Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

niedziela, 14 grudnia 2008
No to się doigrałem. W TVN zakończyła się niedawno pierwsza edycja, skądinąd bardzo dobrze zrealizowanego show "Mam Talent". Sobotni finał był jednak niezwykle skromny. Nawet na ceremonię wręczenia drugiej nagrody niejakiej Klaudii Kulawik zostałem odesłany do...internetu!

Gdzie te czasy pierwszej edycji "Big Brothera"? Finał ciągnął się wtedy niemiłosiernie długo. Prawie do północy trwało podgrzewanie atmosfery przez Pana Grzegorza Miecugowa. Koperty, liczenie głosów, zatkane linie. A kiedy w końcu okazało się, że wygrał pewien strażnik miejski, a dzisiaj poseł na Sejm z ramienia PO - Janusz Dzięcioł, rozmów z rodziną, nim samym, sąsiadami, kolegami z pracy nie było końca. Całość imprezy zakończył pokaz sztucznych ogni i występ gwiazdy estrady.

Ale wtedy nie było internetu.

Odniosłem wrażenie, że tamten weekendowy finał "MT" ledwo się zaczął, a już mogłem bez skrupułów przełączyć się na galę bokserską. Intensywnie, kolorowo i szybko. Doszło nawet do tego, że prowadzący finałową galę Marcin Prokop wespół z Szymonem Hołownią odprawili z kwitkiem liczną widownię czekającą na uhonorowanie skromnej ulubienicy mam i babć wysyłających nań SMS - Klaudii Kulawik. Kazali jej klikać w internecie, bo w TVN pokazano tylko skromne, rodem z "Milionerów" - wręczenie czeku zwycięskiemu duetowi Merkalt Ball.

Czy taka konwergencja (modne słówko) mediów ma sens? Czy ktoś przeprowadził badania ilu widzów rzeczywiście ruszyło się z foteli przed ekrany monitorów? Owszem, ten trend jest nieunikniony. Obserwujemy go na co dzień. A to internetowa "dogrywka" publicystycznego programu "Teraz My". A to "oglądanie już teraz w sieci następnego odcinka serialu, zanim pojawi się w telewizji". Wszystko rozumiem.

Ale moim zdaniem istnieje spora część widowni, która nie jest z takiego obrotu sprawy zadowolona. "Oj, szkoda, że nie pokażą" - taka reakcja, wśród starszej części widowni jest jeszcze całkiem częsta. Bo te internety...

Oczywiście internetowe piony muszą przyciągać widzów. Czasami działania te są jednak pozbawione sensu. Widownie się różnią. Ostatnio przeczytałem bez specjalnego zdziwienia, że emitowany przez ten sam TVN hitowy amerykański serial p.t. "Dexter" nie przypadł Polakom do gustu. Nie przypadł, bo nie mógł. Główne powody to lektor (skutecznie psujący w przypadku tej produkcji całą dramaturgię), przerywanie reklamami kluczowych scen, oraz pora emisji. Agnieszka Holland powiedziała ostatnio w "Dzienniku", że współczesne seriale, jak "The Wire", czy "Dexter" właśnie, to odpowiedniki XIX-wiecznych powieści. A nikt nie lubi, jak mu się przeszkadza w czytaniu szczególnie ciekawego rozdziału.

Kogo miał "Dexter" zainteresować, tego zainteresował. Nie jest tajemnicą, że prawdziwi fani oglądają serial na bieżąco (razem z USA, gdzie emituje go stacja Showtime) po prostu ściągając kolejne odcinki z internetu. Jest to inny, nowy typ widowni. A czasami po prostu coś "nie styka" i wychodzą niepotrzebne kwiatki, jak "zdjęcie" z wizji uhonorowania małej Klaudii.

Ciekawe, jak daleko stacje zamierzają się posuwać w tym kierunku w najbliższym czasie? "Mam Talent" jest świeży, skierowany jednak do młodszych widzów. Czy finałowe tańce w kolejnej (pogubiłem się już której) edycji "Tańca z gwiazdami" też zostaną wyemitowane tylko w sieci?

Obawiam się, że mało kto to będzie oglądał, bo cały czas jesteśmy dosyć konserwatywnymi odbiorcami tego typu show. No, chyba, że w finale zatańczy Dexter.
czwartek, 04 grudnia 2008
Było trochę o muzyce, będzie o polityce ( i trochę o Wiśle, o przemyśle - spokojnie, na razie nie ;)).

Nareszcie w sferach rządowych zaczyna się otwarcie i co najważniejsze głośno mówić o szansach i możliwościach, jakie daje społeczeństwu internet. Internet tani i powszechnie dostępny. A zaledwie kilka lat temu postulaty wprowadzania internetu pod strzechy były przecież traktowane jako dziwna aberracja narodu, który wymaga od rządu prawnego zezwolenia na tanią, szemraną rozrywkę.

Bo przecież jeszcze nie tak całkiem dawno, jeden z posłów SLD utożsamiał internet ze stronami porno. Potem były premier nazwał internautów najbardziej podatną na manipulację grupą popijającą piwo podczas oglądania tychże. Można by rzec - koń, a raczej polityk polski jaki jest - każdy widzi.

Na szczęście coś w tej materii zaczyna drgać. Może dzięki integracji z Europą zachodnią, może po prostu dzięki upowszechnieniu się sieci? Nieważne. Liczy się fakt, że na Wiejskiej, poza oryginalnym pomysłem pod tytułem "przecież my też możemy blogować i jeszcze jednym kanałem docierać do umysłów szacownych wyborców!", zorientowano się, iż internet to rzeczywiście przyszłość. To medium, które wpływa i w coraz większym stopniu będzie wpływać na kolejne dziedziny życia społecznego: gospodarkę, kulturę, czy wreszcie samą politykę.

Nie jestem jakimś specjalnym faworytem obecnej koalicji. Trzeba jednak przyznać, że poza doraźnymi gierkami, które na stałe wpisały się w krajobraz pola walki na której toczy się podjazdowa wojenka pomiędzy małym i dużym pałacem (ależ politologiczny sznyt), działania w kwestii szerszego wykorzystania internetu na co dzień trwają. Wygląda na to, że są to działania coraz sprawniejsze. Trochę ponad dwa tygodnie temu, wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld poinformował, że od 1 kwietnia przyszłego roku nie trzeba będzie rejestrować firmy. Wszelkie formalności zostaną załatwione w "jednym okienku", zaś od roku 2011 będzie to okienko przeglądarki internetowej, bo działalność gospodarczą będzie można zgłosić za pomocą sieci. Trzymamy za słowo! Następnie premier Donald Tusk poinformował, że korzystając z pomocy fundacji niejakiego Billa Gatesa zamierza reanimować upadające, polskie biblioteki. Mają one zostać wyposażone w czytelnie internetowe i stać się instytucjami kultury na miarę XXI wieku. Takie projekty amerykańska fundacja wdraża także w innych krajach byłego blogu wschodniego oraz w innych rozwijających się państwach. W Polsce za ich realizację odpowiedzialna będzie Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego.

No właśnie - społeczeństwa informacyjnego. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powstała nawet strategia rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce do roku 2013. Czytamy w nim między innymi, że lepsze i szybsze wykorzystanie informacji oraz usług świadczonych drogą elektroniczną jest efektem coraz dynamiczniejszego rozwoju technologii informacyjnych. Przyczynić się to ma do szybkiego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego i społecznego. W dłuższej perspektywie zaś, umożliwić ma Polakom efektywne wykorzystanie wiedzy i informacji zarówno w wymiarze społecznym, ekonomicznym, jak i osobistym. Efekty? Według założeń, miały by nimi być przede wszystkim budowa zaufania społecznego - niewątpliwe fundamentu współczesnej, nowoczesnej demokracji. W dalszej kolejności zaś kształtowanie postaw otwartego i różnorodnego społeczeństwa, umiejętność szybkiego i bezpiecznego dotarcia do informacji i efektywne sprzężenie trzech czynników - człowieka, gospodarki i państwa.

To wszystko są piękne słowa. Jednak już dziś obserwujemy stopniowe poszerzanie oferty edukacyjnej o niezbędne programy kształtowania społeczeństwa informacyjnego. Również rynek pracy szybko ulega zmianom, czego efektem chociażby jest stopniowy wzrost roli telepracy. Gminy też nie próżnują. To wszystko dzieje się na razie niejako "obok" rządu. Internauci, którzy tak mocno "zaufali Tuskowi" przed rokiem powoli zaczynają tracić cierpliwość. Dostrzegają brak efektów i opieszałość. Niestety, w polskiej sieci standardem stali się okopani w twierdzach i zwalczający się wzajemnie żołnierze przeciwstawnych obozów ;). I ta walka (na forach, blogach, w komentarzach - czy raczej należało by rzec "komciach") będzie trwała.

Ja mam nadzieję, że rzeczywiście za kilka lat będę mógł powiedzieć, że to za kadencji tego rządu nauczyliśmy się ze sobą komunikować, skupiliśmy się wspólnie wokół jednego, wspólnego celu. Być może jest to nadzieja płonna. Ale wolałbym, żebyśmy byli jednak w pełni zdrowym społeczeństwem informacyjnym. Pytanie, czy nas i czy przede wszystkim ICH na to stać?