Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

środa, 26 listopada 2008
Będzie o muzyce. Słucham, interesuję się, nie-mogę-żyć-bez.

Scena muzyki alternatywnej przeniosła się właściwie w całości do internetu i skupiła w znacznej części wokół portalu MySpace. Nie pamiętam, kiedy ostatnio premiera jakiegoś wartościowego tytułu była szeroko komentowana w telewizji. O wszystkim, co interesujące, dowiaduję się z sieci. Druga strona oferuje niewiele.

Jesteśmy świadkami narodzin dwóch światów równoległych. Z jednej strony mamy świat Dody i Feela, świat liderów list sprzedaży. Z drugiej - świat liderów liczby znajomości na portalach społecznościowych typu MySpace. Autentycznych, wydających często swoje płyty własnym sumptem artystów. Z oddanymi rzeszami fanów. W telewizji i największych stacjach radiowych nie ma dla nich miejsca.

I taki podział jest całkiem w porządku. Wszystko w życiu ma swoje miejsce. Poza tym o gustach się nie dyskutuje (podobno, w przypadku gustów większości Polaków sprawa jest do dyskusji jak najbardziej - ale to tylko moje zdanie ;)).

Mnie ciekawi jednak linia podziału dzieląca te dwie strony barykady. Wydaje się, że przesuwając się w stronę mainstreamu, połyka ona coraz większe połacie terytorium zarezerwowanego do tej pory dla tzw. artystów z pierwszych stron gazet. Coraz częściej prezentowana przez masę tych ostatnich oferta nie wystarcza. Jeśli zespół, parafrazując słowa posłanki Kruk mówi - umiemy coś tam, coś tam - to jest to zdecydowanie za mało dla przeciętnego słuchacza. MySpace, mimo swojego pięknego, stylistycznego, acz ciągle bałaganu, potrafi jednak poszerzać muzyczne gusta.

Jestem fanem nowych brzmień. Pamiętam, jak pierwszy raz wszedłem na wspomniany wyżej portal. Ściślej rzecz ujmując, była to strona jakiegoś zagranicznego artysty. Kiedy zobaczyłem setki jego znajomości, kolejnych, podobnych wykonawców, pomyślałem - to jest to!

Potem był Last.fm i historia właściwie się powtórzyła. Chyba żaden fan alternatywnych brzmień nie wyobraża sobie dzisiaj życia bez tego portalu. A przecież jeszcze nie tak dawno o rockowych nowościach informował w VIVIE Polskiej niejaki Wit Dziki. Zawsze w piątki o godzinie 22. Czego dzisiaj mogę się tam dowiedzieć o tej porze? Chyba tylko tego, jak przedstawia się procentowa szansa na udany związek pomiędzy parą o imionach Zusia i Franek. Zamiast Last.fm-owego gustometru, działa tam bowiem coś podobnego, ale raczej mało związanego ze sferą muzyczną. Nazywa się to kochlik, czy jakoś tak. To chyba znak czasów.

Nie wylewam żalów. Chociaż Paktofoniki na VIVIE brakuje. No ale jest internet. Tutaj dopiero się dzieje! Kiedy wielkie wytwórnie muzyczne mówią debiutantowi - spadaj, nie pasujesz do naszego wyobrażenia gwiazdy, nie zarobimy na tobie! - ten idzie do internetu. Po czym rejestruje się na MySpace i ordynarnie umieszcza tam swoje kawałki, które odsłuchują miliony. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że prędzej czy później zyskuje taką popularność, że i tak wydaje krążek w jakiejś niezależnej wytwórni. Tak było w przypadku Czesława Mozila, znanego pod pseudonimem Czesław Śpiewa. Inny artysta - niejaki Dizky - raper, jeden z pierwszych polskich artystów na MySpace wyznał kiedyś w wywiadzie dla portalu Wersalka, że skoro tworzy muzykę dla swoistej zajawki, to będzie komunikował się ze słuchaczami tylko za pomocą MySpace.

A Julia Marcell? Ta jazzowa wokalistka nie tylko wypromowała się w sieci, ale za jej pomocą zdołała zebrać wśród fanów fundusze na wydanie albumu! Teraz gra koncerty w całej Europie. Dla wytwórni muzycznych grała podobno zbyt ambitnie.

Ktoś powie - czas wytwórni mija. A moim zdaniem on dopiero się zaczyna! Wcale nie jesteśmy skazani na bezduszne MP3. Skoro sieć potrafi wygenerować tak duże pieniądze i ciągle się rozwija, dociera do coraz większej ilości odbiorców, to i liczba niezależnych artystów będzie rosła. Z pominięciem wielkich koncernów muzycznych, rzecz jasna.

A co z drugą stroną? Cóż, "nie myl kultury z blichtrem", jak to ktoś mądry powiedział. Niektórym blichtr wystarczy. Takie uroki młodego wieku, który zdaje się jest obecnie targetem większości stacji muzycznych Z mojej strony - na zdrowie. Przeżyją. Jeżeli nie nastąpi jakieś niespodziewane odwrócenie biegunów, masowe opamiętanie, kolejny kryzys nie zniszczy wielkich wytwórni, stacji radiowych i telewizyjnych, to słuchacze się znajdą.

W końcu Zuzia i Franek dopiero dorastają.
sobota, 22 listopada 2008
Krótka piłka - jest inicjatywa, mająca na celu przetłumaczenie książki "We the media" Dana Gillmora.

Wszystko wyjaśnione jest na tej stronie.

"Głównym celem (...) jest przetłumaczenie na język polski i udostępnienie czytelnikom polskojęzycznym książki Dana Gillmora "We the media". Książka ta ukazuje możliwości, jakie stwarzają nowe rozwiązania komunikacji internetowej dla użytkowników sieci - autor pokazuje w jaki sposób każdy z nas może przeistoczyć się z biernego konsumenta w aktywnego twórcę. Uważamy, że książka jest na tyle interesująca, że przydałaby się jej polskojęzyczna wersja - dlatego powstał ten projekt."

Fajnie, gdyby się udało. Przeczytajcie więcej na podanej stronie i podajcie dalej.
poniedziałek, 17 listopada 2008
No dobra, podobno przed blogami, blogerami, dziennikarzami obywatelskimi (internetowymi) przyszłość jawi się świetlana. Sam o tym pisałem wielokrotnie. Prasa traci na znaczeniu, nowe media zyskują. Blogerzy coraz częściej biorą udział w kształtowaniu opinii publicznej. Pojawiają się w prasie, a nawet niekiedy w telewizji. Jest super, jest super, więc o co Ci chodzi? - jak śpiewał Muniek Staszczyk.

Ano o to, że niekoniecznie musi być tak pięknie. I prawdopodobnie nie będzie. Mało tego - to raczej dobrze. Bo czy rzeczywiście byłoby to tak piękne, jak się na kanwie rosnącej roli nowych mediów wydaje? Obawiam się, że nie. Kiedy tak któregoś dnia przeglądałem sobie kanały RSS, stwierdziłem, że blogi i prasa to jednak zasadniczo różna zabawa. Odkrywcze, nieprawdaż? Ale ja lubię się czasami zdziwić i pomyśleć nad w zasadzie zamkniętym tematem.

No bo przecież sieć-powoli-zabija-prasę i już. W tym blogi. A to przecież trochę inne buty i co tu dużo mówić - w sandałach ciężko brodzić w błocie po kostki. Znacznie lepiej nadają się do tego kalosze. W tych z kolei nie biegamy po parku, a w biegówkach nie chodzimy do cioci na imieniny. Wszystko ma swoje miejsce.

Podobnie z blogami. W sieci dominują mimo wszystko treści krótkie i zwięzłe. Lubicie czytać sążniste elaboraty na 10 ekranów monitora? Ja zazwyczaj na takowe tylko rzucam okiem. Kiedy np. w Dużym Formacie pojawi się jakiś ciekawy, acz dług wywiad, który czytam w sieci, pluję sobie w brodę, że nie kupiłem tego egzemplarza GW i muszę się teraz męczyć przed monitorem. Bo nad czymś takim dużo wygodniej poślęczeć w fotelu. Tak mam.

Czy to znaczy, że blogi są powierzchowne? Częściowo tak. Na pewno prezentują treść dużo silniej skondensowaną. Chociażby za pomocą linków. Zamiast wyjaśniać wszystko co do joty, jak w prasie, wystarczy odesłać czytelnika do źródła. Podobnie cytując czyjąś wypowiedź, co w prasie zajmuje całe akapity. No bo przecież jeśli to jest coś ważnego, a powiedział to rzecznik firmy X - "to trzeba go zacytować". W sieci wystarczy czytelnika do owej wypowiedzi odesłać. Czasami blogi mają przewagę, bo wypowiedzi są niepełne, wyrwane z kontekstu, trzeba je brać na wiarę etc.

Co się z tym wiąże, w sieci pisze się innym językiem. To znaczy - należy odróżnić przeklejane z PAP komunikaty prasowe od autorskich treści. Mam na myśli oczywiście te drugie. Tu różnica jest już zasadnicza. Z reguły blogujemy przecież - nawet jeśli jest to poważny blog ekspercki - dla przyjemności. Dla siebie, dla innych czytelników. Ważne jest nasze zdanie, a nie budowa zdania, konstrukcja tekstu. Mamy emotikony. Wyrażamy emocje. Dyskutujemy w komentarzach, stosujemy osobiste przytyki i wtrącenia ("co prawda xxx napisał u siebie na blogu, że (...), ale myli się zasadniczo, bo (...) itd). Pomijam już tak ekstremalne przypadki jak wypunktowane wpisy na Netto ;) które do prasy nie pasują ani trochę. Co nie znaczy, że bloger, jeżeli ma swoje zdanie, nie może wyrazić go w innych mediach. Jeśli potrafi? Proszę bardzo - obrabia tekst, wypowiedź i voila. Bo tak trzeba idąc do kogoś w gości. Przyjmujemy jego zasady. Ale na blogu to my je ustalamy.

Ważna jest też interakcja. Komentarze i dyskusje o których wspomniałem odgrywają tutaj zasadniczą rolę. Bardzo lubię aranżowane przez "Dziennik" debaty na różne tematy. Publicyści spierają się tam ze sobą ze swoich wypracowanych przez lata pozycji. Jednego dnia tezę stawia konserwatysta, za trzy dni odpowiada mu liberał, w między czasie pojawia się felieton centrysty. Czytelnik mniej więcej wie, czego się po kim może spodziewać, ale dostaje gruntowny wykład. W sieci dyskusje, a niekiedy kłótnie są dynamiczne, odpowiedzi natychmiastowe. Żywsze, bo nie zastanawiamy się przecież nad nimi godzinami.

Krótko mówiąc - blogi to inna para kaloszy niż prasa. Na pewno konwergencja nowych mediów z tradycyjnymi postępuje. Blogerzy inicjują tematy i rozmawiają między sobą. Ale prasa nie podejmuje ich na poziomie sieci. TU i TAM toczy się dyskusja, ale według zupełnie innych zasad. Można rzec, że blogi są coraz częściej iskrą wzniecającą pożar. Ale to od mediów tradycyjnych zależy, czy użyją butelek z benzyną, czy gaśnicy. Coraz częściej śledzą jednak sieciowe dyskusje i decydują się ich nie gasić, a wręcz przeciwnie. I chyba dopiero tutaj blogerzy mają okazję być bardziej słyszalni.

Bo blogi i prasa w jednym stały domku. Blogi na dole, a prasa na górze.
czwartek, 06 listopada 2008
Powoli opada kurz po bitwie jaka do wtorku 4 listopada toczyła się z okazji kampanii wyborczej i samych wyborów prezydenckich w USA. Sztaby zrywają plakaty, zdejmują billboardy. Tak...

Ta kampania toczyła się jednak głównie w sieci. Przez ostatnie pół roku, to właśnie w internecie, zwłaszcza z wykorzystaniem społeczności, virali i wszelkich sieciowo-marketingowych nowinek, kandydaci zabiegali o głosy wyborców. A raczej robiły to w ich imieniu idące w miliony rzesze zwolenników. Ta kampania to był wspaniały festiwal oddolnej, obywatelskiej demokracji opartej na dialogu, działaniu i masowej komunikacji. Chociaż sam finisz należał zdecydowanie do mediów tradycyjnych. Ale po kolei.

Można by rzec - jeszcze nigdy tak wiele, nie zależało od tak wielu. Ta kampania tak naprawdę w pełni pokazała siłę, jaka drzemie w sieci. I jak wszystkiego, co przychodzi do nas zza wielkiej wody, podobnych kampanii w przyszłości możemy spodziewać się w Polsce. Raczej później, niż prędzej, ale przed internetem nie ma ucieczki.

Oczywiście standardem stała się obecność kandydatów na portalach społecznościowych. Facebook, MySpace, Linkedin. Nieobecność tamże jest już dzisiaj postrzegana jako swoiste faux pax. Bycie "znajomym Obamy" lub "znajomym McCaina" tłumaczyło w tej kampanii preferencje wyborcze, skupiało zwolenników, mobilizowało do działania.

Druga kwestia to właśnie zbiórka środków na rzecz kampanii. Przysłowiowy jeden zielony przelany przez zwykłego obywatela na konto kandydata przerodził się w swojej masie w ogromną sumę pieniędzy. Ron Paul, zanim odpadł z rywalizacji o Biały Dom, za pośrednictwem serwisu Meetup, służącego do organizowania eventów z udziałem wyborców poza siecią, zebrał ogromne fundusze, dzięki którym ten niszowy kandydat z ogromnym poparciem w internecie, zyskał spore grono zwolenników również poza nią.

Można oczywiście założyć, że Barack Obama wygrał dzięki wsparciu mediów lub innych cudów techniki. Nie mniej kluczową rolę w jego zwycięstwie odegrali po prostu ludzie.

Przede wszystkim w USA zmieniło się samo podejście obywateli do nowych technologii, internetu. Rola sieci w tych wyborach, w porównaniu z poprzednimi znacznie wzrosła. Zresztą rząd USA również nie śpi, a Barack Obama będzie miał prawdopodobnie doradcę do spraw nowych technologii. Czy Lech Kaczyński, który jako jeden z niewielu przywódców na naszym pięknym świecie nie ma doradcy do spraw ekonomii, w ogóle kiedykolwiek pomyśli o tego typu stanowisku?

Jeżeli chodzi o źródła informacji o wyborach, to Amerykanie znacznie bardziej od gazet polubili internet. Jak powiedziała w poniedziałek Arianna Huffington, to właśnie internet został prawdziwym zwycięzcą tych wyborów. Internet nie jako narzędzie wielkich agencji reklamowych, ale zwykłych obywateli. Niesamowite, ile (głównie pozytywnych) treści popłynęło od ludzi do sieci podczas tej kampanii. Tego nie przewidziały chyba najlepsze podręczniki traktujące o marketingu politycznym. Zresztą właśnie chyba skończył się czas spin-doctorów jako jednostek kontrolujących kampanię. Teraz będą oni musieli nauczyć się współpracować z ludźmi.

Żeby zawęzić tę dziwną rolę internetu do jednego słowa, wystarczy rzucić hasło - Youtube. Youtube był zdecydowanym "centrum", "areną walki" podczas tej kampanii. Masa filmów, wystąpień, reklamówek wyborczych - Youtube był w ich przypadku pierwszym przystankiem. To za jego pomocą kandydaci komunikowali się ze społeczeństwem (chociaż Barack Obama prowadził również mikrobloga na Twitterze). Dopiero stamtąd, obejrzane już przez tysiące internautów "filmiki" trafiały do telewizji, gdzie w najlepszym czasie antenowym podczas wieczornych magazynów mogli zobaczyć je wszyscy "nie-sieciowi" obywatele. Ale to Youtube był pierwszy, ostatecznie detronizując dotychczasową królową mediów - telewizję. Edwin Bendyk nazwał te wybory "pierwszą elekcją epoki 2.0". Nie sposób się nie zgodzić.

Ale sama końcówka kampanii należała jednak do mediów tradycyjnych. Konkretnie do telewizji CNN. Zastosowała ona w studiu wyborczym technologię, znaną do tej pory z filmów fantastycznych w stylu "Gwiezdnych Wojen". Oto prezenter Wolf Blitzer rozmawiał z Jessicą Yellin, która w studio była reprezentowana za pomocą trójwymiarowego hologramu.

Była to swoista wisienka na torcie podczas tej kampanii. Zachwyciła chyba każdego fana internetu, nowych mediów i nowoczesnych technologii, dla którego ta kampania była świetnym widowiskiem.