Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

poniedziałek, 23 marca 2009
Ostatnie wyniki badań wskazują, że coraz więcej Polaków ma dostęp i aktywnie korzysta z Internetu. Do europejskiej czołówki trochę jeszcze nam brakuje, aczkolwiek gonimy liderów i nie boimy się załatwiać codziennych spraw za pomocą sieci. Mamy internetowe konta bankowe, robimy zakupy w sieci, podtrzymujemy relacje za pomocą serwisów społecznościowych. To dobrze, bo poza wszystkimi użytecznymi funkcjami Internetu, jest jeszcze jedna. Sieć pozwala budować coraz sprawniejsze, świadome i aktywne społeczeństwo obywatelskie.

Ważnym momentem, w którym możemy ocenić poziom jego rozwoju jest zaś w demokracji akt głosowania. Z tym od początku transformacji ustrojowej mamy problemy, bo frekwencja w wyborach jest z reguły skandalicznie niska (poza ostatnimi, które stanowiły raczej swoisty plebiscyt). Stowarzyszenie Polska Młodych, we współpracy z Politechniką Wrocławską i Grupą Adweb odpowiedzialną za promocję i stworzenie serwisu internetowego, kończy właśnie prace nad pierwszym, polskim systemem do e-głosowania. Już na początku kwietnia podczas specjalnej konferencji prasowej ma zostać zaprezentowana jego wersja testowa. Dlaczego powinniśmy kibicować temu projektowi?

Przede wszystkim docenić należy fakt, że za kwestię e-głosowania "wzięli się" młodzi Polacy. Tak często posądzani o brak zaangażowania w sprawy publiczne, goniący rzekomo za szybkimi pieniędzmi i trzymający się "jak najdalej od polityki". To bardzo budujące. Warto nadmienić, że e-głosowanie to nie pierwszy projekt organizowany przez Polskę Młodych. Stowarzyszenie to jest odpowiedzialne również za inicjatywę Damy Radę polegającą na udzielaniu przez studentów prawa darmowych porad prawnych osobom ubogim, a także akcję Sukces-ja, której przedmiotem była pomoc młodym ludziom w realizacji ich własnych projektów oraz wyłanianie liderów społecznych już na etapie szkół średnich. W celu realizacji projektu e-głosowania, Polska Młodych nawiązała współpracę z kryptologami i informatykami z Politechniki Wrocławskiej, gdzie pod kierownictwem profesora Mirosława Kutyłowskiego powstał prototyp systemu. - Chcemy głosować przez Internet. Bezpiecznie, nowocześnie i szybko, w oparciu o przejrzyste zasady. Alternatywne metody uczestnictwa w wyborach są potrzebne, by zwiększyć frekwencję wyborczą. Nie wyobrażam sobie demokracji w XXI wieku bez Internetu – mówi Rafał Flis, koordynator projektu.

Polska Młodych inicjując projekt wyszła z założenia, że nowoczesne społeczeństwo obywatelskie musi w jak największym stopniu partycypować w życiu publicznym. E-głosowanie ma zatem umożliwić łatwiejsze i szybsze oddanie głosu w wyborach, ale także - co jeszcze ważniejsze - poprawić wizerunek państwa w oczach obywateli i skupić ich energię wokół tego projektu. Warto dodać, że elektroniczne wybory nie mają zastąpić tradycyjnego aktu wrzucenia kartki do urny, ale jedynie go uzupełnić. Pomogą także w likwidacji barier na jakie napotykają osoby niepełnosprawne, emigranci, czy studenci uczący się poza miejscem zamieszkania. Twórcy systemu podkreślają, że e-głosowanie to nie to samo co e-voting, na który składają się m.in. elektroniczne maszyny do głosowania w lokalach wyborczych. System stworzony przez Polskę Młodych skupia się na możliwości głosowania z domu za pomocą własnego komputera.

Poparcie dla inicjatywy wyraził profesor Piotr Sztompka. Ciepło przyjął ją również Ferdynand Rymarz, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. Wszyscy zainteresowani będą zaś mogli przetestować system już na początku kwietnia. Prawie 1/3 Polaków chętnie oddałaby głos w wyborach za pośrednictwem Internetu, gdyby miała taką możliwość. Pozostaje pytanie - kiedy będzie możliwe e-głosowanie w Polsce?

Niestety, obecna generacja polityków nie może dogadać się nawet w tak prostych, zdawałoby się, sprawach, jak wprowadzenie głosowania poprzez pośrednika, a nawet wydłużenia wyborów do Parlamentu Europejskiego z jednego do dwóch dni. Ostatnio mogliśmy zresztą obserwować debatę na ten temat. Argumentem "przeciw" pośrednikowi (którego obecność ułatwiłaby głosowanie niepełnosprawnym) okazał się zdaniem Prezydenta zapis w Konstytucji mówiący o "bezpośredniości" i "tajności" głosowania... A gdzie zaufanie? Wszyscy zresztą pamiętamy słowa Jarosława Kaczyńskiego o internautach. Niestety, świadomość klasy politycznej w tej kwestii jest raczej mierna. Politycy obawiają się także o bezpieczeństwo całej procedury. Nawet przykład Estonii, co i rusz odpierającej cyberataki rosyjskich aktywistów, a jednak z powodzeniem wdrażającej system e-głosowania (od 2011 roku również za pomocą telefonu komórkowego!) wydaje się im odległy o lata świetlne. Ciężko zatem posądzać dzisiaj polityków o rzeczywistą chęć ułatwienia procesu wyborczego oraz zwykłe wsparcie dla modernizacji społeczeństwa. Cała para idzie obecnie w gwizdek, czyli jałowe spory rządzących z dziennikarzami, którzy ośmielili się wytknąć tym pierwszym przypadki nepotyzmu i konfliktu interesów. O frekwencji na co dzień się nie myśli, zresztą - czy politykom "milcząca większość" nie jest na rękę? No właśnie... Dlatego cała nadzieja w młodych. W Polsce Młodych.
czwartek, 19 marca 2009
Serwis do.org.pl uruchomiony został wczoraj przez kilku byłych użytkowników portalu Wiadomości24.pl, którzy mieli inną wizję dziennikarstwa obywatelskiego, niż osoby kierujące serwisem należącym do medialnego potentata Polskapresse.

Większość z nich była wcześniej mocno zaangażowana w rozwijanie idei dziennikarstwa obywatelskiego właśnie w tym portalu. Ich odejście nastąpiło w momencie zmiany polityki serwisu, polegającej na uwiarygodnianiu autora poprzez konieczność zamieszczenia jego zdjęcia. Wówczas jeden z użytkowników podmienił zdjęcie na awatar, co doprowadziło do niemożności publikowania przez niego tekstów. Wymóg ten został w końcu zniesiony na prośbę użytkowników, aczkolwiek osoby które publikują pod pseudonimem lub bez zdjęcia, mogą obecnie liczyć jedynie na publikację w dziale Moje Trzy Grosze oraz nie otrzymują żadnych przywilejów i nagród.

Redaktor naczelny Wiadomości24.pl Paweł Nowacki stoi na stanowisku, że wiarygodność w dziennikarstwie obywatelskim jest najważniejsza dla kogoś, kto chce publikować w sieci. - Cieszę się, iż te osoby nadal chcą informować innych, w jakiś sposób będę im kibicował, naprawdę wiele pracy przed nimi - dodaje.

Sami twórcy nowego serwisu podkreślają, że prowadzą działalność na zasadach non profit i nazywają go miejscem przyjaznym dla wszystkich, którym bliskie są idee wolnego dziennikarstwa obywatelskiego. W serwisie do.org.pl użytkownik sam może decydować o kwestii licencji Creative Commons, czyli w pełni dysponuje własnymi prawami autorskimi, mogąc także pozwolić innym na wykorzystanie tekstu w sposób komercyjny (co np. nie było możliwe w serwisie Wiadomości24.pl)

Jak piszą na swojej stronie twórcy serwisu, z biegiem lat coraz więcej wielkich korporacji medialnych zaczęło wykorzystywać idee dziennikarstwa obywatelskiego do swoich celów, starając się sprawiać wrażenie, że są im one bliskie. W efekcie stawali się posiadaczami darmowych treści od użytkowników, którzy przyczyn powstania dziennikarstwa obywatelskiego dopatrywali się przede wszystkim w stworzeniu opozycyjnego wobec wielkich koncernów medium. - My pamiętamy o tych przyczynach i dlatego stworzyliśmy niezależną od jakiegokolwiek koncernu medialnego platformę, która ma służyć publikowaniu materiałów przez dziennikarzy obywatelskich i informowaniu społeczeństwa o wydarzeniach pomijanych, marginalizowanych lub wypaczanych przez korporacyjne molochy medialne. Platformę, która ma służyć lepszemu przepływowi informacji i stanowić krok ku demokratyzacji mediów publicznych - dodają autorzy.

Do twórców serwisu napisał również Lawrence Lessig, autor "Wolnej Kultury" i założyciel organizacji Creative Commons. - Z wielką przyjemnością kibicuję temu doniosłemu eksperymentowi dziennikarskiemu, czując się jednocześnie zaszczycony faktem wykorzystywania przez was licencji Creative Commons - napisał. - W dzisiejszych czasach, w związku z ogromną presją, jakiej poddawane są media przez swych korporacyjnych właścicieli – próbujących zmusić swych pracowników do tego, aby stawali się w coraz mniejszym stopniu dziennikarzami – niezmiernie ważną sprawą jest przeciwstawienie im silnej i niezależnej alternatywy. Inicjatywy, które obiecują taką niezależność, zapewniając równocześnie swobodny i wolny dostęp do publikowanych informacji, a jednocześnie nakłaniają ludzi do dzielenia się tymi informacjami, są ważnym elementem współczesnej walki o wolność słowa - stwierdził Lessig.

Czy eksperyment okaże się udany? - Zapraszamy wszystkich Dziennikarzy Obywatelskich do współpracy - mówią założyciele. Konkurencja na rynku mediów - również tych obywatelskich - jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Trzymajmy kciuki!
wtorek, 17 marca 2009
W jaki sposób, kiedy i czy w ogóle Polska ma szansę na wykorzystanie swojej wielkiej szansy na wykonanie znacznego, cywilizacyjnego skoku? Jakie powinny być priorytety w rozwoju Polski? Jakimi środkami ten rozwój realizować? I wreszcie - jakie przeszkody staną na drodze tego procesu? Na te wszystkie pytania, odpowiedzi starali się szukać politycy, naukowcy i dziennikarze zaangażowani w Narodowy Program Foresight "Polska 2020".

Czym jest Foresight "Polska 2020"? W telegraficznym skrócie, jest to platforma dyskusyjna, zrzeszająca rządzących, naukowców, biznesmenów oraz opinię publiczną wokół problemów priorytetów badawczych, technologicznych, a także kluczowych problemów społecznych w Polsce. Owe grono, za główny cel postawiło sobie rozpoznanie i zdefiniowanie możliwych dróg rozwoju naszego kraju. Ważnym elementem tego procesu jest użycie racjonalnego sposobu przewidywania możliwych dróg metodą foresight. Jest ona stosowana z powodzeniem w większości państw Unii Europejskiej i polega na połączeniu twardych faktów statystycznych z twórczym przewidywaniem przyszłych zagrożeń, kierunków rozwoju. W Polsce, powołany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego program foresight działa od grudnia 2006 roku i skupia się wokół tematów: Zrównoważonego Rozwoju Polski, Technologii Informacyjnych i Telekomunikacyjnych oraz Bezpieczeństwa.

Niedawno uczestnicy programu opracowali pierwszą broszurę z wynikami swoich prac p.t. "Scenariusze rozwoju Polski w perspektywie roku 2020". Czy udało się stworzyć spójny dokument odpowiadający na podstawowe pytania o przyszłość Polski? Przede wszystkim, już na wstępie stwierdzono, że kryzys wcale nie musi oznaczać zapaści. Może być szansą. Muszą jednak zostać spełnione pewne warunki. Pierwszy - zależny nie tyle od nas, co naszych sąsiadów w UE, to przezwyciężenie kryzysu i powrót do dalszych procesów integracyjnych oraz umacniania instytucji gwarantujących wspólne, pokojowe współzawodnictwo państw Europy. Naszymi zadaniami z kolei będzie przeprowadzenie niezbędnych reform uwalniających energię i kreatywność Polaków, akceptacja i aktywny udział społeczeństwa w tych przemianach oraz budowa gospodarki opartej na wiedzy. Scenariusze są różne.

Skok może być szybki, reformy mogą iść jak po grudzie, ale przy jednoczesnym splocie niekorzystnych czynników równie dobrze możemy na dobre utkwić w ciemnej uliczce z napisem "Zapaść". Stanie się tak, jeżeli mobilizacja elit będzie krótkotrwała. Rozwój buduje się latami, a pierwsze sukcesy poprzedza zazwyczaj ciężki okres przejściowy. Obecna generacja polityków, która jeszcze przez dobrą dekadę będzie zapewne okupować scenę polityczną w Polsce, charakteryzuje się jednak zdecydowanie krótkowzroczną polityką obliczoną na poklask i efekt wyborczy. Często również samo społeczeństwo nie wykazuje specjalnych oznak akceptacji dla wdrażania innowacji - czego efektem są często oglądane w telewizji protesty z powodu planów budowy elektrowni atomowych, wiatrowych, czy masztów zapewniających dostęp do szybkiego, szerokopasmowego internetu. Kluczowym czynnikiem jest tutaj także sprawnie działające społeczeństwo obywatelskie, którego w Polsce nadal nie ma. Znacznie częściej od zaangażowanej postawy spotykamy się przecież ze znanym podejściem "co jak co, ale polityką to ja się nie interesuję!". A szkoda...

Ale nie musi być tak źle.

Przede wszystkim społeczeństwo musi zrozumieć, że żyjemy w epoce informacji. Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. Żeby nie "wypaść z gry" po prostu musimy wiedzieć jak pozyskiwać, gromadzić i wykorzystywać informacje. Musimy umieć korzystać z nowych mediów. Na razie, z powodu kryzysu głównie oszczędzamy. Czy owe klasyczne podejście rzeczywiście wyjdzie nam na dobre? My na razie możemy się tylko przyglądać oraz przeczytać raport Foresight'u i być przygotowani na przejęcie pałeczki w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat dzisiaj pędzi naprzód. Bo jeśli nie my - to kto?
Eryk Mistewicz, konsultant polityczny i ekspert od kreacji wizerunku opublikował w „Dzienniku” ciekawy artykuł. Dowodzi w nim, że w sieci rodzi się bunt młodego pokolenia wielkomiejskich profesjonalistów. Nazywa je "pokoleniem GoldenLine" (od nazwy znanego, biznesowego portalu społecznościowego na którym owi profesjonaliści się zrzeszają). Twierdzi też, że w obliczu narastającego kryzysu, grupa ta będzie w stanie realnie wpływać na świat polityki, a może nawet stanie się zdolna do stworzenia nowej alternatywy wobec dwóch największych, dominujących na scenie politycznej bloków PO i PiS.

Przyznam szczerze, że tekst czyta się bardzo przyjemnie. Sporo w nim iście rewolucyjnego zapału - zarówno u autora, jak i u kreślonego jego piórem pokolenia, które rzekomo lada chwila uderzy pięścią w stół i zatrzęsie fundamentami budynku przy ul. Wiejskiej. Niestety, z większością postawionych w tym artykule tez nie mogę się zgodzić. Wiem, że moja opinia nie interesuje zapewne za bardzo Eryka Mistewicza, zaś jego doświadczenie i wiedza w temacie "kreowania narracji" i "opowieści politycznej" są z pewnością większe niż moje. Obserwuję jednak światek Internetu i muszę przyznać, że nie widzę specjalnych oznak wzbierających nastrojów rewolucyjnych. Całe szczęście, że Eryk Mistewicz podaje przykłady Islandii, Francji i USA, gdyż przynajmniej z góry wiadomo, na kim ewentualnie taki obywatelski, oddolny ruch miałby się w przyszłości (zapewne jeszcze cały czas dalszej, niż bliższej) wzorować. Szczególnie przykład Islandii jest tutaj ciekawy, bo ilość obywateli zamieszkałych na tej wyspie jest mniej więcej równa ilości użytkowników portalu GoldenLine. Nietrudno więc sobie wyobrazić, ilu tak naprawdę aktywistów sieciowych potrzebowali Islandczycy, aby zacząć organizować w Internecie buzz na temat swojego ruchu. To tak, jak z tą świetnie się rozwijającą, modernizującą i informatyzującą Estonią - nie ta skala. Francja i USA zaś, to już zupełnie dwie, odległe w tej kwestii galaktyki.

O kim tak naprawdę pisze Eryk Mistewicz? I czy rzeczywiście, jako ekspert prawidłowo "przejrzał" pokolenie, które zanalizował? Samo nadawanie etykiet pokoleniom jest ostatnio bardzo modne. Z reguły okazują się one być pustymi hasłami-wydmuszkami. Pewien zespół hip-hopowy z Opola, Dinal, kilka lat temu słusznie spostrzegł, rymując, że "kiedy odszedł papież, ogłoszono generację, a to pokolenie ogłosiło emigrację i zamiast tu zmieniać los, chcą już zwiewać stąd". Teraz ten argument Eryk Mistewicz łatwo strąca światowym kryzysem, który odstrasza przed emigrowaniem, ale pytanie o zasadność pokładanych w kolejnych pokoleniach (JPII, '89, GoldenLine...) nadziei pozostaje.

Problem w tym, że samo rzekome "pokolenie GoldenLine" nie pali się - i słusznie - do budowy barykad i wyjścia na ulice. Daje temu zresztą wyraz... w portalu GoldenLine właśnie. Analizę Eryka Mistewicza przyjęto raczej z przymrużeniem oka. Sieć, jest fajnym miejscem do dyskutowania, wyzłośliwiania, czy nabijania się z polityków. A portal GoldenLine kolejnym miejscem owych dyskusji. Eryk Mistewicz sprawia wrażenie, jakby dopiero co zauważył istnienie forów internetowych, grup dyskusyjnych, portali społecznościowych i innych miejsc w sieci, gdzie internauci komunikują się ze sobą. Dorabianie do tego rewolucyjnej ideologii jest grubą przesadą. Tymczasem "Dziennik" stara się swoim czytelnikom wmówić (wykorzystując nośny temat kryzysu), że kilku aktywistów, którzy sprzeciwiają się polityce banków internetowych organizuje właśnie największy bunt młodych od 1968 roku. Ciężko brać tego typu analizy na poważnie, a podparcie ich zdaniem socjologów z wyższych przecież uczelni, jest co najmniej zastanawiające.

Internet to świetnie miejsce do organizowania akcji obywatelskich, pisania listów poparcia, czy przeciwnie - protestowania przeciwko pewnym zjawiskom, osobom, wydarzeniom. Ale wielkiej polityki nie da się budować zza ekranów monitorów. Nawet obecność sieciowego lobby jest dyskusyjna. GoldenLine to tylko nisza, a świat sieciowego mainstreamu wygląda zupełnie inaczej. Internauci w Polsce bardziej przypominają raczej okopanych w twierdzy żołnierzy poszczególnych, już istniejących obozów politycznych. Stworzenie sprawnego ruchu wymagałoby sporych nakładów finansowych na dotarcie do szerszych mas. Wydaje się zaś, że środowisko "białych kołnierzyków" zostało chwilowo zagospodarowane przez Platformę Obywatelską, czemu dali wyraz w ostatnich wyborach. I tutaj Eryk Mistewicz ma rację. "Pokolenie GoldenLine" tylko na chwilę pokazało swoją realną siłę - odsuwając od władzy PiS. Gdyby rzeczywiście bunt młodych, zdegustowanych polityką ostatnich 20 lat wzbierał na serio, historia pod tytułem "Andrzej Lepper wicepremierem" nie skończyłaby się na śmiesznych filmach w sieci i ogólną "olewką" tematu oraz czekaniem na normalniejsze czasy. Jeszcze sporo wody upłynie w Wiśle, zanim Internet stanie się miejscem narodzin prawdziwego, nowego projektu, czy nawet jednolitego środowiska.

Jedno jest pewne - Eryk Mistewicz pokazał, że naprawdę jest mistrzem w kreacji "opowieści", która rozpoczyna medialny efekt domina. A z "pokolenia GoldenLine" najbardziej cieszą się zaś pewnie twórcy portalu. Dostać takie wsparcie w dobie, zdawałoby się - "pokolenia Naszej Klasy" - bezcenne.
„Internet jest wszędzie” - orzekli niedawno eksperci z MSWiA. Wygląda na to, że program rozwoju szerokopasmowego Internetu w Polsce właśnie wziął w łeb. Cuda na łączach jednak się nie zdarzają. Pytanie, czy raport ministerstwa to gwóźdź do trumny na drodze Polski w stronę "e-republiki"?

Według wszelkich, publikowanych za granicą raportów na temat rozwoju szerokopasmowej sieci, wypadamy w tej kwestii bardzo blado. Ściślej - Polska ciągnie się raczej w ogonie klasyfikacji. Komisja Europejska opublikowała właśnie kolejne tego typu zestawienie. Okazuje się, że tylko 8,4 procent Polaków ma dostęp do szerokopasmowego Internetu. Co prawda tym razem w rolę "czerwonej latarni" wcieliła się Bułgaria, ale to raczej marne pocieszenie. Polska znalazła się zaledwie oczko wyżej, co jest dosyć smutnym i frustrującym wynikiem. Szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę 20 procentową średnią unijną.

Diagnoza, jaką postawiła na polską chorobę internetową Komisja Europejska jest bardzo prosta: zbyt mała konkurencja na rynku. Rzeczywiście trzeba przyznać, że mimo wszelkich sukcesów, jakie odnieśliśmy na drodze transformacji ustrojowej, sfera szeroko rozumianej komunikacji to piąte koło u wozu naszej gospodarki. O radosnych doświadczeniach z PKP można by pisać wiele, ale o błyskawicznych czasach na niektórych połączeniach krajowych lepiej zbyt głośno w Europie nie mówić. Podobnie ma się sprawa z Pocztą Polską, która beztrosko potrafi turlać przesyłkę z Radomia do Szczecina w ciągu dwóch tygodni, kiedy ta sama paczka, ale wysłana z Kanady, leży na biurku odbiorcy po pięciu dniach (doświadczenie autora). Drogi to temat rzeka. No i ten Internet... "Tepsa" cały czas jest twardo trzymającym się monopolistą, na co raport Komisji Europejskiej również zwraca uwagę.

Dlatego musi budzić zdziwienie swoisty kontrraport MSWiA w którym stwierdza się, że właściwie Internet jest w Polsce wszędzie. Nic, tylko się cieszyć. To, co w Danii, czy Finlandii (prawdziwych e-mocarstwach) zostało okupione latami ciężkiej pracy przy wdrażaniu wielkich, narodowych programów subwencjonowania rozwoju szerokopasmowej sieci (dzisiaj korzysta z niej tam już ponad 30 procent społeczeństwa), u nas udało się osiągnąć - jak wszystko - ot tak, mimochodem. Bez wielkich nakładów, kosztów, setek konsultacji ze środowiskiem naukowym. Internet jest wszędzie, więc dajmy już spokój i zajmijmy się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli kolejnymi partyjnymi podchodami. Jakież to proste.

To, że przez kilka mapek o wątpliwej wartości merytorycznej tracimy miliardy euro na rozwój sieci w Polsce, to jeszcze nic. Najgorsze, że poprzez utrwalanie schematycznego myślenia i działania według zasady "spokojnie, wszystko będzie dobrze" tracimy również swoją wielką szansę modernizacyjną. Obecna generacja polityków, kolokwialnie mówiąc - nie za bardzo "czai bazę" jeżeli chodzi o sferę sieci. Ktoś tam niby prowadzi te blogi, ale efekty rzeczywistych działań nie są raczej obliczone dalej, niż na 4 lata do przodu.

A przecież szybka sieć to dzisiaj cywilizacyjny wymóg. Skandynawowie zrozumieli to najszybciej w Europie i z rozwoju nauki oraz nowych technologii, a przede wszystkim szerokopasmowego Internetu, czerpią pełnymi garściami. Internet to również szybsza i skuteczniejsza możliwość budowy społeczeństwa obywatelskiego, oddolnych ruchów oraz najlepszy sposób na transparentność wszelkich procesów związanych ze sprawowaniem władzy. W Estonii już dzisiaj e-voting (głosowanie przez Internet) jest normą. Podobny, polski projekt, przygotowany przez stowarzyszenie Polska Młodych we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej już w kwietniu będzie dostępny w Internecie w celach testowych. Czy zainteresuje klasę polityczną?

"Internet jest wszędzie". Tory kolejowe też pokrywają całe terytorium Polski, a poczta jest w każdym miasteczku. Problem w tym, że jeżeli coś jest wszędzie, to nie znaczy, że na pewno działa dobrze. I nie będzie działać, dopóki stać będziemy w rozkroku między przaśnym wspomnieniem socjalizmu, a wyzwaniami nowych czasów. Niedługo może się zaś okazać, że "nie będzie niczego" - bo pociąg z napisem "droga do e-republiki" ucieknie na dobre.
Pomimo całej mody na wieszczenie upadku prasy - po części uzasadnionej spadającymi wynikami sprzedaży - polski rynek opinii jest jednak niezwykle konserwatywny. Ilekroć mowa jest o zmieniającym się świecie mediów, na pierwszym miejscu przywoływane są zazwyczaj opinie, raporty i konkluzje powstałe za wielką wodą. Jako żyjący nad Wisłą Europejczycy lubimy równać do największych. Ale czasami nawet bliższe, francuskie przykłady "problemów z prasą" nijak nie przystają do naszej rzeczywistości.

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w naszym mniemaniu opinią i na jaki temat jest ona formułowana? Sieć jest świetnym miejscem do zajmowania się branżą IT, medialnymi nowinkami, rozrywką elektroniczną, telekomunikacją i wszystkim co związane ze światem szeroko pojętych nowych technologii. To fachowców z tej branż w sieci jest najwięcej. I są zdecydowanie najbardziej opiniotwórczymi jednostkami. Sieć jest ich środowiskiem naturalnym. To w internecie dostęp do technologicznych newsów jest najszybszy. Tutaj toczą się dyskusje, wymiany poglądów, najszybciej publikowane są wyniki rozmaitych testów. Sieć - w przeciwieństwie do papieru - jest niejako z gumy. Świat technologii wymaga sążnistych opisów, wyjaśniania przykładów - także za pomocą dźwięku i obrazu. Tutaj liczą się przede wszystkim maksymalnie wyjaśnione, rozdzielone na najdrobniejsze czynniki pierwsze treści. Z pewnością przykładowe porównanie przeglądarek internetowych ma szansę zostać przeprowadzone znacznie dokładniej właśnie w sieci, niż w ograniczonym ilością stron magazynie. Często też "lekkie pióro" autora interesuje odbiorców zgoła mniej, niż czysta informacja. Taka jest specyfika tego światka. Sieć lubi pisać o sobie - i u siebie. Wydaje się wręcz do tego stworzona. Dlatego też magazyny komputerowe znikają z rynku lub zwalniają pracowników jako pierwsze. Zostawiając „na lodzie” takich fachowców jak Paweł Wimmer, który świetnie radzi sobie jednak w roli blogera. Sam, zaglądając do swojego czytnika RSS zauważyłem ostatnio, że dział "Sieć i technologie" jest tam zdecydowanie najbardziej rozbudowany. Ta dziedzina została więc niemal w całości "odbita" prasie.

No właśnie. Co w takim razie z opiniotwórczą rolą piszących w sieci na inne tematy? Polityka, gospodarka, sport? O ile, jak na każdy inny temat, pisać może o nich każdy, to przynajmniej pierwsze dwie dziedziny wymagają jednak sporego doświadczenia i często naukowej wiedzy. Dopiero wówczas można kogoś uznać za wpływowego i opiniotwórczego komentatora. Bariera wejścia jest w tym wypadku dużo wyższa niż w przypadku fachowców od IT. Oczywiście nikomu nie umniejszając. Jednak Piotr Zaremba na swój autorytet fachowca w dziedzinie polskiej, współczesnej polityki pracował latami, spędzając kawał życia w świecie polityki (lub bezpośrednio obok niego). Bartosz Węglarczyk nie został zatrudniony na stanowisku szefa działu zagranicznego "Gazety Wyborczej" odpowiadając na ogłoszenie o pracę, tak jak to często dzisiaj ma miejsce podczas łowienia narybku do działów "Internet" w rozmaitych portalach towarzyszących prasie (co niestety często-gęsto odbija się na ich poziomie). Są to fachowcy najwyższej próby i raczej ciężko jest ich przeskoczyć. Nawet o kryzysie piszą wszyscy, a jednocześnie najdłużej pochylamy się mimo wszystko nad tekstem Witolda Orłowskiego w "Polityce".

Internet daje wiele możliwości publikacji dla amatorów. Jednak nasz rynek mediów skonstruowany jest w taki sposób, że pewne sfery pozostaną jeszcze długo domeną fachowców z prasy. Wydaje się, że w ogóle prasa jest również najbardziej opiniotwórczym medium w Polsce. Wystarczy zerknąć na pasek TVN24, gdzie treść newsa poprzedza zazwyczaj zakończony dwukropkiem tytuł gazety. Dopiero te opracowane w redakcjach prasowych newsy przetwarzają telewizje, a na końcu portale. To w prasie rodzą się tematy, tygodniami rozpracowywane są afery, które żyją potem w mediach elektronicznych. To prasa posiada najszerszy dostęp do źródeł i największe zespoły zajmujące się konkretna działką. No i posiada autorów, którzy muszą umieć pisać z polotem o sprawach ważnych.

Polska sieć jeszcze długo bazować będzie na opracowaniach przygotowywanych przez prasę papierową. Ciężko też, w przeciwieństwie do świata technologii, znaleźć w internecie autorytety piszące lekko, ale dobrze na wspomniane tematy. Dość powiedzieć, że najlepszy moim zdaniem polski blog o polityce zagranicznej - "Świat Inaczej" - prowadzi Maciej Kuźmicz - dziennikarz, rzecz jasna, prasowy ("Gazeta Wyborcza", "Polityka"). Nawet niekwestionowanym królem (chociaż niektórych jego prawie że poetycki styl drażni - mnie nie) piłkarskiej blogosfery jest przecież Rafał Stec. Czasami bowiem oprócz chęci liczą się także wiedza, źródła i talent szlifowany pod okiem najlepszych. A takie rzeczy na razie dostępne są "tylko w prasie". Dopiero "zejście" jej przedstawicieli na poziom sieci udowadnia, jak wiele dzieli amatorów od dziennikarzy zawodowych. I tylko wówczas, kiedy Ci ostatni zaczną masowo publikować w internecie, będzie można mówić o jego opiniotwórczej roli. Do tego czasu sieć będzie jedynie wielkim agregatorem informacji.
Kolejny konflikt w Strefie Gazy na szczęście (i pewnie, nie na długo...) za nami. Współczesne pole walki i sama taktyka w związku z tym zmieniają się w szybkim tempie. Nie jestem ekspertem od wojskowości, ale nawet ogólnodostępna, popularna wiedza na ten temat pozwala zrozumieć te zmiany. Takie zjawiska jak terroryzm czy ekstremizm islamski sprawiają, że tabuny żołnierzy i otwarte fronty odchodzą do lamusa.

Dzisiaj pole walki to domena jednostek specjalnych, punktowych ataków na strategiczne cele. Wszystko to jest także podporządkowane w coraz większym stopniu propagandzie. Występujący w telewizji mułłowie nawołujący do kolejnej krucjaty przeciwko zachodowi, czy zamieszczane w sieci filmy z egzekucji nikogo już (niestety) nie dziwią.

Zmieniają się więc także same relacje medialne z rejonów konfliktów. Jeszcze nie tak dawno infografiki pokazujące rozmieszczenie i przemieszczanie się sił koalicji antyterrorystycznej w Iraku czy Afganistanie stanowiły swoiste novum. Dziś, w dobie powszechnego dostępu do szybkiej, mobilnej, bezprzewodowej sieci, takie medialne zabiegi wydają się zdecydowanie trącić myszką.

Od pewnego czasu możemy zaobserwować w mediach kolejny nowy trend. Fascynujący i przyciągający uwagę odbiorcy. Jak nietrudno się domyśleć, chodzi o publikowanie materiałów bezpośrednio z pola walki.

Dlaczego jest to dla widza tak absorbujące? To oczywiste - nawet najlepsza, trójwymiarowa, bogata w najbardziej "wybuchowe" efekty specjalne infografika nie może się równać z tego typu materiałem, który jest po prostu PRAWDZIWY. To kolejny krok który czynimy jako widzowie na drodze do jak najpełniejszego, możliwie najbardziej wiarygodnego odbioru płynących z mediów informacji. I media doskonale o tym wiedzą. Robią więc wszystko aby zaspokoić te oczekiwania. A niekiedy nawet więcej, niż przeciętnemu amatorowi newsów ze Strefy Gazy mogło się wydawać!

Telewizja Al Jazeera uruchomiła niedawno specjalne repozytorium, w którym zamieszcza unikalne materiały ze Strefy Gazy, na dobre zrywając z wizerunkiem stacji-tuby propagandowej terrorystów, na jaki pracowała przez ostatnie lata. Zamieszczenie tych materiałów na wolnej licencji Creative Commons stawia Al Jazeera'ę bardziej w roli bliskowschodniego CNN - nowatorskiej, innowacyjnej telewizji, która nie tylko informuje, ale i dzieli się swoimi zasobami z innymi stacjami. Bliski wschód jest dosyć newralgicznym miejscem na mapie świata. Takie repozytorium, sukcesywnie rozwijane może uczynić z Al Jazeer'y prawdziwe centrum multimedialne dla reszty świata. A poza tym wszystkim, krew, płacz i wojenka zawsze w mediach są i będą w cenie.

No właśnie. Globalizacja, szeroki dostęp do tego typu materiałów czyni wręcz z wojny kolejną dawkę rozrywki dla widza. Bo jak inaczej nazwać publikację przez izraelską telewizję, nakręconego przez samolot szpiegowski filmu z zasadzki przeprowadzonej przez Hamas na żołnierzy izraelskich? Prawdziwi - z krwi i kości przecież - żołnierze, wyglądają na owym materiale jak jednostki, którymi kierujemy na ekranach naszych monitorów grając w gry strategiczne. Pojawia się nawet "koliste" zaznaczenie! Czy w tym kierunku zmierzają relacje medialne z pola walki?

Chyba jednak wolałbym, aby dziennikarz telewizyjny nigdy nie zakończył zapowiedzi takiego filmu słowami "miłej zabawy". Bo tam, daleko od naszych granic, zabawa dawno się skończyła.
poniedziałek, 16 marca 2009
Blogi i sieci społeczne coraz gęściej wypełniają połacie naszego i tak kurczącego się wolnego czasu. Zastępują relacje w "realu". Stają się źródłami informacji. Bawią, uczą, a niektórym pozwalają nawet się utrzymać. Nie ma co owijać w bawełnę - blogi i społeczności trafiają pod strzechy.

Jeszcze kilka lat temu internet był dla wielu, szczególnie starszych ludzi dziwnym miejscem, przed którym należy chronić dzieci dla ich własnego dobra, a jeden z posłów SLD utożsamiał sieć z szemranymi "stronami porno".

Dzisiaj za pomocą blogów wyrażamy szeroko swoje zdanie, poznajemy zdanie innych. Mikroblogi coraz częściej służą nam do komunikacji z bliskimi, którzy nie muszą już dzwonić i pytać co i rusz "co u nas słychać". Sami wypuszczamy w ich stronę krótkie, lapidarne "newsy" z naszego życia. Wreszcie za pomocą portali społecznościowych szukamy pracy. A kiedy już ją znajdziemy, tracimy w niej czas na przesiadywanie na Naszej Klasie i uskuteczniamy dalsze podglądanie życia innych ludzi. Oczywiście, dopóki pracodawca nie zablokuje nam tej wspaniałej możliwości.

Dlatego cała dyskusja na temat kondycji blogerów, blogowania i samych blogów, jaka ostatnio miała miejsce w sieci wydaje się być burzą w szklance wody. Bo przecież blogi, to nie są już tylko pamiętniki pisane "do szuflady". Dziś są to miejsca, które mają swoją, skorą do komentarzy stałą publiczność, wyznawców i przeciwników. The Economist zamieścił ostatnio ciekawy artykuł na temat rosnącej roli blogów. Oprócz potwierdzenia wejścia blogów do mainstreamu mediów autor wspomina kwestię głośnego "przejścia na emeryturę" jednego z największych autorytetów (a na pewno postaci bardzo poczytnej) w świecie internetu - Jasona Calacanisa. Jego odejście od blogowania powodowane było więc rzekomą bezosobowością i brakiem bliskości, jakie cechują współczesne blogi. W skrócie - kiedyś blogowało się dla funu, bez krępujących reguł gry, a towarzystwo wzajemnej, blogerskiej adoracji było na tyle wąskie, że swojska atmosfera jaka w nim panowała pozwalała na bezstresową zabawę. No a teraz mamy do czynienia wyłącznie z wzajemnym podgryzaniem się, podziałem środowiska i sieciowym "hejtingiem".

Czyli co - kończymy, Panowie? Po takim wyroku Calacanisa wypadałoby grzecznie wyjść po angielsku. Tymczasem - nic z tych rzeczy! Z pionierami blogowania jest trochę tak, jak z budowniczymi "Solidarności" i pierwszych rządów wolnej Polski po '89 roku. Mieli ideały i wizje, które następna generacja polityków brutalnie zniszczyła oddając się PR-owskiej, nowoczesnej walce wyborczej. Dla pierwszych blogerów sprawa była jasna - blogi to regularnie aktualizowane o nowe wpisy strony, na których zamieszcza się swoje przemyślenia, a czasami jakieś zdjęcie, czy film. No i oczywiście świadomość, że jest się blogerem.

Tymczasem dzisiejsi użytkownicy sieci wcale nie muszą mieć tej świadomości! Ba, mogą na co dzień blogami gardzić, uważając je stereotypowo za dziecinadę. Tak naprawdę mogą nie mieć o "blogowaniu" zielonego pojęcia. Przecież aktualizując swoje profile na MySpace, czy dodając nowe zdjęcia na Naszą Klasę, w rzeczywistości nie robią nic innego jak blogują. Zdjęcia są? Są. Krótkie historie je opisujące, wspomnienia z wakacji? Też. Komentarze? A jakże. A zatem jest to blogowanie. Tylko inne. Bo przecież w sieci wszystko płynie i ulega zmianom znacznie szybciej. Zapewne kolejnym przystankiem będzie upowszechnienie się mikroblogów (w USA już panuje Twitteromania, a co ma miejsce w USA, prędzej, czy później dotrze i do nas) które stanowią nowoczesny powrót do prehistorycznych czasów blogów osobistych, na których informowaliśmy o właśnie zjedzonym śniadaniu.

Przykład idzie z góry. Dziś nawet Biały Dom bloguje. Gros redaktorów największych dzienników w Polsce prowadzi blogi. Wpisy z ich blogów trafiają na łamy prasy. Ciężko uwierzyć, ale blogi powoli stają się "tradycyjnym" medium. I tak jak inne tradycyjne media dotyka ich kryzys, o czym The Economist wspomina w odniesieniu do zwolnień w blogowym, plotkarskim imperium jakim jest Gawker.

A zatem, blogowanie bynajmniej się nie kończy. Blogowanie staje się prostsze, bardziej zrozumiałe, niezauważalne. A przede wszystkim akcent z osobistych wynurzeń przesuwa się zasadniczo w stronę społecznych interakcji.
Jako fascynat nowych mediów, wielokrotnie pisałem z pozycji zwolennika mediów obywatelskich, czasami nawet amatorskich, jako wiarygodnego źródła lokalnych i nie tylko informacji. Poruszając temat gazet, a raczej ich upadku zastanawiałem się, co będzie "po". Koniec prasy drukowanej, wzrost znaczenia blogów i dziennikarstwa obywatelskiego, upadek tradycyjnych redakcji? Rzeczywiście według ostatnich prognoz coraz mniej ufamy tradycyjnym mediom. Czas spędzony przed telewizorem czy w fotelu z gazetą sukcesywnie zmniejsza się na rzecz pochłaniania informacji z Internetu.

Pomyślałem jednak - a co stracimy, jeśli gazety rzeczywiście odejdą do lamusa, albo przynajmniej ich rola w kształtowaniu opinii społecznej drastycznie spadnie? Przede wszystkim należy rozróżnić jaką prasę mamy na myśli. Bo jest to niemal równorzędne z tym, o jakich dziennikarzach mówimy. Oczywiście nie zamierzam nikogo wskazywać palcem jako nie-dziennikarza, ale pewien podział jest widoczny nawet dla takiego codziennego zjadacza Internetu i prasy jak ja. Osobiście nie ronił bym krokodylich łez, gdyby ktoś jutro rano obudził mnie z hiobową wieścią, iż "Fakt", "Super Express" i tuzin redakcji kolorowych pisemek o życiu "gwiazd" zamykają swe podwoje. Prawdopodobnie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego. Są przecież Pudelki, Kozaczki i inne plotkarskie portale o równie dziwnych nazwach gdzie mogę śledzić te tematy. I co ciekawe, owe redakcje śpią dotychczas względnie spokojnie.

Jednak gdyby na chwilę głębiej się zastanowić, dojdziemy do wniosku, że istnieje jeszcze inny świat dziennikarstwa prasowego, dziennikarstwa przez duże D. Świata reporterów, takich jak ś.p. Ryszard Kapuściński (to już dwa lata od jego śmierci - jak ten czas leci!), czy osobiście przeze mnie ceniony Mariusz Szczygieł. Ludzi o zgoła odmiennym podejściu do zawodu niż "pracownicy mediów", jak trybiki uwijający się podczas masowej produkcji kolejnych krzykliwych newsów. Co z nimi? Owszem, mogą wydawać książki. To jednak nie to samo, co cykliczna korespondencja, związek z czytelnikiem i tytułem prasowym.

No właśnie. Bardzo często podczas zachwytów nad osiągnięciami nowych mediów zapominamy o tym ostatnim. O ile nie posądzam nikogo o związek emocjonalny z prasą brukową, tak chyba każdy czytelnik gazet ma jeden, ulubiony tytuł, z którym czuje się związany, ceni jego autorów i ich opinie. Mowa najczęściej o tygodnikach, czy prasie branżowej. Tak naprawdę to oni muszą uwijać się jak w ukropie, aby pozostać na powierzchni. Tabloidy (w dobie tabloidyzacji mediów przecież!) sobie poradzą. Przyznam jednak, że paru poważniejszych tytułów byłoby mi osobiście szkoda i dlatego zastanawiam się, w którą stronę powinny zmierzać. Powiem wprost: dla zdrowia i z szacunku dla prawdziwych tuzów dziennikarstwa nie można zmusić ich do nagłej zmiany środowiska, tematyki i obniżenia poziomu. A nawet do skrócenia form twórczości dziennikarskiej tylko dlatego, że teraz trzeba mniej, szybciej, łatwiej. Po prostu musi istnieć pewna elitarna grupa tytułów, którą odbiorcy traktują bardziej jako przynależność do pewnej snobistycznej nieco i schyłkowej raczej kasty "czytelników prasy". Tytułów, w których pojawiają się głębsze analizy, publikacje naukowców, szerokie raporty z różnych dziedzin. Takie rzeczy, co nie jest tajemnicą, lepiej czyta się zresztą tradycyjnie, na papierze, niż przedzierając się przez kolejne strony PDF, czy portali. Tytuły te są więc traktowane bardziej jako źródło wiedzy o świecie, niż źródło "informacji" - bo dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach informacja informacji nierówna.

Pomijam nieco etatystyczne (jak zwykle) podejście Francuzów, którzy w "Zielonej Księdze Prasy" doszli do wniosku, że dziennikarstwo obywatelskie to utopia, a profesjonalny "pośrednik" jest niezbędny, dlatego trzeba dotować podupadające tytuły z publicznych pieniędzy. Chyba nie tędy droga. Zgodnie z przysłowiem - lekarzu, lecz się sam - to prasa sama musi dostosować się do nowych warunków. Przede wszystkim najwięksi redaktorzy MUSZĄ być obecni w sieci. Muszą znać i rozumieć nowoczesne narzędzia - blogi, mikroblogi. To jest przecież przyszłość mediów i nie mogą zaklinać bez końca rzeczywistości twierdząc, że "obejdą się bez". E-gazety to też dobry pomysł na przyszłość. Ale pewne jest, że marka gazety nie może utonąć w morzu potoku informacji agregowanych przez kanały RSS. Musi żyć w sieci nadal jako znany z saloników prasowych periodyk. Dzisiaj poważny tytuł prasowy musi żyć w dwóch równoległych światach. Musi je przenikać. Inicjować tematy w sieci, rozszerzone diagnozy publikować w prasie i w ten sposób budować swoją społeczność czytelników. Kto pierwszy dostosuje się do nowych warunków, ten szybciej wyjdzie z kryzysu w jakiej znalazła się prasa drukowana. Chyba zmienia się też nieco profil czytelnika. Od prasy coraz częściej nie oczekujemy mielenia "bieżączki" (od tego mamy szybką sieć), ale właśnie pogłębionych, naukowych, stojących na wysokim poziomie publikacji. I to może uratować gazety - ich doświadczonych ludzi i markę.

Trzymam za nich kciuki, bo czytanie prasy to poza tym wszystkim bardzo przyjemne zajęcie, kultywowane od pokoleń jako przejaw pędu za wiedzą i rzetelną informacją. Tak, tak, poza monitorem też się takie jeszcze trafiają...