Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

środa, 22 kwietnia 2009
Stało się - świat oszalał na punkcie Twittera. No, może nie cały świat, ale miliony internautów na pewno. Liczby nie są jednak w tym wypadku najważniejsze. Twitter niepostrzeżenie stał się modny, jest promowany przez największe gwiazdy. O Twitterze rozpisuje się prasa, dyskutuje się w telewizji. Kiedy w Polsce trwa aktualnie kolejny bzdurny protest użytkowników na Naszej Klasie, niewątpliwie największym społecznościowym graczu na rodzimym, internetowym rynku, świat (USA) właśnie wprowadza ideę mikroblogowania do mainstreamu.

Oto w Stanach dopiero co dobiegł końca pewien bardzo emocjonujący wyścig. Śledziła go połowa internetowego światka, a wstęga linii mety oznaczała w tym wypadku jedno - Twitter stał się jednym z najważniejszych, najbardziej rozwojowych i najpopularniejszych produktów medialnych. W piątek rano okazało się bowiem, kto na Twitterze pierwszy przekroczył magiczną barierę miliona (miliona!) obserwujących go użytkowników. Twitterowemu profilowi stacji CNN rękawice rzucił gwiazdor Hollywood Ashton Kutcher. I wygrał. Sam pojedynek relacjonowała na bieżąco stacja CNN, robiąc wokół Twittera niesamowitą wrzawę. Nie pomogło im to jednak w odrobieniu do Kutcher'a na finiszu straty 1,2 tysięcy użytkowników. Zwycięzca postanowił przekazać 100 tysięcy dolarów dla jednej z organizacji charytatywnych. Milionowy "obserwator" gwiazdora pojawi się zaś w trzeciej części popularnej gry komputerowej The Sims. Jak widać, Twitter coraz odważniej przenika do innych mediów i popkultury.

Zresztą CNN i Ashton Kutcher to nie jedyne gwiazdy na Twitterze. Serwis ciągną w górę także takie persony show-biznesu (i nie tylko) jak Britney Spears, legendarny koszykarz Shaquille O'Neal, niedoszły prezydent Al Gore, obecny prezydent Barack Obama, czy wreszcie gospodyni najpopularniejszego talk-show w USA, Oprah Winfrey. Ta ostatnia znana jest z tego, że każde jej słowo jest niemal święte, a jednym wypowiedzianym zdaniem potrafi wypromować, lub zrównać z ziemią dowolną rzecz, osobę lub ideę. Zresztą do jednego z odcinków swojego programu, wyraźnie zafascynowana Twitterem, zaprosiła jednego z współzałożycieli serwisu, Evan'a Williams'a. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla realnego przecież produktu, za którym stoją jak najbardziej realne pieniądze?

A Twitter nie zasypia gruszek w popiele. Jego wzrost i perspektywy są wprost imponujące. W stosunku do początku roku liczba użytkowników wzrosła aż o 130 procent i jest ich aktualnie - w samych tylko Stanach - 9,3 miliona. Serwis ma już w planach wprowadzenie biznesowych, płatnych kont (tzw. konta "PRO") i chętnych na nie zapewne nie zabraknie. Reklamą na Twitterze zainteresowane są tuzy branży IT - Google i Microsoft. W grę wchodzą miliony dolarów.

Zresztą Twitter już dawno przestał być tylko komunikatorem i mikroblogiem. Coraz częściej słychać głosy o wyszukiwaniu informacji w czasie rzeczywistym, które umożliwia. Liczba użytkowników powoduje, że na każde niemal zapytanie możemy uzyskać informację zwrotną. Potęga społeczności internetowej jest w przypadku Twittera niemal nie do zmierzenia. Nic więc dziwnego, że Google węszy także i w tych rejonach. Dodając do tego funkcje czysto użyteczne m.in. dla mediów (np. sławne już twitterowanie podczas ataku huraganu, które w wersji mini doczekało się w Polsce relacji na Blipie, kiedy nad naszym krajem przetoczył się Orkan Emma). To wszystko powoduje, że Twitter staje się kolejną "wielką rzeczą" nie tylko dla światka sieciowego.

Czy podobna rewolucja ma szanse dotrzeć do Polski? Na razie Twitter nas nie oczarował, ale coraz większą popularność zdobywa jego krajowy odpowiednik, czyli wspomniany Blip. Co prawda ani Kuba Wojewódzki, ani Donald Tusk jeszcze nie blipują, ale w sobotę wystartowała tam za to relacja z wyprawy na Spitsbergen niewidomego alpinisty Pawła Urbańskiego. Pomysł przedni. Tylko czekać, jak media nad Wisłą podchwycą mikroblogi. W końcu wszystko, co wymyślą za wielką wodą, prędzej czy później, w tej, czy innej formie, dociera i do nas.
piątek, 03 kwietnia 2009
Według najnowszego raportu ONZ, już ponad połowa populacji ludzkiej korzysta z telefonu komórkowego. Dla nas, mieszkańców średniozamożnego państwa w Europie Środkowej, komórka to żadna nowość. Posiadamy coraz nowsze modele wyposażone w kolejne funkcje. MP3, aparat cyfrowy, mapy, lokalizacja, mobilny Internet, gry...

Na dobrą sprawę telefon stał się naszym najbliższym przyjacielem z którym nie rozstajemy się ani na chwilę. Umila nam czas w poczekalni u lekarza, albo w kolejce na poczcie. Pozwala szybko sprawdzić o której godzinie odjeżdża najbliższy autobus na który właśnie czekamy na przystanku, a kiedy już jedziemy do pracy, czy na uczelnię, możemy posłuchać radia oraz odpalić zaległego ebook'a.

Krótko mówiąc - poza oczywistą czynnością jaką jest rozmowa z bliskimi, komórka potrafi znakomicie wypełnić czas rozrywką. Z czego bardzo chętnie korzystamy. To my. A jak jest gdzie indziej?

Guardian opublikował bardzo ciekawy artykuł o tym, jak telefony komórkowe zmieniają Afrykę. W tekście opisano historię 33-letniego handlarza z Demokratycznej Republiki Konga. Deograsias Mukeba mieszka w Goma. Przez wiele lat żył w domu bez adresu, a usługi pocztowe i linie telekomunikacyjne w mieście już dawno przestały działać. Kiedy w 1995 roku zmarła jego mieszkająca z dala od Goma matka, po trzech tygodniach od pogrzebu cudem dostał list z parafii w której została pochowana. Przesyłka zaadresowana była po prostu "Deograsias Mukeba, Goma". Jak sam mówi, Goma i Kinszasa były w tych warunkach dwiema, odległymi od siebie planetami.

Dzisiaj adresem Mukeba jest numer jego telefonu komórkowego. Kiedy zaopatrzył się jak wielu obywateli DRK w jeden ze starszych, wysłużonych modeli Nokii, jego życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Gdy telefony pojawiły się w Kongo, Mukeba był bezrobotnym. Mimo wszystko udało mu się wysupłać 25 dolarów na tę nowinkę technologiczną. Okazało się, że było warto. Brat Mukeba mieszkający w Kinszasie, codziennie dzwoni zgłaszając zapotrzebowanie na towary dostępne Rwandzie i Ugandzie, skąd następnie Mukeba je sprowadza. Zwykły telefon pozwolił zdobyć nowe kontrakty i najzwyczajniej w świecie zacząć zarabiać pieniądze. Komórki zmieniły Kongo nie do poznania. Handlarze wysyłają towar na nowe rynki zbytu, szybko sprawdzają aktualne ceny, organizują dostawy. Poza tym telefon ma prawie każdy, mimo, że elektryczność jest nadal towarem deficytowym. Owszem, są to słabe i pozbawione większości nowoczesnych funkcji znanych w całym cywilizowanym świecie modele. Ale za to wszyscy mogą sobie na nie pozwolić.

To niesamowite, jak upowszechnienie prostego przyrządu do komunikacji wpłynęło na rozwój zniszczonego wojnami kraju. Wyzwoliło wrodzoną przedsiębiorczość, obecną przecież w każdym, nawet najbardziej udręczonym społeczeństwie. Teraz każdy, kto dostał wędkę, przy odrobinie samozaparcia może zacząć łowić ryby. Poza czysto merkantylnymi efektami, ta swoista "komórkowa rewolucja" pozwoliła odbudować zerwane więzi społeczne. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać i już nikt, jakkolwiek śmierć bliskiej osoby jest wydarzeniem tragicznym, nie dowie się o niej trzy tygodnie po pogrzebie. Komórki pozwoliły zacząć budować zdrowe relacje międzyludzkie i coraz sprawniej funkcjonujące społeczeństwo. To także dowód na drzemiący w Afryce potencjał. A jeżeli Afrykę objęłyby szeroko zakrojone programy pomocowe wprowadzające pod strzechy Internet? Co prawda droga do tego daleka, bo od infostrady ważniejsze są tam zwykłe drogi, ale można sobie wyobrazić skalę przyszłego skoku cywilizacyjnego w tym regionie świata. A dla nas historia Mukeba jest przykładem, że rozwój mobilnej komunikacji to przyszłość i szansa na lepsze, prostsze i sprawniejsze życie na co dzień.