Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

sobota, 24 stycznia 2009
Żyjemy w kulturze obrazkowej. Codziennie przez media, na własne życzenie (bo przecież to lubimy!) jesteśmy atakowani niezliczoną ilością różnych "obrazków". Wartość samej, czystej informacji bez ładnego opakowania jest dzisiaj żadna. Dlatego jako widzowie serwisów informacyjnych, czytelnicy portali i coraz częściej blogów - czyli odbiorcy informacji, dostajemy w pakiecie razem z newsem swoiste pocztówki z różnych zakątków świata. Niestety, częściej z tych mniej spokojnych, ogarniętych konfliktami, wojnami, niszczonych przez biedę i tyranów. Ale cóż, taki jest świat, a media są od tego, żeby informować co się na nim dzieje.

Zawsze przy podawaniu tego typu newsów pojawia się magiczne słowo - zdjęcie. "Mamy dla Państwa unikalne zdjęcia", "uwaga, zdjęcia są drastyczne", agencja taka, a taka opublikowała "zdjęcia z rejonu konfliktu". Skąd my to znamy?

Niewątpliwie fotografia i film zmieniają media. Dobry news bez chociaż marnej jakości fotografii czy filmu nie ma racji bytu we współczesnych mediach (no bo co to za frajda opowiedzieć o odpaleniu przez Hamas kolejnej rakietki i jednocześnie nie pokazać tego wydarzenia?). Wszelkie mobilne urządzenia, jak aparaty w telefonach komórkowych pozwalają reporterowi opakować newsa zawsze i wszędzie - a szczególnie wtedy, jeżeli nie ma innej możliwości, czyli sprzętu lub czasu na namysł, jakiego obiektywu użyć.

W ogóle fotografia prasowa zmienia się na dobre. Tim Hetherington, zwycięzca ostatniego konkursu World Press Photo uważa nawet, że tradycyjne pojęcie zawodu fotografa zanika. Hetherington, który jest korespondentem z rejonu konfliktów, sam woli być nazywany dokumentalistą, bo znany jest z tego, że na linii frontu w jednej ręce trzyma aparat, a w drugiej kamerę. "Gdzie tu jakość zdjęcia?!" - oburzą się pewnikiem fascynaci "tradycyjnej" fotografii. Riposta Hetheringtona jest jasna, prosta i podzielam ją w stu procentach - artyści na wystawy! Uważa bowiem, że w mediach jakość przestała się liczyć. Najważniejsza jest treść i kontekst zdjęcia, a to, jakim aparatem zostało wykonane jest sprawą drugorzędną.

Trzeba przyznać, że jest to dosyć nowatorskie podejście. Ale skoro Hetherington mówi wręcz o wycinaniu klatek z filmów celem uzyskania "zdjęcia" dla prasy, to widocznie w takim kierunku to zmierza. Nie mniej ciekawym zagadnieniem jest przyszły los działów fotografii w mediach. Może rzeczywiście zostaną zastąpione przez w pełni rozproszone i mobilne oddziały mojo (mobile journalists)?

"Zdjęcia" w mediach są ostatnio modne także z innego powodu. Microsoft zaprezentował niedawno technologię Photosynth. Jest to świetna zabawka służąca do łączenia ze sobą wszystkich zdjęć z internetu i "nakładanie" ich na wirtualny model ziemi. Trochę to skomplikowane, ale chodzi o to, że spośród tysięcy zdjęć - dajmy na to - Rzymu, jakie gromadzą np. zasoby Flickra, po ich połączeniu ma w przyszłości zostać zbudowany w pełni wirtualny świat. Ostatnio eksperyment z Photosynth przeprowadziła podczas ceremonii zaprzysiężenia Baraka Obamy telewizja CNN. Zdjęcia przesyłane przez ludzi obecnych na uroczystości natychmiast zostało zsynchronizowane w jeden, zwarty model i zaprezentowane jako całość. Ów "bajer" fajnie podsumował na swoim blogu Mediafun, a ja polecam dodatkowo obejrzeć prezentację Blaise Arcasa z TED Talks (znalezioną na blogu MindBlowing). Fascynujące!



Być może jesteśmy w przededniu kolejnej wielkiej rewolucji medialnej. Rewolucji, w której zawodowych fotoreporterów zastąpi w ich pracy globalna społeczność i jej zmiksowane zdjęcia świata. Oczywiście, droga do tego daleka, ale warto mieć na uwadze, że także w tej materii zwykły obywatel będzie miał coraz więcej do powiedzenia jako twórca, a nie jedynie bierny odbiorca mediów.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Kiedy czytamy newsy o rosnących od nowego roku cenach gazet, na myśl przychodzi już tylko jedna, stara śpiewka - kryzys, panie, a poza tym rola prasy papierowej sukcesywnie spada na łeb na szyję. Masowe zwolnienia w Agorze zdają się potwierdzać tę tezę. Parafrazując słowa ministra Sikorskiego można rzec, że internet właśnie dorzyna prasową watahę. Brzydko, prawda?

Nie wszędzie jednak takie postawienie tematu jest wersją obowiązującą. Fakt, że współpraca pomiędzy papierowymi gazetami, a sferą sieciową będzie się zacieśniać jest bezsprzeczny. Konwergencja mediów to wręcz słówko-wytrych ostatnich miesięcy. Rośnie rola blogerów, dziennikarzy-amatorów z komórkami w dłoniach. Tak zwani Mojo (mobile journalists) coraz częściej stanowią mainstream twórców newsów. Nawet dziennikarze Reutersa wyposażani są w Nokie N82 w celu lepszego uprawiania mojo. W TVN24 filmy przysyłane przez widzów na platformę "Kontakt" to już standard. Telewizje są więc krok z przodu. Co w takim razie z prasą, która zdaje się być uwięziona w ciasnych okowach solidarności zawodowej piszących tam autorów (vide ostatnia awantura o przyznanie nagrody "Dziennikarza Roku' Bogdanowi Rymanowskiemu z TVN24 zapoczątkowana przez tekst Piotra Pacewicza z "Gazety Wyborczej")? Czy jest skazana na zwolnienia, podnoszenie cen - a w efekcie stopniową utratę czytelników?

Ciekawe rozwiązanie problemu przed jakim staje współczesna prasa przynosi przykład amerykańskiej Oakland Press (z kraju, gdzie całe dzienniki przenoszą się do sieci!) która właśnie otworzyła w swoich podwojach specjalne biuro przeznaczone dla... dziennikarzy obywatelskich! Jaka dewiza przyświeca pomysłodawcom tej zacnej inicjatywy? Bardzo prosta - jeśli uważasz, że pewne lokalne i nie tylko sprawy jesteś w stanie wyjaśnić i opisać lepiej niż my, to przyjdź i po prostu to zrób! Proste? Oakland Press oferuje więc każdemu, kto tylko zechce - od ucznia po emeryta wszelkie możliwości współpracy, łącznie z krótkim szkoleniem (także w formie wideo) na temat schematu informacji, również np. sportowych. Wygląda to na znane nam wszystkim warsztaciki dziennikarskie urządzane przez lokalnych dziennikarzy dla autorów gazetek szkolnych. Tylko, że w tym wypadku mówimy o pełnoprawnym tytule i pełnoprawnych informacjach od obywateli.

Oczywiście autorzy muszą się stosować do wspomnianej instrukcji. Jakiś porządek musi rzecz jasna obowiązywać. Ale jeżeli materiał okaże się wartościowy trafia na łamy internetowego, bądź, co najważniejsze, papierowego wydania Oakland Press. Niektórzy autorzy stają się w ten sposób stałymi współpracownikami i - dzisiaj, w dobie "kultu amatora" - dziennikarzami tej gazety. Co ciekawe, nie jest to jakaś skrócona wersja kursu dziennikarskiego, a zbiór zasad, które respektuje sama redakcja. Żadnych tajemnic, moralizowania, ewangelizowania. Po prostu - dajemy Wam swoją wiedzę, z której sami korzystamy, a teraz zróbcie to Wy, dla dobra wspólnego. Typowa sytuacja w której wygrywa każdy. A szczególnie dziennikarze obywatelscy, którzy mają szansę podnieść swoje umiejętności. Jest to niewątpliwie świetne rozwiązanie - nie dość, że edukujące społeczeństwo, to jeszcze zbliżające je (i vice versa) do światka dziennikarzy. Dziennikarze budują z ludźmi zaufanie od podstaw, korzystając z wzajemnych relacji. A że zaufanie to podstawa sprawnie funkcjonującej, nowoczesnej machiny społecznej, to wiemy już od prof. Sztompki.

To wszystko tworzy zbiorową redakcję, która jest na bieżąco wszędzie - na miejscu wypadku, w sklepie z bułkami, w przedszkolu. Swoisty rodzaj kawiarni, w której można podzielić się nowinkami. Kawiarni rozproszonej, a jednocześnie skupionej wokół pomieszczenia dla dziennikarzy obywatelskich, gdzie wszelkie newsy z terenu spotykają się i są według fachowych reguł obrabiane.

Taki związek społeczeństwa z dziennikarzami może być również zalążkiem nowego modelu biznesowego dla gazet. Bo skoro te, nie mogą sobie poradzić na rynku, muszą zwalniać pracowników, podwyższać ceny, to niech będą instytucjami zaufania publicznego. Niech budują swoją pozycję rynkową razem z obywatelami i czytelnikami. I być może to jest wielka rola internetu w przyszłości?