Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

niedziela, 30 marca 2008
Tym co odróżnia dziennikarza obywatelskiego od tradycyjnego jest (nie)pobieranie za swoją pracę wynagrodzenia. Dziennikarz obywatelski pisze z potrzeby uczestnictwa w życiu społecznym, chęci informowania, pisania w sieci. Robi to z czystej przyjemności, a nie w celu zarobkowym.

A przynajmniej taki jest obowiązujący paradygmat.

Dziennikarze obywatelscy obruszają się niekiedy, jeżeli ktoś proponuje im pieniądze za materiał. Argumentują, że tam gdzie zaczyna się płacenie za teksty czy zdjęcia, tam kończy się dziennikarstwo obywatelskie. A zaczyna bezmyślna machina tworzenia "gorących newsów". Moim zdaniem dziennikarz obywatelski który doniósł o ważnym wydarzeniu, sprawdził źródła, zrobił dobre zdjęcia i opublikował całość w internecie, wykonał tak samo dobrą robotę jak zawodowy reporter. A nawet większą, bo zawodowy reporter ma u boku zawodowego fotografa/operatora i kierowcę, a dziennikarz obywatelski jest niejako "trzy w jednym". Załóżmy, że student odbywający praktyki w Parlamencie Europejskim pisze świetne relacje z posiedzeń plenarnych. Albo kibic na meczu Premiership wykonuje świetne zdjęcie. Dlaczego nie mieliby oni otrzymać za swoje materiały wynagrodzenia? W imię wydumanej idei dziennikarstwa obywatelskiego jako "dostarczania darmowych materiałów" dużym mediom?

Odnoszę wrażenie, że w Polsce dziennikarze obywatelscy są traktowani właśnie w ten sposób. Rozciągnięta jest nad nimi aura nowoczesnych patriotów, piszących o lokalnych wydarzeniach. Tradycyjne media rozpływają się nad tym zjawiskiem, a w zaciszu redakcji korzystają jak chcą z ich materiałów, samych autorów mając za pospolitych frajerów. Po co wysyłać gdzieś na, za przeproszeniem - zadupie gdzie strajkuje szpital reportera, skoro operuje tam wcale dobry warsztatowo dziennikarz obywatelski? Tekst jest dobry, płacić nie trzeba - jeżeli nie zacytujemy obszernie okraszając wyświechtaną formułką "o sprawie napisał dziennikarz obywatelski z Wąchocka" jego tekstu, to przynajmniej mamy solidną zajawkę i podstawy do zrobienia własnego newsa. To samo dzieje się zresztą z blogami.

Moim zdaniem dziennikarze obywatelscy (i blogerzy), szczególnie specjalizujący się w konkretnej tematyce nie powinni mieć skrupułów. Za ekspercką poradę się płaci. We wczorajszym wywiadzie dla "Dziennika" prof. Leszek Balcerowicz wspomniał, że "darmocha to część socjalizmu". A informacja to wartość jak każdy inny towar którym obraca się na wolnym rynku.

Owszem, dziennikarze obywatelscy pisząc realizując swoje hobby. Ale w momencie kiedy ich materiałem interesuje się inne duże medium i okazuje się, że uznaje ten materiał za na tyle dobry, aby "sprzedać go" swoim klientom, rozpocząć powinna się dyskusja o jego "zakupie". Bo formułki typu "wolna kultura", czy "wolny obieg informacji" kończą się, gdy materiał jest zamykany w prasowej, czy innej ramówce i sprzedawany dalej.

Tradycyjne media w dłuższej perspektywie są skazane na współpracę z mediami obywatelskimi. Pozostaje kwestia ustalenia reguł. Być może dziennikarz obywatelski-ekspert sam powinien wyznaczać stawki (tak jak to słusznie robią poczytni blogerzy zarabiający na reklamach). A być może donatorami powinni być sami czytelnicy, którzy ilością "odsłon" ustalają "cenę" informacji.
wtorek, 25 marca 2008
Nie wiem jak Wy, ale ja pilnie śledzę w internecie kampanię prezydencką w USA. To prawdziwy i niezwykle fascynujący festiwal dziennikarstwa obywatelskiego. To pierwsza w historii kampania w której tak wielką (właściwie kluczową) rolę odgrywa sieć. I jak wszystko co urodziło się w USA, prędzej czy później (z odpowiednio mniejszym rozmachem) pojawi się zapewne i u nas.

Co stanowi o innowacyjności i nowej jakości prowadzenia kampanii? Sama obecność kandydatów w internecie rozumiana jako "posiadanie swojej strony" jawi się jako przeżytek z epoki kamienia łupanego. Wydaje się, że bierne czytanie/słuchanie/oglądanie tego, co mają do przekazania kandydaci na dobre odeszło do lamusa. Ta kampania toczy się przede wszystkim w serwisach społecznościowych. Nie pomiędzy kandydatami, ale pomiędzy obywatelami, wyborcami. To zasadnicza zmiana, która zdaniem specjalistów rozstrzygnie o ostatecznym wyniku wyborów.

Dość powiedzieć, że każdy szanujący się kandydat, tak jak Barack Obama powinien posiadać swój profil na Myspace. Stąd już niedaleko do Obamy na Facebook, Obamy na Linkedin, czy filmików z kampanii Baracka na Youtube. Prawdziwe szaleństwo zaczyna się na poziomie wyborców. Przystąpienie córki kandydata z ramienia republikanów Rudolpha Giulianiego do grupy demokratycznego Obamy na Facebook wywołało nie lada aferę. To z kolei nic w porównaniu z walką o władzę nad społecznością Obamy na MySpace. Samo przejęcie kontroli nad grupą kosztowało bagatela 60 tysięcy dolarów.

Schodząc jeszcze niżej wspomnieć należy o dwóch ciekawych serwisach.

Meetup służy do organizowania eventów z udziałem wyborców poza siecią. Był to główny motor napędowy kampanii Rona Paula. Podczas kilkudziesięciu tysięcy spotkań zebrano ogromne fundusze, dzięki którym ten niszowy kandydat (libertarianin w starym stylu, legalista, zwolennik państwa-minimum, postulował m.in. powrót do oparcia kursu dolara na standardzie złota) z ogromnym poparciem w internecie zyskał spore grono zwolenników również poza siecią.

TechPresident monitoruje z kolei aktywność kandydatów w sieci. Gromadzi też dane na temat powiązanych z nimi tworzonych przez użytkowników treści. Poza dziesiątkami wykresów wskazujących jak aktywność w sieci wpływa na przebieg kampanii możemy obejrzeć również tzw. Votojournalism, czyli zestawienie zdjęć z kampanii i innej "twórczości" w postaci fotomontaży etc. zamieszczanych przez użytkowników w serwisie Flickr. Dodając do tego taką inicjatywę jak służący do monitorowania "sponsorów" kampanii (i prognozowania ewentualnych skutków w postaci wpływu na władzę) The Buying of the President, oraz setki indywidualnych blogów organizujących zbiórki funduszy, mamy mniej więcej obraz kampanii prezydenckiej w USA w 2008 roku.

Czy coś podobnego możliwe jest w Polsce, gdzie internauci piją piwo, oglądają filmiki i dybią na powagę aktu głosowania? A gdyby tak śledzić kampanię w terenie za pomocą Map Google i API podpiętego pod jakiś stworzony w tym celu serwis? A gdyby publikować cząstkowe wyniki wyborów exit pools bezpośrednio z lokali wyborczych za pomocą tego samego API (oczywiście zgodnie z prawem PKW i w porozumieniu z dużymi mediami)? To pozwoliłoby na szybki dostęp do wyników w lokalnych społecznościach. Tylko ciekawe, czy serwery by to wytrzymały?
sobota, 22 marca 2008
Będzie trochę politycznie. Przepraszam, że tak przed samymi Świętami, ale właśnie ruszyła akcja Free Tibet, której głównym architektem jest Paweł Opydo (Techkultura.com). Poza tym temat dotyczy przecież blogerów (a więc i dziennikarzy obywatelskich).

Do kwestii sytuacji politycznej w Tybecie nie podchodzę z obecną w mediach histerią w oczach. Leżą mi na sercu kwestie wolności ciemiężonych narodów, ale uważam, że w sprawie Tybetu nakręcono potężną spiralę hipokryzji. Skoro każdy naród ma prawo do samostanowienia, to słusznie media naciskają na Chińską Republikę Ludową. Ale mi jeszcze bardziej niż na niepodległości Tybetu zależy na niepodległości Czeczenii, oraz nienaruszalności terytorialnej Serbii.

Dlaczego? Bo duże media Tybetem zajmują się dostatecznie dużo i często. Czasami odnoszę wrażenie, że temat Tybetu stał się po prostu medialny i modny (bo Igrzyska, bo inna kultura, bo mnisi, bo Dalajlama). Tymczasem w samym centrum Europy kilka tygodni temu doszło do oderwania od jednego z krajów niezwykle ważnego z powodów historycznych i kulturowych jego kawałka. Mowa o Kosowie. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak "naród kosowski", chyba że Albańczycy dzielą się na "albańskich Albańczyków" i "kosowskich Albańsczyków" (WTF?). Kosowo to raczej struktura bliższa gangowi, niż poważnej państwowości. Oderwanie się Kosowa od Serbii to wydarzenie mniej więcej takiego kalibru, jak gdyby Wielkopolska z historycznym dla Polaków Gnieznem ogłosiła niepodległość. Czy wówczas Unia Europejska zajęła by podobne stanowisko jak w sprawie Kosowa? Czy pozostałe kraje Europy "uznały by" pokornie taki nowy twór?

Za Chinami stoi potężna gospodarka, od której uzależnione są USA. Za Chinami stoi potężna armia. Chiny to po prostu wielki blok polityczny i umówmy się - żadne akcje i bojkoty niewiele tutaj zmienią. Dlaczego nikt nie mówi o zostawionej samej sobie Czeczenii? Bo pozostaje pod kuratelą rosyjskiego "wielkiego niedźwiedzia" którego lepiej nie drażnić? Bo liczne robione na ropie interesy wymagają zachowania status quo w tamtym regionie?

A Serbia? Jeżeli Fanatyk pisze, że powinniśmy jako Polacy rozumieć Tybetańczyków, bo sami długo pozostawaliśmy pod butem komunistów, to ja dodam, że jako Polacy uczący się historii powinniśmy też pamiętać, że trzykrotnie dokonano rozbioru Polski. Zwykle przy biernej postawie państw europejskich. Miejmy to na uwadze i dziś, kiedy polski rząd "uznał Kosowo".

Popieram akcję Free Tibet i gorąco zachęcam wszystkich do jej wsparcia. To z pewnością warta poświęcenia inicjatywa. Nie zapominajmy jednak o "maluczkich", za którymi nie stoi wielka kasa i wielka armia. Tybet będzie "na tapecie" dużych mediów bezustannie (przynajmniej do czasu Igrzysk). Dziennikarze obywatelscy i blogerzy powinni przede wszystkim na sztandarach wymalować sobie hasło: "mówimy o tych, o których inni dawno zapomnieli, albo nie chcą pamiętać".

Nie musimy powielać schematów. Nie musimy bać się poprawności politycznej. Nie musimy płynąć GŁÓWNYM NURTEM. Możemy zagospodarować lokalne dorzecza. Wtedy odpowiednio spełnimy swoją rolę.

A tak na marginesie - Wesołych Świąt życzę wszystkim czytelnikom tego bloga :-).
piątek, 21 marca 2008
Nicolas Carr w swoim ostatnim wpisie nawiązując do recenzji jego książki "The Big Switch" autorstwa Reed'a Hundt'a z Democracy Journal zastanawia się w którą stronę w przyszłości skręci sieć. Jej rozwój, jak to ma w zwyczaju, porównuje do rozwoju rynku sieci elektrycznej przed stu laty. Wówczas drobnych wytwórców którzy często na własny rachunek, z własnego przyfabrycznego generatora wytwarzali energię dostarczaną do zakładów produkcyjnych, zastąpiły rosnące w siłę zakłady energetyczne. Które zajęły się powszechną elektryfikacją. I które następnie objął kontrolą rząd.

Carr przewiduje, że jesteśmy w przededniu rządowej walki o kontrolę światowej sieci informatycznej. Politycy nie będą zbyt długo czekać i bezczynnie przyglądać się z boku tej oazie wolnego obiegu informacji. Zechcą aktywnie włączyć się w jej współtworzenie i wykorzystać do różnych rządowych programów. Oczywiście w różnych częściach świata w różnym stopniu. Na bank w Chinach, możliwe że w Unii Europejskiej, ale prędzej czy później również w republikańskich Stanach. No właśnie, a co z "rynkiem informacji"?

Sieć ma coraz większy udział w działaniu państwa. Coraz częściej mamy do czynienia z e-państwami. Sieć dotyka sfer handlu, z pewnością (chociaż czy w Polsce, to bym polemizował) służb specjalnych, badań, no i przede wszystkim komunikacji (również z lokalnymi strukturami) i przesyłu informacji. Nie łudźmy się, że ten przekaz zawsze sprzyja transparentności działania państwa. Chociaż w parlamencie Estonii posłowie otrzymują ustawy nie na papierze, ale w postaci plików na rządowe laptopy, a wszelkie decyzje rządu natychmiast publikowane są w sieci. Nam to na razie nie grozi. Znacznie bardziej prawdopodobne jest zaś, że rządy zechcą w przyszłości kontrolować informacje publikowane w sieci. Oczywiście nie na taką skalę jak przepływ energii elektrycznej. Będzie to (chyba) niemożliwe.

Dziennikarstwo obywatelskie to może być piasek sypany w oczy urzędników od "polityki informacyjnej". Sieć to oczywiście wspaniałe miejsce na prowadzenie publicznych debat. Dziennikarze obywatelscy powinni je zresztą inicjować. Ale są też takie sfery jak terroryzm, gdzie państwo z pewnością zechce mieć monopol na informacje. Lub przynajmniej na czas i "zakres" ich publikacji. W dobie mobilnych urządzeń i powszechnego dostępu do sieci (również w armii) przykładowy filmik (filmik!) z uwolnienia Jerzego Kosa mógłby wypłynąć zbyt szybko. Załóżmy, że do uwolnienia w okolicy byłoby jeszcze pięciu innych Jerzych Kosów. Publikacja mogłaby położyć całą operację, bo druga strona też przecież z sieci korzysta, a nawet wysyła frontowy, obywatelski (w sensie szybkości przekazu) wywiad. A skoro przesłano filmik, to dlaczego nie przesłać mapy z oznaczonymi punktami strategicznymi?

Dziennikarstwo obywatelskie charakteryzują lokalność i szybkość przekazu. O ile tę pierwszą cechę raczej wszyscy zaliczą in plus, to w przypadku szybkości sprawa nie wygląda już tak różowo. Ciekawe czy rząd USA, gdzie z pewnością ta forma komunikacji jest najbardziej popularna, pracuje już nad jakimś "czasowstrzymywaczem" albo "kontrolerem" tworzonych przez użytkowników treści? W Polsce póki co sami sobie powinniśmy być kontrolerami, a potem zająć się kontrolą rządu. Dopóki ten będzie nieruchawy tak jak teraz, inicjatywa należy do dziennikarzy obywatelskich.
środa, 19 marca 2008
Poza wspomnianymi w poprzednim wpisie czynnikami, dziennikarza obywatelskiego charakteryzuje jeszcze jeden - czytelnik utożsamia się z nim jako z autorem, a nie z tytułem pisma, czy kanałem telewizyjnym. Tworzenie osobowości, autorów, ekspertów to kierunek w jakim skręca dziennikarstwo. Myślę, że wiązać się to powinno z coraz szerszym udziałem dziennikarzy obywatelskich w tworzeniu informacji, opinii.

Jak wspomniałem sieć społeczna dziennikarzy obywatelskich pozwala śledzić konkretnych autorów. Tradycyjnie można oczywiście kupować "Politykę dla Żakowskiego", "Przekrój dla Najsztuba", czy "Najwyższy Czas! dla Korwina-Mikke". Ludzi interesują różne rzeczy, różne strony świata, nauki, idei. Silniejsza jednak od chęci zdobywania wiedzy jest możliwość minimalizacji kosztów i czasu jej zdobycia.

Już sam dostęp do globalnej sieci znacznie ułatwia sprawę. Czasami może nas jednak interesować co dzieje się w naszym rodzinnym mieście, a nawet osiedlu, podczas gdy mieszkamy na drugim krańcu Polski, albo za granicą. Kiedy duże portale milczą, warto mieć taką swoją "wtyczkę". Dziennikarza obywatelskiego (o ile taki jest), który na bieżąco zajmuje się lokalnymi sprawami. To w tym momencie ważna jest jego wiarygodność osobista. Najlepszą sytuacją byłoby obserwowanie kilku takich dziennikarzy, a następnie wybór naszym zdaniem najlepszego. W polskich warunkach jest to jednak często niemożliwe.

Jeżeli jednak dany autor jest już w naszych oczach wiarygodny, szukając takich lokalnych informacji jako czytelnicy nie myślimy który lokalny portal czy gazeta mógł je wytworzyć. Raczej w Google wpiszemy personalia autora a następnie przejdziemy na jego blog lub portal dziennikarstwa obywatelskiego, gdzie pisze. Wiemy przecież kto o czym informuje, więc nie tracimy czasu na wertowanie pozostałych informacji aż trafimy w końcu na tę konkretną która nas interesuje. Przecież dokładnie na tej zasadzie budujemy swoją "bibliotekę" RSS. Wybieramy tylko te blogi które nas interesują. Autorzy tych blogów są w naszych oczach wiarygodni, liczymy sie z ich opiniami. W przypadku "informacyjnego" dziennikarstwa obywatelskiego jest trudniej, bo lokalne informacje nie zdobywają aż tak dużej popularności. Wygenerowanie wiarygodnego dziennikarza jest trudniejsze. Ale czytamy w internecie ekspertów od IT, kampanii wyborczych, polityki, gospodarki, muzyki, książek, zdrowego trybu życia i dziesiątek innych rzeczy.

Wszystko sprowadza się jednak do autora. Wymieniamy autora bloga, a nie platformę blogową na której owego bloga pisze. A czy potrafimy z pamięci wskazać, kto przekazał nam wczoraj tę czy inną informację w głównym wydaniu informacji tej czy innej stacji? Raczej powiemy "wczoraj w Faktach TVN mówili...", niż "a wiesz, wczoraj redaktor taki a taki z Faktów mówił...". Dziennikarstwo obywatelskie ze swej natury stwarza możliwość i tworzy autorów. Wiadomości24 posiadają nawet opcję dodawania do znajomych, która przy wysłaniu zaproszenia wyrzuca u piszącego komunikat "cześć XYZ, podobają mi się twoje teksty, czy chcesz mnie dodać do listy znajomych?". Stworzono też funkcję "eksperta", ale z tego co pamiętam, poza samą etykietą niewiele ona zmieniała.

Teksty i informacje mogą się podobać, interesować lub po prostu możemy ich pilnie potrzebować. W dziennikarstwie obywatelskim, czyli także w przypadku blogów, nie jesteśmy jednak zmuszeni do przebierania między tytułami, kanałami, zapominamy o półkach tematycznych. Przechodzimy od razu do kwestii wyboru autora.
sobota, 15 marca 2008
Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie prezentacja Marcina Jagodzińskiego z konferencji IMSP 2008. Traktowała ona co prawda o efektywnym wykorzystaniu internetu w prowadzeniu firmy. Nie mniej jednak kilka zaprezentowanych w niej tez i przewidywań można odnieść do "prowadzenia działalności" jako dziennikarz obywatelski.

Dziennikarz obywatelski działa w sieci. W sieci rozumianej szeroko jako "sieć internetowa", oraz w "sieci społecznej", która wykracza przecież poza tę pierwszą. Dziennikarz obywatelski nie tylko informuje. Poprzez swoje działanie podejmuje inicjatywę aktywności w społeczeństwie. Kontaktuje się z innymi dziennikarzami obywatelskimi, koordynuje swoje działania.

Od strony nomenklatury dziennikarz obywatelski piszący w sieci łączy "web 1.0", czyli potrzebę informowania i podawania treści z "web 2.0", czyli potrzebami społecznymi - aktywności społecznej, budowania relacji, kontaktów. No i przede wszystkim jako "użytkownik" sam tworzy przekazywane treści. Dostęp do nich ma coraz większa liczba odbiorców, co powoduje, jak to zostało ujęte w prezentacji "przemianę ilościową". Przestaje pisać sam dla siebie lub wąskiego grona czytelników. To na pewno gruby argument "za" rozwojem dziennikarstwa obywatelskiego.

Poza tym budowanie sieci społecznej sprzyja rozwojowi "nowej lokalności". Treść tworzona przez działającego na rynku lokalnym dziennikarza obywatelskiego zestawiona z wielkimi, tradycyjnymi, "scentralizowanymi" koncernami medialnymi znacznie zyskuje na wartości. Jest to informacja "bezpieczniejsza", niejako z pierwszej ręki. Jak napisał w swoim artykule Maciej Lewandowski, wielkie medialne koncerny mają pieniądze aby wysłać swojego korespondenta do Londynu, ale na korespondenta w Sieradzu już nie. Duże rozproszenie dziennikarzy obywatelskich sprzyja rzetelnemu przekazowi. W przypadku mediów tradycyjnych lokalny temat mógłby i często bywa traktowany po macoszemu (czasami jako swoisty folklor, te informacje żyją trochę obok mainstreamu, no chyba że w Biłgoraju zaczną do siebie strzelać).

Można także wykorzystywać swoich znajomych z sieci społecznej do zbierania lub wymiany informacji tylko z konkretnego obszaru "abonując" przekaz od konkretnych dziennikarzy obywatelskich. To pozawala na docieranie do najbliższych sąsiadów i nawiązywanie współpracy, rozwijanie lokalnych inicjatyw a następnie ich rozszerzanie.

Ostatnim ważnym składnikiem "nowej lokalności" jest budowanie własnej reputacji w sieci. W mediach tradycyjnych transfery dziennikarzy między stacjami lub tytułami prasowymi to codzienność. Wystarczy, że dany dziennikarz "nie spodoba się" nowemu naczelnemu, władzy, chlapnie coś "nie po linii" albo po prostu złamie zasady rzetelności dziennikarskiej - i już go nie ma. Ale tylko przez chwilę, bo najczęściej bez skrupułów kontynuuje swoją karierę u konkurencji. W sieci to nie przejdzie. Tożsamość w sieci przenosi się między kolejnymi serwisami. Dziennikarz obywatelski musi na każdym kroku uważać na to co pisze, sprawdzać informacje dogłębnie w kilku źródłach. Wystarczy chwila zapomnienia, chęć zabłyśnięcia szybkim newsem który następnie okazuje się być picem na wodę, aby stracić wiarygodność w oczach odbiorców. Taka strata jest często nie do odrobienia, bo Google nie kłamie.

Może to zabrzmi trochę na wyrost, ale moim zdaniem dziennikarstwo obywatelskie jest w tym obszarze bardziej wymagające od tradycyjnego. Dzięki selekcji naturajnej która akurat w internecie działa bardzo sprawnie, poziom i wiarygodność przekazywanych informacji jest w stanie stale rosnąć.
środa, 12 marca 2008
Podobno wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego na temat internautów cytował Reuters i Yahoo. Podobno temat urodził się dzięki mojemu wpisowi. Poruszył go najpierw Marcin Jagodziński na Netto, a potem podchwycił portal Gazety (nie wątpię, że taka właśnie była kolejność ;)).

W ciągu dnia w kwestii popijających piwko i "oglądających filmiki" internautów tradycyjne media przepytały chyba 3/4 polityków. Nawet w TVN24 dyskutowali na ten temat. I w "Faktach" TVN też pojawił się stosowny materiał. Może temat urodziłby się sam, a może nie. Jeżeli nie, to tylko należy cieszyć się z rosnącej roli blogerów i dziennikarzy obywatelskich. O to chodzi.

Okazuje się, że można wywołać problem który być może nie zostałby zauważony przez tradycyjne media. Ale kierunek w jakim poprowadzona została dyskusja był nadspodziewanie łatwy do przewidzenia. Temat nie stał się oczywiście szansą dla poruszenia kwestii e-votingu w mających większą publikę niż blogi mediach. I zapewne nikt by się nim nie zajął, gdyby nie jego sensacyjny kontekst. Wiadomo, Jarosław Kaczyński obraził internautów. Internauci poczuli się urażeni. Internauci są wściekli. Internauci nie popuszczą. A Jarosław Kaczyński tkwi w XIX wieku i zdania nie zmieni. I tak to się kręci dzisiaj od rana i pokręci przez jeszcze góra kilka, maksymalnie - kilkanaście godzin. Potem wszyscy o tym zapomną.

Na razie mamy więc tylko ślizganie się po temacie. Na rzetelną dyskusję nie ma szans. Dominuje PR-owa rozgrywka. Ze strony PO usłyszeliśmy zapewnienia, że oni "docelowo są za", więc na pewno są nowocześniejsi od PiS, który z kolei "generalnie jest przeciw". Niektórym słupki poparcia pójdą do góry, innym spadną. A komu i dlaczego? Tego akurat w przeciwieństwie do meritum sprawy jakim jest głosowanie w sieci bardzo łatwo się dowiedzieć. Zamiast fachowców od e-votingu problemem zajmują się bowiem fachowcy od politycznego PR. Zamiast recept i porównań "jak to zrobiono w Estonii, a jak w Szwajcarii", słuchamy diagnoz o "kolejnym strzale w stopę Jarosława Kaczyńskiego, "zrażeniu do siebie kolejnej grupy wyborców" i przewidywań, jak to się będzie miało dla odbioru społecznego tej czy innej partii w przyszłości.

Ale na tyle na razie stać blogerów i dziennikarzy obywatelskich. Czasami od wielkiego dzwonu i przy odrobinie szczęścia uda się "wykopać" jakiś interesujący temat. Ale jego obróbka medialna niemal na pewno skręci w takiej sytuacji w stronę doczesnej politycznej czy innej rozgrywki. Liczy się news, a nie rozmowa o poważnym projekcie.

Może jest więc tak jak twierdzi w komentarzu reuptake? Tradycyjne media podają newsa, a refleksja będzie toczyć się na blogach i wśród obywateli piszących w sieci. To się nawet logicznie wpisuje w obraz doraźnej nawalanki politycznej której sekundują media, jako czegoś w rodzaju latającego (wysoko ponad zdroworozsądkową percepcją przeciętnego obywatela) cyrku? Taka jest obecnie siła przebicia dziennikarzy obywatelskich. Ale skoro w Korei Południowej potrafili oni wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich, to może w Polsce przyczynią się kiedyś do możliwości wyboru owego za pośrednictwem internetu? Step by step, jak mawia Leo... Byle na trzeźwo (i bez filmików).
wtorek, 11 marca 2008
Jak realizować ideę dziennikarstwa obywatelskiego w sieci? Poza samym faktem pisania z czystej przyjemności, chęci informowania, uczestniczenia w życiu publicznym, trzeba przecież mieć "gdzie" to robić. W swoim najbliższym otoczeniu jest łatwiej. Można po prostu spróbować zaczepić się w jakiejś lokalnej redakcji, lub częściej - współtworzyć miejski portal. Takie inicjatywy to głównie domena fascynatów niewykształconych w kierunku dziennikarskim, piszących "po godzinach" pracy. Często-gęsto nie ustępujących zawodowcom, których mogli by zresztą swobodnie zastąpić. Tym bardziej że Ci zajmują się czasami sprawami par excellence dla dziennikarza obywatelskiego.

Z czasem jednak może przyjść ochota na dzielenie się informacjami z nieco szerszym gronem odbiorców. Jak mógłby wyglądać ogólnopolski, sprawnie działający serwis dziennikarstwa obywatelskiego? Celowo nie wspominam np. o Wiadomościach24, bo to nieco inna para kaloszy. Owszem, to świetne miejsce na start. I chyba w całości gospodarujące obecną "scenę" dziennikarzy obywatelskich. Pisząc tam newsy i artykuły można z pomocą zawodowców (za darmo!) szlifować warsztat i wbić sobie do głowy wcale niemałą pigułę wiedzy na temat pisania w internecie. Praca z tekstem odbywa się na linii autor - redaktor niejako online. Zanim tekst w ostatecznej formie zostanie opublikowany, krąży kilka razy od redakcji do autora. Jest szansa i czas na dokonanie niezbędnych poprawek, a przy okazji usłyszenia kilku cennych rad. To spory plus dla dziennikarza-amatora.

Cały czas jednak jest to inicjatywa koncernu prasowego Polskapresse, a pieczę nad całością sprawuje redakcja z prawdziwego zdarzenia, łącznie z redaktorem naczelnym. To świetnie, że daje czytelnikom szanse uczestnictwa we współtworzeniu tej "gazety internetowej". Z czasem jednak spore grono dziennikarzy obywatelskich odczuje zapewne chęć migracji do miejsca o mniej sformalizowanej formie zarządzania publikowanymi treściami.

Koreański portal dziennikarstwa obywatelskiego OhmyNews, którego motto brzmi "każdy obywatel jest reporterem" był pierwszym, który przyjmował od czytelników artykuły na zasadzie open source. Jego autor, Oh Yeon Ho, dorobił się ponad 40 tysięcy citizen reporters.

Dziennikarstwo obywatelskie w czystej formie powinno być więc czymś w rodzaju Wikipedii. Patrząc od tej strony, bliższa ideałowi od Wiadomości24 jest chociażby Wikinews. Częstotliwość uzupełniania informacji i ich mniej autorski charakter pozostawiają jednak wiele do życzenia. Jak dokonać więc eliminacji minusów, oraz połączenia plusów w taki sposób, żeby "nie przesłoniły" tych pierwszych? Jak wypracować optymalne rozwiązanie?

Przede wszystkim istnieje mimo wszystko problem kontroli tekstów. System "piór" wprowadzony przez W24 oddaje tę kwestie w ręce bardziej doświadczonych autorów. Ktoś musi dokonywać wstępnego odsiewu. Umówmy się - nie każdy rodzi się dziennikarzem, a niektórzy sporo przysypiali na lekcjach języka polskiego. Przynajmniej na starcie powinien istnieć trzon kilku-kilkunastu doświadczonych dziennikarzy obywatelskich, zajmujących się korektą naprawdę ciężko napisanych tekstów. Nie powinni jednak przekraczać pewnej granicy ingerencji. Cała reszta informacji powinna być swobodnie dostępna dla wszystkich, w celu ewentualnych uzupełnień czy sprostowań.

Istnieje też kwestia hierarchii wartości informacji. Tutaj skłaniałbym się ku opcji "wykopywania" tych najpopularniejszych. Musiałyby być oczywiście podzielone na kategorie. Bardzo łatwo bowiem tematem dnia uczynić nowe zestawienie "najlepszych-ever-narzędzi-online" z tego czy innego bloga IT. A ta tematyka dominuje w "obywatelskiej sieci".

Z czasem tego typu portal metodą selekcji naturalnej wypełniłyby najciekawsze i najlepiej napisane teksty. Uważam, że powoli bo powoli, ale internet zaczyna w Polsce poważnie fascynować swoich "zwykłych zjadaczy". Na razie szukają w nim pracy, oraz swoich znajomych. Kiedy jednak odkryją pełnię możliwości jakie daje tworzenie własnych (a nie tylko odbieranie cudzych) treści, powstanie takiego portalu może być kwestią czasu. Moim zdaniem wcale nie musi być odpowiedzią na jakieś knowania władzy i mediów tradycyjnych. Ma szansę być przede wszystkim dobrą zabawą, budującą społeczeństwo obywatelskie.
niedziela, 09 marca 2008
Jarosław Kaczyński udzielił PiS-owemu portalowi obszernego wywiadu. Nie, nie czytałem całego, ale polecam zwrócić uwagę na fragment dotyczący ułatwienia głosowania w wyborach. Akurat w poprzednim wpisie wspomniałem o e-votingu. Jarosław Kaczyński mówi o internautach i stwierdza co następuje:

"Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować."

Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat.

Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?

Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie zmarginalizować.

Politycy nie poczuli tak naprawdę co potrafią internauci. Oddolne ruchy polityczne czy społeczne są na pewno przed nami. Dziennikarstwo obywatelskie daje możliwość szybkiego informowania o wszelkich projektach. Pozwala także bezlitośnie punktować wpadki i wyszukiwać problemy. Bez owijania w przeintelektualizowaną czasami bawełnę obecną w prasie. Pozwala na konkret, a tego jak ognia boją się politycy. A już całkowicie odkładając na bok osobisty stosunek Kaczyńskiego do internautów, jasnym jest, że walczy po prostu o utrzymanie poparcia. Według badań e-voting spowodowałby znaczny wzrost procentowego udziału w wyborach. Należy założyć, że nie przełożyłby się on raczej na poparcie dla PiS. Przechodząc nad tym jednak do porządku dziennego, nigdy nie wprowadzimy więcej e-państwa w państwie. Wszelkiej maści urzędnicy nie dopuszczą do rejestracji firmy w sieci (jak to ma miejsce np. w Szkocji). Lobby Urzędów Skarbowych też raczej nie ucieszy się z uproszczenia rozliczenia PIT do krótkiego formularza, gdzie wszelkie wyliczenia wykonywane są online, a cały proces składania zeznania podatkowego to kwestia kilku minut.

Na takich uproszczeniach zależy za to internautom. To oni muszą rozpocząć debatę na te tematy pisząc na blogach i serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Więc piszmy.
piątek, 07 marca 2008
"Obywatelski" to obecnie bardzo modny przymiotnik. Każdy stara się być na czasie. Dużo mówi się o dziennikarstwie obywatelskim, a jeszcze więcej o społeczeństwie obywatelskim. Nawet Platforma jest Obywatelska. Obywatelskość to postawa, mentalność, wiedza. Kto jest obywatelski, ten jest "do przodu".

Uczestnictwo obywateli w życiu publicznym być może nie rośnie, ale dobrze jest mieć dzisiaj na swojej choince jakąś jedną "obywatelską" bombkę. Dlatego wielkie koncerny medialne, śledząc trendy rozwoju mediów, dają ludziom możliwość ich współtworzenia. Gazeta uruchomiła więc Alert24, a TVN24 wzbogacił się ostatnio o Kontakt.

Co tak naprawdę oferują te dwa serwisy potencjalnym autorom? Ich target tematyczny jest jasny. Ludzie mają przynosić na talerzu sensacje i informacje o kolejnych tragediach. Wystarczy zerknąć na hasła i zdjęcia. Alert24 wita czytelnika strażakami z sikawką i zachęca świadków "niecodziennych wydarzeń" (być świadkiem pożaru, to prawie jakby zobaczyć ducha) do przesyłania materiałów. Niżej zdjęcia wywróconej pod Zaborowicami Renówki (kierowca zginął na miejscu), Seicento na drzewie (tu na szczęście tylko szpital), dalej bliskie spotkanie tira z tramwajem, pożar, oraz wyciek niezidentyfikowanej substancji. Tagi tego serwisu to poza nazwami własnymi m.in: kierowca, ogień, pogotowie, pożar, policja, samochód osobowy, ranna osoba, szpital, wypadek, oraz zderzenie. Kontakt już na wstępie nie pozostawia wątpliwości i zachęca: - Byłeś świadkiem ciekawego zdarzenia? Zrobiłeś film w dramatycznych okolicznościach? Wyślij go do nas. Tematy z grubsza powielają się z Alertem, ale Kontakt przynosi świeżynkę w postaci płonącego wagonu na dworcu we Wrocławiu.

Moim zdaniem takie serwisy mają rację bytu. Ale kompletnie rozmijają się z ideą dziennikarstwa obywatelskiego. Jest to raczej komórkowe dziennikarstwo sensacyjne. Materiały te podawane są potem w czołówkach programów informacyjnych i żyją maksymalnie 24 godziny. Ostatnio obserwowaliśmy to zjawisko przy okazji wypadku Macieja Zientarskiego. Wówczas na równi, a może i wyżej od stanu zdrowia rannego dziennikarza (i śmierci jego kolegi) stawiano płomienie "nagrane przez jednego z naszych widzów, niech-państwo-popatrzą". Nie sądzę, aby od tego typu działalności więzy międzyludzkie się zacieśniały.

Dziennikarstwo obywatelskie powinno raczej skupiać się na artykulacji lokalnych problemów, promocji inicjatyw, wnoszeniu wartości dodanej w życie innych ludzi. Uczestniczyć w życiu publicznym. W Korei Południowej dziennikarze obywatelscy potrafili wpłynąć na wynik wyborów. Chyba nie chcemy aby w Polsce społeczeństwo informacyjne i obywatelskie oznaczało bycie z telefonem komórkowym czy aparatem w momencie wypadku na jego miejscu? Blogerzy i dziennikarze obywatelscy powinni być raczej jednym, wielkim think-tankiem. W dobie internetu i nowych form komunikacji, to do nich należeć będzie inicjatywa przy próbie wykonania kolejnych mniejszych, lub większych skoków cywilizacyjnych.

Czas sformalizowanych struktur partyjnych z twardym kierownictwem dobiega końca. Coraz więcej zależy od lokalnych społeczeństw i ich świadomości oraz aktywności. A grupą najbardziej świadomą i aktywną, realizującą najciekawsze i innowacyjne projekty, są ludzie piszący w internecie. To od nich powinna wyjść inicjatywa np. w kwestii e-votingu. Po prostu rozumieją ją najlepiej. Pogięta blacha trafi na złom. Wichura przejdzie. Ale ludzie zostaną i będą się drapać po głowie, co by tu jeszcze wymyślić. Po co tracić czas na przyczynianie się do epatowania krwią? Na pewno obecna technologia pozwala nam na dużo więcej.
 
1 , 2