, a za jej pośrednictwem możliwe jest wirtualne zwiedzenie najważniejszych punktów ekspozycji dostępnych w Muzeum. Jest tutaj wszystko, czego wirtualny zwiedzający potrzebuje - eksponaty 3D, filmy, zdjęcia, mapy, dokumenty. Z pewnością strona Muzeum Powstania Warszawskiego zasługuje na uwagę.

Placówka jest także obecna w serwisie mikroblogowym Blip, gdzie na bieżąco informuje o wydarzeniach związanych z obchodami rocznicy Powstania oraz własną działalnością.

Innym internetowym projektem jest inicjatywa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Pod adresem 1944.uke.gov.pl znajduje się strona poświęcona łączności w Powstaniu Warszawskim. Jest to bardzo ciekawy temat, a witryna przygotowana przez UKE pozwala zapoznać się ze skanami meldunków, depesz, czy wykazów kodów wykorzystywanych w łączności radiowej. W dziale eksponatów wyróżniono łączność kurierską, przewodową i radiową. W Multimediach zaś mamy okazję posłuchać plików radiowych z archiwalnymi nagraniami.

Na koniec warto wspomnieć również o filmie przygotowywanym przez Tomasza Bagińskiego. Powstająca we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego animacja "Hardkor 44" przedstawi tematykę Powstania w zupełnie innych, multimedialnych barwach z domieszką sciencie-fiction. Na razie ze strony projektu można pobrać paczkę z projektami plastycznymi.

Jak widać w Internecie znajduje się spora ilość informacji związanych z Powstaniem i warto usiąść przed monitorem, aby się z nimi zapoznać.

czwartek, 30 lipca 2009

W swoim ostatnim wpisie na Makroskopie Edwin Bendyk wspomniał o IT Dashboard. Jest to narzędzie służące do monitorowania przez obywateli USA rządowych wydatków na administrację. Zbierane tam dane są niepełne, dlatego każdy aktywny obywatel może je uzupełnić (lub chociażby dla wygody kolejnych czytelników po prostu otagować) korzystając z platformy Transparency Corps.

Autor wspomniał przy okazji o podobnym portalu pod nazwą Moja Polis, który na jesieni wystartuje w Polsce. Moja Polis ma być interaktywnym systemem monitoringu partnerstwa lokalnego i rozwoju aktywnych społeczności lokalnych. W założeniu służyć ma wzmacnianiu partnerstwa lokalnego, a także współpracy pomiędzy organizacjami pozarządowymi i jednostkami samorządu terytorialnego. W serwisie mają się znaleźć rozmaite dane i statystyki na temat poszczególnych terytoriów, a także społeczności lokalnych żyjących w danym regionie, czy subregionie Polski. Serwis ma być także głównym źródłem informacji dla instytucji zajmujących się tworzeniem strategii rozwoju i oceną projektów służących rozwojowi lokalnemu.

W ramach projektu przeszkoleni zostaną przedstawiciele samorządów, głównie w kwestii współpracy z lokalnymi NGO-sami. Społecznościom lokalnym udostępnione zostaną narzędzia diagnostyczne oraz specjalny podręcznik na temat możliwości lepszej kontroli społecznej projektów. Potem z tej współpracy zostaną sporządzone statystyki, a wypracowany model ma służyć polskim gminom i powiatom w przyszłości.

Wszystko to brzmi bardzo ciekawie, ale trzeba zadać sobie jedno, podstawowe pytanie: czy znajdą się w tych gminach zainteresowane tego typu programem osoby? Czy tam już mieszkają obywatele? Mam mieszane odczucia. Jako redaktor naczelny lokalnego magazynu miałem przyjemność uczestniczyć rok temu w cyklu konferencji poświęconych partnerstwu lokalnemu. Cykl obejmował wdrożenie programu partnerstwa na terenie powiatu, rozwój lokalnego kapitału społecznego i "beczki" zasobów społeczno-gospodarczych. Podczas konferencji wszystko wyglądało bardzo fajnie - wykresy, masa pomysłów, plany na przyszłość (na koniec odbyły się prezentacje grup na temat kierunków rozwoju).

Obywatelskie nastawienie i nastrój aktywności społecznej mijał zazwyczaj z chwilą opuszczenia miejsca konferencji. W spotkaniach brali udział samorządowcy,  wybrani przedsiębiorcy, przedstawiciele NGO-sów. Wiem, że to oni będą "ciągnąć" ten rozwój do przodu, ale jednocześnie w gminach cały czas widoczny jest brak jakiejkolwiek (z małymi wyjątkami) aktywności wśród obywateli. Prezentują oni często swoistą, typowo jeszcze polską "niezależność" - niezależnie, jakie propozycje zmian pojawiają się na horyzoncie, zawsze jest okazja, by ponarzekać.

A jest co monitorować. W mojej gminie po cyklu konferencji wykluła się tzw. lokalna grupa działania, która pozyskała całkiem pokaźną sumkę funduszy europejskich do rozdziału między tymi mieszkańcami gminy, którzy wykażą się aktywnością i zaprezentują plan rozwoju - czy to na obszarach wiejskich (turystyka, rekreacja), czy w mieście (imprezy kulturalne, małe przedsiębiorstwa). Z drugiej strony, samorząd otrzymał równie sporą dotację na budowę kanalizacji w mniejszych miejscowościach na terenie gminy. Aż prosi się, aby to wszystko było pod społeczną kontrolą. Jednak gros mieszkańców "w ogóle nie interesuje się polityką" , a przecież chodzi tylko o uporządkowanie własnego podwórka.

Wszystko zaczyna się od małych rzeczy. Skoro mieszkańcy bloku nie potrafią na komitecie osiedlowym dojść do porozumienia i wypracować jednolitego stanowiska w sprawie - czy na wiosnę malujemy klatki, a jesienią wymieniamy chodnik, czy może odwrotnie - to nie ma mowy o jakiejkolwiek kontroli. Można tylko wejść na lokalne forum i poczytać, kto komu i ile posmarował w urzędzie, w wyniku czego "dostał kasę z UE".

"Kilka sposobów na niemożliwość, czyli krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic nie da się zrobić" Stefana Bratkowskiego powinien być rozdawany wszystkim mieszkańcom gmin, zanim wdrożony zostanie jakikolwiek program monitoringu partnerstwa lokalnego. Książeczka jest krótka, ale treściwa. Wielkie zmiany zaczynają się od malutkich porządków na własnym podwórku - bez obywateli rozumiejących tę prostą zależność nie możemy mówić o społeczeństwie obywatelskim w Polsce. Które na szczęście powoli się kształtuje.

środa, 29 lipca 2009

Paweł Wimmer opublikował dzisiaj na swoim blogu "Poradnik internauty" ciekawy wpis na temat zmian zachodzących w specjalistycznej prasie IT. Na wstępie przypomniał, jak wyglądały i działały tego typu redakcje na przestrzeni ostatnich 19 lat. Co ciekawe, mimo zmian spowodowanych znacznie szybszym obecnie przepływem informacji w sieci, większość redakcyjnych działów newsowych, jak zauważył Paweł, działa na tych samych zasadach. Podawane przez nich informacje często od dawna krążą po sieci, zaś sekcje z obszernymi analizami i testami wcale nie zyskują na objętości. Jak nakazywała by logika - istotą istnienia tego typu periodyków powinny być właśnie rozbudowane artykuły, które zresztą na papierze czyta się znacznie wygodniej niż w Internecie.

Z drugiej strony autor twierdzi, że mimo spadających nakładów, coraz mniejszych wpływów z reklam i zwolnień w samych redakcjach pism komputerowych, niespecjalnie atakują one przestrzeń sieci. Zdaniem Pawła jest to spowodowane tradycją, przyzwyczajeniem do budowy przez lata solidnej, "papierowej" marki, która znacznie przewyższa poziomem rozmaite "publikatory" internetowe.

Jest w tym sporo racji. Sam przez lata byłem czytelnikiem znakomitego miesięcznika Świat Gier Komputerowych (od 1997 roku, ale wiem, że po Ziemi chodzą dinozaury czytające go od początku, łącznie z Bajtkiem, Secret Service etc). Poziom tekstów - recenzji, ale i działów tematycznych (pamięta ktoś "Kantynę", czy "Świat według ManJAka"?) był bardzo wysoki. Lektura ŚGK pozwoliła wielu młodym czytelnikom wykształcić uporządkowany styl pisania, który jednak znacznie różni się od dzisiejszych gigantów Internetu w temacie gier. Lubię czytać Polygamię, gdzie język jest zupełnie inny - szybszy, bardziej lakoniczny. Teksty różnią się od tych publikowanych w ŚGK diametralnie, ale wcale nie są gorsze - po prostu do sieci pisze się inaczej, niż do papieru. I może to jest największą przeszkodą dla dziennikarzy tradycyjnych pism branży IT?

Sieć wymusza interakcję z czytelnikiem. Każdy artykuł jest komentowany, czego w przypadku papierowych magazynów nie było. Autorzy muszą na bieżąco śledzić płynący od komentatorów feedback, bo zwykła publikacja i pozostawienie tekstu samemu sobie mija się tutaj z celem. Dużo mówi się o tym, że doświadczeni dziennikarze tradycyjnych mediów nie za bardzo rozumieją specyfikę mediów społecznych i dlatego opierają się zmianom. Ale Paweł Wimmer ma rację - te zmiany będą musiały nastąpić. Pytanie - kto zrobi to pierwszy i wskoczy w tę sieciową próżnię wypełniając ją materiałami na wysokim poziomie?

Powstające w sieci od podstaw profesjonalne redakcje z pewnością będą miały przewagę nad buzującymi, rozproszonymi treściami płynącymi od blogerów. Głównie jeśli chodzi o dostęp do wiedzy i sprzętu. To podstawowa różnica. Na blogi, czy portale, trafiają teksty z reguły krótsze, gdzie często opinia autora odgrywa kluczową rolę. Blog ze swej natury wymusza krótszą i znacznie szybszą formę publikacji. Dogłębne analizy wymagają jednak czasu i testów. W grę wchodzi także profesjonalna korekta i pewien standard publikacji (style guide) niezbędny w profesjonalnych redakcjach internetowych, a także wewnętrzny, informatyczny system zarządzania informacjami krążącymi po zinstytucjonalizowanej redakcji (teksty, zdjęcia). Taki dziennikarz publikujący w Internecie powinien mieć rzecz jasna wiedzę na temat tego, co to jest tag, ale nie może jednocześnie ogarniać całego procesu publikacji - od postawienia ostatniej kropki w tekście, do wrzucenia linka do materiału na Twitterze, czy Blipie. To wszystko muszą być naczynia połączone, bo publikowaniem tekstów w profesjonalnej, internetowej redakcji, nie zajmie się przecież student na pół etatu, który będzie "wrzucał newsy na stronkę".

Moim zdaniem tak przygotowane do pracy redakcje mogą swobodnie zacząć walczyć o czytelnika w sieci, a także spróbować zarabiać na najbardziej rozbudowanych, analitycznych, płatne tekstach.

czwartek, 23 lipca 2009

Wracając jeszcze do tematu rosnącej popularności Blipa muszę napisać o tym, co się dzieje w tym względzie w Radomiu. A dzieje się sporo, bo Radom nam się ostatnio bardzo "rozblipował". Jest to dla mnie tym bardziej interesujące, że przecież mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie (Kozienice leżą zaledwie 30 km od Radomia, chociaż my, mieszkańcy Kozienic wolimy wersję, że to Radom leży obok Kozienic.:)).

Z Radomiem związanych jest już kilka kont na Blipie. Blipuje przede wszystkim Urząd Miasta Radom (^radom) i ludzie odpowiedzialni za tę działkę promocji spisują się po prostu świetnie. Codzienna dawka informacji zza miedzy, rozpoczęta szybką prognozą pogody ("witamy w czwartkowy poranek, po nocnej burzy przywitał nas poranny upał") to w moim przypadku stały element lektury porannego strumienia wiadomości płynących z Blipa. Zresztą ^radom pracuje także w nocy, dokumentując ostatnie, nocne burze. Widać, że pracownicy (lub pracownik) Urzędu Miejskiego polubili to zajęcie i wykonują je z przyjemnością. To się liczy. Na profilu Radomia pojawiają się także informacje kulturalne oraz o nowych inwestycjach, remontach, czy też zwykłe ciekawostki z codziennego życia mieszkańców Radomia - także czworonogów - na przykład blip o tym, jak psy na radomskich ulicach radzą sobie z upałem.

Na luzie, pomysłowo, a kiedy trzeba - przypominając o ciekawych wydarzeniach, ważnych faktach (np. wspomnienie ostatniej wizyty urodzonego w Radomiu profesora Leszka Kołakowskiego).

Blipuje także radomska policja (^policja). Również w tym wypadku był to wizerunkowy strzał w dziesiątkę. Policja kojarzy nam się przede wszystkim z przestarzałymi posterunkami, gdzie raporty przygotowuje się na maszynach do pisania albo prehistorycznych komputerach. Tymczasem Komenda Miejska Policji w Radomiu ostrzega o zdejmowaniu nogi z gazu prezentując zdjęcia z wypadków jakie ostatnio miały miejsce na ulicach. Przypomina także o prowadzonych śledztwach przekazując mieszkańcom interesujące dla nich informacje.

Radom we współpracy z agencją DEMO Effective Launching przygotowuje strategię Marki Miasta Radom, o czym również informuje na Blipie (^markaradom). To fajnie, że Radom się rozwija, stawia na nowoczesne inwestycje (dzisiaj z Blipia dowiedziałem się na przykład, że powstanie tutaj Centrum Przetwarzana Danych Ministerstwa Finansów). Uważam, że to jedno z bardziej zaniedbanych miast w Polsce, które przecież zapisało się na kartach historii, tak najnowszej, jak i tej nieco starszej. Na pewno zasługuje na lepszy wizerunek i to dobrze, że sami urzędnicy i inne służby miejskie wzięły sprawy w swoje ręce. Brawo Radom.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8