Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

niedziela, 25 maja 2008
Wrócę jeszcze na moment do tematu hipotetycznego upadku reportażu spowodowanego rozwojem dziennikarstwa uprawianego w internecie i w ogóle upadku prasy w dłuższym okresie czasu.

Manageria zamieszcza artykuł na temat Craig'a Newmark'a, właściciela internetowego serwisu ogłoszeniowego Craigslist, jednej z najpopularniejszych stron internetowych w USA. Padają tam ciekawe liczby i skutki jakie wywołują na rynku prasy i nie tylko. W serwisie zamieszczono już 600 milionów darmowych ogłoszeń. Poza tym pozbawiony reklam serwis zarabia na płatnych ogłoszeniach (o pracę i dot. nieruchomości) z czego rocznie uzyskuje przychód w postaci prowizji rzędu 80-100 milionów dolarów.

Prasa papierowa oczywiście protestuje. No bo niby jakim prawem sieciowa zabawka (w artykule pada stwierdzenie "weekendowy projekt", co pewnie dosyć dobrze oddaje stan percepcji tradycyjnych mediów łypiących zazdrosnym wzrokiem na coraz to nowe sieciowe projekty) ma zabierać przychody z ogłoszeń poważnym gazetom?

Zauważyłem, że cały ten internetowy stuff, mocno osadzeni i powiązani siecią wzajemnych zależności (wertykalnych, ale i towarzyskich) gracze medialni traktują jak swoistą "szarą strefę". Ta "szara strefa" działa sobie nielegalnie gdzieś obok, jakby poza rynkiem tradycyjnym i zabiera mu odbiorców. Papierowe tytuły tracą nie tylko spore pieniądze, ale i czytelników. Zmuszone więc do zamykania dzienników, albo przekształcania je w tygodniki same wchodzą w tę "szarą strefę" i większość swoich tekstów zamieszczają w sieci.

Ciekawe w jaki sposób, jakimi środkami i czy w ogóle prasa papierowa zamierza zareagować na obecną sytuację. Być może ich doradcy prawni już pracują nad analizami które wykażą, że ogłoszenia zamieszczane w sieci samopas są nielegalne i wymagają mocnego, ugruntowanego prawnie pośrednika. Zresztą ogłoszenia to tutaj tylko mały przykład. Przecież pod "wolny obieg informacji", "wolną kulturę", "tworzenie wolnych treści" można podciągnąć dokładnie wszystko. Dzisiaj powoli modna wśród rządowych elit - niewątpliwie powiązanych z odwiecznymi jak się wydaje koncernami medialnymi - staje się dojrzewająca myśl o "ochronie własności intelektualnej". Przygotowywane są już nawet odpowiednie dokumenty w tej sprawie.

Wydaje mi się, że na razie ci wielcy gracze nie wiedzą za bardzo "co z tym internetem" zrobić. Jedni wchodzą w nowe buty szybko i sprawnie, dzięki czemu zaczynają  coraz szybciej biec przed siebie. Ale inni, nieruchawi, zasiedziali w swych gmachach, redakcjach, pomstują i klną na czym świat stoi, kombinując wraz z władzami które są równie łase na tego typu kontrolę, jak ukrócić nielegalną ekspansję sieciowej amatorszczyzny. Sieć traktują jak dziki zachód. Niezdobyty, dziewiczy teren, pełen społecznych aktywistów finansujących niezależne dziennikarstwo, jak robi to Craig Newmark. Pytanie, czy nowe projekty medialne będą na tyle silne, żeby zatrzymać ekspansję "starego porządku" w drugą stronę?
wtorek, 13 maja 2008
Na blogu Netto reuptake zastanawia się się nad przyszłością reportażu. W ostatnim wpisie, odnosząc się po części do nagrobka wystawionego prasie drukowanej przez agencję interaktywną Artegence, o czym pisałem poprzednio, pyta, czy dziennikarstwo obywatelskie nie będzie oznaczać końca reportażu. Wywołał mnie też do tablicy, więc postaram się przedstawić zwięźle swoje zdanie na ten temat.

Otóż moim zdaniem reportaż może spać spokojnie. Na pewno się wybroni. Wspomniany przez reuptake Mariusz Szczygieł to moim skromnym zdaniem wzór dobrego dziennikarza. Kontynuujący linię Ryszarda Kapuścińskiego, świetny warsztatowo. W przeprowadzonej kiedyś przeze mnie rozmowie z nim wcale nie obawiał się nowych, dziennikarskich inicjatyw, a wręcz im kibicował.

Bo to trochę dwa różne światy - reportaż w wykonaniu Szczygła, czy Hugo-Badera, a dziennikarstwo obywatelskie. Reportaże Szczygła świetnie się czyta w książkach. Na tę kwestię trzeba też spojrzeć, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, z pozycji kulturowych, społecznych. Myślę, że konstrukcja "internet, portale, blogi, a zatem i dziennikarstwo obywatelskie doprowadzą do upadku prasy drukowanej, a przez to i reportażu" jest zbyt prosta. Redakcyjne działy reportażu może i będą skromniejsze, kosztem newsowych, bo przecież prasa będzie zmuszona gonić internet. Myślę jednak, że patrząc tylko na biznesowe słupki, reportażu tak szybko się nie pogrzebie.

Internet owszem, jest mocarzem, ale cały czas za krótkim w majtkach, żeby całkowicie wyeliminować reportaż. Główną domeną internetu, przynajmniej na razie, są trzy dziedziny - informacja, rozrywka, usługi (komunikacja etc). Reportaż zawsze łatwo dostosowywał się do nowych warunków. Przetrwał radio, rodząc reportaż radiowy. Przetrwał telewizję, rodząc reportaż telewizyjny. Reportaż to jednak coś więcej niż informowanie. To gatunek literacki łączący publicystykę z literaturą piękną. Ja jestem zwolennikiem tezy, że dziennikarstwo obywatelskie to czasami czysta informacja, czasami prowokowanie do dyskusji, a czasami społeczna kontrola. Rzadko kiedy jednak stanowi strawę duchową dla czytelnika. Więcej w nim funu, wykorzystywania powszechnie dostępnych dziś narzędzi jak aparat, kamera cyfrowa, czy serwisów typu flickr, niż poważnej pracy nad tekstem, gry słów, które są często domeną reportażu.

Reportaż to bardziej sztuka, a internet - rozrywka. Czy tego chcemy czy nie - reportaż to ciężka, poważna praca również nad sobą, a internet to zabawa, obraz, dźwięk. Czy coś się zmieni? Póki co, trendy są raczej jasne. Być może wykształci się coś na kształt reportażu internetowego. Krótszego, szybszego. Czemu nie? O fotoreportażu nie wspominając. Owszem, o profesjonalizmie dziennikarza obywatelskiego świadczy tylko i wyłącznie jego rzetelność. Teoretycznie więc nowy król reportażu może narodzić się w sieci. Myślę jednak, że Mariusz Szczygieł nie musi nerwowo szukać swojego "łebdwazerowego alter-ego". Reportaż na naprawdę wysokim poziomie pozostanie domeną wybitnych jednostek. Zresztą, moim zdaniem to dobry kierunek dla prasy. Na polu newsów, rozrywki - są przegrani. Póki co jednak Leszek Kołakowski nie prowadzi bloga, podobnie jak wielu myślicieli na świecie.

Prasa to pewnie dziedzictwo kulturowe; jakoś nie wyobrażam sobie czytania kilkustronicowych esejów Sormana w sieci. Jest to zwyczajnie niewygodne. "Takie rzeczy to tylko w prasie", a internet zostawmy krótkim, informacyjnym formom. Przyznam, że sam już dawna kupuję tylko sobotni "Dziennik" dla dodatku "Europa", a sama gazeta po pobieżnym przejrzeniu i stwierdzeniu - ja to wszystko już wiem, bo przeczytałem w internecie - ląduje w koszu. To tak jak z grafiką, czy innymi tego rodzaju dziedzinami sztuki. Grafika też ma swoją wartość, festiwale, nagrody. Ale to jednak coś innego, niż tradycyjne malarstwo. DeviantART nie zastąpi dobrego muzeum, czy galerii sztuki. A raczej startuje w nieco innej lidze.

Dlatego uważam, że "góra piramidy" pozostanie nienaruszona. Jak szybko internet by się nie rozwijał, nie "kradł" kolejnych dziedzin życia, to jednak człowiek do pewnych rzeczy, wbrew pozorom, bardzo silnie się przyzwyczaja.
15:50, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 maja 2008
Agencja interaktywna Artegence wystawiła prasie drukowanej taki właśnie nagrobek. W roku piłkarskiego, polsko-ukraińskiego Euro zniknie z rynku ostatnia papierowa gazeta. No dobra, nie zniknie. Ale pozycja tych mediów gwałtownie osłabnie.

Wśród wydawców prasy podniósł się oczywiście rejwach, a Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy stwierdził, że jeżeli kampania wystartuje na dobre, trzeba będzie sprawdzić czy aby nie jest niezgodna z kodeksem etycznym. A jako, że kampania wystartowała, Magda Górak z Artegence wytoczyła dosyć ciężkie kontrargumenty. Stwierdziła, że funkcje informacyjne, opiniotwórcze, czy rozrywkowe znacznie lepiej spełniane są w internecie. Z nutką ironii wyraziła zaniepokojenie szczególnie przyszłością dzienników przypominając, że przy nich portale internetowe są przecież minutnikami. Prasa nie ma szans na konkurowanie z nimi w kwestii szybkości przekazu informacji. Następnie na pocieszenie porównała gazety do antyków, na które zawsze znajdą się amatorzy.

Zaniepokojenie ludzi związanych z prasą drukowaną jest zrozumiałe. Nad Wisłą rośnie rynek reklamy w sieci (w 2007 roku środki na reklamę w internecie zamknęły się kwotą 700 mln i wyprzedziły te przeznaczane na reklamę w radio o prawie 30 mln zł). W Polsce i tak wydaje się na razie, że rynek prasy ma się całkiem dobrze. Szczególnie w ostatnich latach - u boku Rzepy i Wyborczej pojawili się dwaj gracze w postaci Dziennika i Polski. Jest jednak jeden szkopuł - prasa nie jest innowacyjna. I to może być dla niej spory problem.

Pomijając fakt, że w prasie o danym wydarzeniu przeczytamy najwcześniej na drugi dzień, a w internecie natychmiast, w sieci mamy masę innych możliwości i form odbioru oraz wyrazu. Obejrzymy lub odsłuchamy materiały multimedialne. Sieć jest interaktywna. Mamy możliwość natychmiastowego skomentowania tychże. Internet pozwala również na staranną selekcję informacji. Prasa raczej je standaryzuje, co w rzeczywistości ponowoczesnej kultury, gdzie wszelkie media, rozrywka skupiają się na indywidualnym odbiorcy jest reliktem. Papierowe gazety nie są po prostu przygotowane do tej nowej rzeczywistości. Dziennikarze obywatelscy są tutaj uczestnikami, a kto wie czy nie prowodyrami "kreatywnej destrukcji", jak tę sytuację nazwał Edwin Bendyk. Jego zdaniem ten, kto nie odważy się wziąć w niej udziału będzie przegrany. A żeby uciekać do przodu, trzeba wprowadzać innowacje. I koło w przypadku drukowanych gazet się zamyka.

Gazety są zinstytucjonalizowane. Mają markę, logo, siedzibę, etatowych pracowników. To powoduje, że obrastają w piórka. Ich dziennikarze twierdzą niekiedy, że tylko oni mogą mienić się zawodowcami. Jak każda zamknięta grupa zawodowa starają się nie dopuścić, dyskredytują, a najczęściej wyśmiewają każdą próbę lub prognozę zmian. Termin dziennikarz-amator stosowany na określenie dziennikarzy obywatelskich to z ich strony tylko taki lajtowy prztyczek w nos. Tymczasem dziennikarz obywatelski sam sobie jest instytucją. Jako jednostka, jako obywatel jest w centrum współczesnej kultury i życia społecznego. O jego wiarygodności nie decyduje przynależność do jednej ze zwalczających się wzajemnie kast, ale osobista rzetelność. Przy okazji globalizacja wymusza łączenie się lokalnych, narodowych firm w wielkie, transnarodowe korporacje. Dziennikarstwo obywatelskie i wolna kultura są tutaj krok przed gazetowym, drukowanym słowem. Być może nawet stopniowe otwieranie się gazet na współpracę z dziennikarzami obywatelskimi nie uchroni ich przed powolną marginalizacją.

Cyfryzacja telewizji w 2012 roku może oznaczać przejście drukowanej prasy na pozycje naukowego materiału źródłowego do poczytania w (tradycyjnej, rzecz jasna) bibliotece, albo plażowego, ubogiego zamiennika sieci. Poza tym rynek reklamy w internecie będzie stale rósł i pomijając wszelkie kwestie technologiczne czy społeczne, może się to okazać czynnikiem decydującym o końcu wiodącej roli prasy.
poniedziałek, 05 maja 2008
Witam po nieco dłuższej przerwie spowodowanej wiosennym ładowaniem akumulatorów, cokolwiek to znaczy. Mam nadzieję, że dzięki takiemu odpoczynkowi nie zmęczę za szybko materiału, a kiedy uznam, że jednak tak się dzieje, powtórzę eksperyment :).

Miałem napisać o nowym programie TVN24 zaraz po jego starcie, ale w sumie dobrze się stało, że zaczekałem na rozwój "Publicznej.tv". W ostatnią niedzielę mieliśmy okazję oglądać trzeci już odcinek tego pionierskiego w polskich warunkach przedsięwzięcia. Przyznam szczerze, że czytając pierwsze zapowiedzi "Publicznej.tv" miałem wrażenie, że będzie to "Szkło Kontaktowe" któremu zrobiono update i dodano możliwość pokazania na wizji twarzy rozmówcy za pośrednictwem kamery internetowej i połączenia przez Skype'a. Miło się rozczarowałem. Program nie porzuca jednak lekkiego stylu. Duża w tym zasługa prowadzącego Macieja Mazura, który fajnie odnajduje się w roli moderatora dyskusji. Dziennikarz ten zresztą dał się poznać jako wcale dobry i ciekawie piszący bloger, więc znakomicie czuje się w tej formule kontaktu z ludźmi. Wywiad z nim na temat programu mogliście oglądać na blogu mediafun'a. Publiczna.tv nie jest oczywiście magazynem satyrycznym, prześmiewczym. To interaktywny talk-show.

Przede wszystkim hasło powtarzane często przez prowadzącego, czyli "to wy tworzycie ten program", odnoszące się do ustalania przez widzów rankingu tematów z całego tygodnia do kolejnego odcinka przypomina "media to Wy" jakim reklamują się przecież Wiadomości24. Publiczna.tv wpuszcza widzów "na salony", stają się oni de facto prowadzącymi. Program wypełniają więc dyskusje ludzi którzy zabierają głos w interesujących ich sprawach. Stałym punktem jest też przegląd materiałów jakie w ostatnim tygodniu widzowie przysłali na platformę Kontakt. Maciej Mazur użył tutaj nawet terminu "dziennikarstwo obywatelskie". Nie do końca się z nim zgodzę, ale jako, że jego słowa brzmiały dokładnie "coś, co można by nazwać dziennikarstwem obywatelskim" przyjmijmy, że intencje autorów w temacie propagowania uczestnictwa zwykłych ludzi w tworzeniu mediów są słuszne. :) I nie łapmy się za słówka ;), bo jednak gołym okiem widać, że TVN24 zostawia daleko w tyle całą konkurencję jeśli chodzi o te zagadnienia. Ciekawe, jak daleko to zajdzie? Obecnie w czasie magazynów TVN24 mamy możliwość przeczytania od czasu do czasu jakiejś wypowiedzi widza z forum. Ciekawym eksperymentem byłoby natomiast włączenie się takiego widza w dyskusję np. w czasie magazynu "24 godziny" - jako dziennikarza zadającego pytanie, jako komentatora, lub jako lokalnego lub tematycznego eksperta, który akurat ma do czynienia lub bezpośrednio dany temat go dotyczy. Oczywiście są programy studyjne, ale co innego siedzieć na widowni, a co innego przed komputerem i uczestniczyć w takim programie bez wychodzenia z domu.

Publiczna.tv nie jest programem bez wad. Rozumiem, że wykorzystywane są tutaj nowoczesne rozwiązania które wymagają "dotarcia się" i ciężkiej pracy obsługi. Nie wiem natomiast jaki jest sens trzymania na wizji rozmówcy dysponującego jakimś wyjątkowo kiepskim łączem, w wyniku czego 80% jego wypowiedzi jest całkowicie niezrozumiała. Prowadzący oczywiście stara się trzymać fason - kieruje sprawnie dyskusją i sprawia wrażenie, jak by wszystko było w najlepszym porządku. Być może w studio odbiór jest rzeczywiście lepszy. Pamiętajmy jednak, że program jest świeżutki, a Maciej Mazur kilkakrotnie podkreślał, że zdaje sobie sprawę z niedoskonałości. Zapewne w niedługim czasie znalezione zostanie odpowiednie rozwiązanie problemu, a być może tak musi po prostu być. Mi to nieco przeszkadza i psuje przyjemność z oglądania programu.

Zresztą, jeżeli nie dysponujemy szybkim łączem, lub nie chcemy brać udziału w dyskusji live, od następnego odcinka mamy szansę na emisję nagranego wcześniej za pośrednictwem telefonu komórkowego wystąpienia na nurtujący nas temat. Wystarczy wcześniej je wysłać na wspomnianą platformę Kontakt. To kolejny strzał w dziesiątkę i oddanie widzom terytorium zarezerwowanego wcześniej dla dziennikarzy. Ciekawe, co jeszcze wymyślą autorzy Publicznej.tv?