Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

piątek, 29 maja 2009
Pieprzony los Kataryny – tak, parafrazując tytuł jednej z powieści Rafała Ziemkiewicza, chciałoby się rozpocząć podsumowanie ostatniej, internetowo-prasowej wojenki na linii „Dziennik” – internauci.  Niestety, moim zdaniem sprawa nie jest tak czarno-biała, jak się ją przedstawia w wielu miejscach w sieci. Nie jest, bo być nie może. Obie strony mają rację i obie jednocześnie przesadzają. Pojawiło się sporo emocji, czasami uprzedzeń, a nade wszystko owczego pędu w wydawaniu pochopnych, kategorycznych opinii.

Kiedy "Dziennik" ujawnił, że wie, kim jest Kataryna i opisał historię ostatnich kontaktów z tą znaną blogerką, proponując jej m.in. swoisty coming-out na łamach gazety (oraz posadę publicystki), w sieci zawrzało. Pojawiły się zarzuty o szantaż, szczególnie po niepotrzebnych słowach redaktora naczelnego "Dziennika" Roberta Krasowkiego. Stwierdził on, że tak wygląda prawdziwe dziennikarstwo, a anonimowi krzykacze na forum komentarzy portalu "Dziennika" mogą go "pocałować w dupę". Prowokacyjnie zniżając się do ich poziomu podlał ostrym sosem i tak zgniły kawałek polskiego Internetu, dotychczas obejmujący swym zasięgiem głównie gros komentatorów na Onecie. Zupełnie niepotrzebnie i bez sensu sprawiając wrażenie, że ma na myśli blogi, fora i w ogóle polskiego internautę. Tylko, że nie ma jednego wzoru polskiego internauty. A komentatorzy poczuli zew krwi i lawina ruszyła. Potem nad "Dziennikiem" zaczęli pastwić się blogerzy. Niemal wszyscy nagle stali się obrońcami anonimowości w sieci i znawcami dziennikarstwa. Można było odnieść mylne wrażenie, że "Katarynagate" ujawniła właściwie skrywaną, brukową naturę "Dziennika".

Przejaskrawiam, bo po pierwsze - nie zgadzam się z kolektywnym potępianiem w czambuł kogokolwiek, jeżeli znajduję u niego pewne racjonalne przesłanki do takiego, a nie innego działania, a po drugie - nieco inaczej wyobrażam sobie polski Internet jako publiczną, przejrzystą sferę wolnej wypowiedzi.

Lubię "Dziennik" za sobotni dodatek "Europa", który czytam regularnie, na zmianę z "Dużym Formatem" Gazety Wyborczej. Nie uważam tej gazety za tabloid, a takie opinie też już się pojawiły. Lubię wywiady Mazurka, komentarze Zaremby. W "Dzienniku" często obok siebie można natknąć się na opinie zarówno Jadwigi Staniszkis, jak i Moniki Olejnik. W "Europie" dyskutują lewicowy Józef Pinior i prawicowi Ludwik Dorn, czy Wiesław Walendziak. Dlatego bardzo irytują mnie uwagi o "Der Dzienniku", który nakręcając sprawę Kataryny próbuje rzekomo ratować swoją malejącą sprzedaż, co i tak mu nie pomoże i w końcu na całe szczęście upadnie. A ja wolę jednak, żeby istniał, bo Polska jest za dużym krajem, żeby podzielić rynek poważnej prasy tylko pomiędzy "Gazetę" i "Rzepę". Szkoda by było tej "Europy", przede wszystkim...

Wracając do meritum, nie uważam, żeby "Dziennik" popełnił jakąś wielką zbrodnię wytaczając przeciwko anonimowym krzykaczom aż tak ciężkie działa. Będę konsekwentny. Często poruszałem kwestię blogów jako równoprawnych względem prasy mediów. I jeżeli rzeczywiście chcemy, żeby blogerzy byli szanowani, stawali się poważnym źródłem informacji, to powinni stać za nimi ludzie z krwi i kości! Takim blogiem jest na przykład "Korupcja w polskim futbolu" wrocławskiego dziennikarza Dominika Panka. Owszem, pod pseudonimem łatwiej publikować kontrowersyjne opinie. Ale niektórzy blogerzy stają się dzięki nim bardzo popularni. Przykład? Kataryna. Tak naprawdę prędzej, czy później jej personalia musiałyby zostać ujawnione. Konflikt z synem ministra Czumy wyniósł Katarynę na same szczyty mainstreamu. Nie przez przypadek - bo przecież Kataryna nie jest ofiarą, której w telewizji zmieniono głos i nie pokazano twarzy, gdyż jest szarym obywatelem pewnej wsi i który właśnie sypie skorumpowanego, despotycznego wójta i nie chce, aby ten go rozpoznał. Jeżeli ktoś pojawia się w "Faktach" TVN jako bloger, to jeżeli poważnie traktuje swoją działalność w sieci, występuje tam jako osoba publiczna.

Rację ma Bartosz Węglarczyk pisząc, że polski Internet jest pełen frustratów. To do nich zwracał się Robert Krasowski w swoim liście. Czy to, co zrobili dziennikarze "Dziennika" jest "dziennikarską gangsterką"? Moim zdaniem Kataryna dobrze wiedziała, co się święci i kolejne odpowiedzi na artykuły "Dziennika" tylko podgrzewały atmosferę. Przez kilka dni sieć żyła tematem i czasami odnoszę wrażenie, że wszyscy daliśmy się podpuścić. "Dziennik" pojechał po bandzie, ale przeżyje. Za parę miesięcy świat Internetu zajmie się czymś innym. Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński kpił z internautów, a dzisiaj straszy Niemcami. Zapomnimy.

Co z tego, że Marcin Król uważa, iż "blogi są czymś idiotycznym"? To tylko opinia, taka sama jak ta Doroty Gawryluk, która uważa anonimowość w sieci za coś normalnego. Dwa odrębne zdania na ten sam temat. Chcieliśmy wolności słowa, no to ją mamy. Jednak wolność słowa jest od tego, żeby jej nie nadużywać. Rodzice każdej kontrowersji, szczególnie sięgającej sfer władzy, powinni być znani. Inaczej utoniemy w błocie domysłów, dziennikarskich śledztw i sprostowań. Bo to nie jest tak, że trafiamy na świecznik i jednocześnie chcemy pozostać anonimowi. Tak się raczej - szczególnie w sieci - nie da. A blogi to wbrew opinii Króla na tyle potężne narzędzia, że szkoda byłoby je sprowadzać do roli sezonowej ciekawostki. Krótko mówiąc – jeżeli sieć zamierza na serio ścigać się z prasą, to musi to robić z otwartą przyłbicą.
środa, 20 maja 2009
Mam takie skrzywienie, że z wielkim zainteresowaniem czytam i oglądam wszelkie artykuły, publikacje i magazyny poświęcone naszej rodzimej myśli technicznej okresu Polski Ludowej. Bynajmniej nie po to, żeby pośmiać się z wytwarzanych wówczas kolejnych czerstwych, topornych urządzeń na licencji radzieckiej. Raczej chodzi mi o cały zmarnowany przez realny socjalizm potencjał intelektualny polskich techników. Radiowców, informatyków, inżynierów z branży motoryzacyjnej. Dla osoby, która nie pamięta, ani nie żyła w tamtych czasach, cały ten świat rozpoczętych, a niedokończonych projektów, epokowych jak na ówczesne czasy rozwiązań, których spora część została zapomniana z dniem w którym PRL się skończyła, jawi się jako niezwykle fascynujący.

W ostatnim czasie zetknąłem się z dwiema tego typu historiami. Związanymi w dodatku z dwoma moimi największymi hobby - muzyką i Internetem. Jakiś czas temu przeczytałem w "Dzienniku" o Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia. Było to miejsce, gdzie niejaki Eugeniusz Rudnik, dzisiaj żywa legenda, łączył elementy "techniki, muzyki współczesnej, reportażu radiowego i awangardy" uzyskując brzmienia zupełnie nowatorskie jak na ówczesne czasy siermiężnej i raczej odpustowej jeśli idzie o muzykę PRL. SEPR powstało w 1957 roku i było jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie tworzono nowoczesną muzykę elektroniczną. Co ciekawe, nowatorskie efekty uzyskiwano zupełnie chałupniczymi metodami. Do Polskiego Radia przyjeżdżali wówczas twórcy z całego świata. Zachwycali się efektami, których próżno było szukać w innych studiach. Sam Eugeniusz Rudnik dostał nawet propozycję wyjazdu na stałe do Niemiec. Wolał jednak w Polsce, za pomocą nożyczek, taśmy i sklejek (sic!) z mozołem realizować kolejne dźwiękowe zamówienia. Rudnik był prawdziwym wirtuozem, odpowiednikiem współczesnych, wielkich producentów muzycznych, którzy (szczególnie w przypadku muzyki elektronicznej) są dzisiaj bardzo ważną personą w układance składającej się na muzyczny sukces. Jak sam mówi, pociął w życiu ręcznie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów taśm, ale do komputerów i samplingu go nie ciągnie. Kim byłby dzisiaj? Współczesnym, polskim DJ Shadowem?

SEPR jest dzisiaj zapomnianym reliktem przeszłości. Studio niszczeje, a wiele sprzętów największe szanse ma na trafienie pod młotek. Na szczęście wokół studia zaczęło robić się głośno, wydano także czteropłytowy box z nagraniami. Jest szansa, że dorobek "radiowych czarodziejów" nie przepadnie. Przepadła natomiast bezpowrotnie szansa na "polski Internet". Cezary Gmyz napisał niedawno w Rzepie ciekawy (aczkolwiek trochę naginający fakty - ale na wyobraźnię działa) artykuł na temat informatyków pracujących w czasach PRL nad pierwszym systemem ewidencjonowania ludności PESEL. Ukrywający się pod pseudonimem Jerzy Studziński inżynier opowiada w nim o robionym na zamówienie władz oprogramowaniu dostępnym z każdego miejsca na ziemi, łączącym komputery różnych firm w jedną, wielką sieć teletransmisji. Do dzisiaj jest to jedna z najlepszych sieci ewidencji ludności na świecie, a podobne oprogramowanie ma bardzo niewiele krajów!

Transmisja danych, sieć telex o globalnym zasięgu... Aż ciężko uwierzyć, że ówcześni informatycy poprawiali kod z błędów pozostawionych przez takich tuzów światowej informatyki jak IBM i Siemens! "Idioci partyjni", jak mówi Studziński, nie opatentowali jednak tego budowanego przez elitę ówczesnych informatyków rozwiązania. Potem przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych, obsadzanie najwyższych stanowisk wśród informatyków mało uzdolnionymi "znajomymi króliczka", agonia realnego socjalizmu. Nikt już nic nie budował. A w armii amerykańskiej parę lat wcześniej narodził się Internet i to znowu USA "były pierwsze". Jak zakończyłaby się ta historia, gdyby sierpień 1980 roku przyniósł Polsce wolność 10 lat wcześniej? Warto się nad tym zastanowić w tegoroczną rocznicę 4 czerwca i patrząc na dwadzieścia lat polskiej wolności. Studziński stwierdził, że patent "przewidujący zapis danych wyłącznie na kartach pamięci, bez żadnych części ruchomych (dokładnie takie rozwiązanie znalazło zastosowanie w kartach pamięci naszych aparatów cyfrowych) dziś z opłat licencyjnych dałby pewnie tyle co cały polski przemysł". Czy bylibyśmy informatyczną potęgą chociażby na miarę Finlandii z ich Nokią?

Tego już się nie dowiemy. Ale takie historie jak ta, dają nadzieję, że jeżeli da się Polakom wolność, postawi jasny cel, zdejmie okowy krępujących przepisów, skupi na przyszłości, to wyzwalają się w nas (nawet w najtrudniejszych czasach) najbardziej skrywane talenty do innowacji, pielęgnowane gdzieś w podziemiu już od czasów złamania Enigmy, albo jeszcze wcześniejszych dokonań polskiego radiowywiadu u progu II RP, podczas wojny z bolszewicką Rosją.
wtorek, 12 maja 2009
"Dni internetu, jaki znamy, są już policzone" - te słowa medialnego magnata Ruperta Murdocha, wywołały prawdziwą lawinę dyskusji na temat płatności za treści publikowane w internecie. Wydawcy prasowi zaczęli opracowywać nowe koncepcje ograniczania bezpłatnego wykorzystywania ich materiałów przez media działające w sieci. Wspomniany właściciel koncernu NewsCorp. stwierdził, że ludzie przyzwyczaili się do tego, iż w internecie wszystko mogą dostać zupełnie za darmo. W związku z tym wydawcy powinni zacząć się bronić.

Sam Murdoch zapowiedział, że od przyszłego roku internetowe wydania gazet należących do jego koncernu (m.in. brytyjski "The Times" i amerykański "The Wall Street Journal") będą płatne. Zaczął także inwestować w specjalny, elektroniczny czytnik gazet. I chociaż na rynku działają już podobne urządzenia (np. słynny Kindle), to zdaniem Murdocha nakłady włożone w opracowanie tego typu urządzenia zwrócą się już niedługo. Rynek informacji prasowej, ale i treści publikowanych w sieci ma bowiem w najbliższym czasie ulec diametralnej zmianie.

Za Murdochem poszli kolejni wydawcy. Mathias Döpfner, prezes Axela Springera również wypowiedział się w tej sprawie jednoznacznie - serwisy internetowe powinny zacząć płacić za materiały wyprodukowane przez tytuły należące do jego wydawnictwa. Natomiast Agencja Associated Press stworzyła specjalne oprogramowanie, za pomocą którego śledzi i skanuje treści serwisów internetowych w poszukiwaniu plagiatów. W stosunku do ich autorów zamierza występować na drogę prawną. Serwisy internetowe bronią się argumentując, że nie przeklejają z serwisów gazet całych informacji. Publikują jedynie wycinki, albo piszą skróty, podając i odsyłając zresztą do źródeł.

Jednak wydawcy prasowi którym świat wali się na głowę i z powodu spadku sprzedaży gazet są zmuszeni zamykać kolejne tytuły, są nieprzejednani. W USA zarejestrowali organizację pod nazwą Journalism Online LCC. Ma się ona zajmować pobieraniem opłat za materiały publikowane w sieci od czytelników, ale także od serwisów "agregujących" treści, takich jak np. Google News. W Polsce podobną inicjatywę podjęła Izba Wydawców Prasy która ogłosiła, że istniejące od paru lat stowarzyszenie Repropol zarejestrowało spółkę, która będzie sprzedawać prawa do materiałów produkowanych przez prasę. Sytuacja w Polsce jest jednak o tyle ciekawa, że rodzima Polska Agencja Prasowa, zamiast walczyć wzorem amerykańskiej AP z agregatorami, podpisała z jednym z nich umowę. Dzięki porozumieniu z serwisem Google News, będzie on mógł za opłatą wykorzystywać PAP-owskie materiały.

Cała bitwa z agregatorami treści i serwisami internetowymi to kolejny etap wojny o ustalenie nowego ładu w zmieniającym się, cyfrowym świecie. Świecie, w którym dostęp do kultury i informacji jest coraz szerszy i łatwiejszy. Ten temat przerabiały już zarówno wytwórnie płytowe, jak i producenci gier komputerowych. Ale czy płatne materiały w sieci mają rzeczywiście jakieś szanse na powodzenie? Wydaje się, że dla przeciętnego odbiorcy codzienna dawka informacji jest i tak bardzo duża. Bombardowany często tymi samymi newsami z różnych źródeł - telewizji, radia, gazet, internetu, które wzajemnie się przecież monitorują - może mieć po prostu dość i nawet nie pomyśli, aby płacić za dostęp do kolejnego źródła. W takim wypadku odbiorca często nie potrzebuje nawet specjalnie głębokich informacji. Wystarczy tak podany news, aby mógł zaznajomić się z podstawową treścią przekazu i mówiąc kolokwialnie "nie wypaść z obiegu".

Co więc ma szansę się sprzedać, jeśli nie przysłowiowa papka informacyjna? Z pewnością będą to pogłębione treści i analizy, które zainteresują np. naukowców lub studentów. Mogą to być prognozy finansowe, instrukcje, czy porady prawne, a więc materiały za które czytelnik jest skłonny zapłacić, bo przydadzą mu się np. w pracy. Również biblioteki publiczne zamiast gromadzić mozolnie kolejne roczniki gazet, mogłyby wykupić roczny abonament na stały dostęp do kolejnych numerów. Ostatnio, z okazji 20-lecia powstania Gazeta Wyborcza otworzyła na kilka dni podwoje swego płatnego archiwum, a także uruchomiła skądinąd świetny serwis Gazetopedia. Można tam znaleźć czołówki wszystkich numerów, jakie ukazały się od momentu powstania dziennika. Zarówno ów serwis, jak i archiwum tekstów świetnie się uzupełniają i stanowią ciekawe źródło na temat polskiej historii najnowszej. To dobry kierunek dla wydawców. Ciekawie podana, wartościowa treść zawsze znajdzie nabywcę. Ale walka z newsami po prostu nie ma sensu. Te i tak będą się mnożyć na potęgę i wzajemnie powielać w różnych mediach. Jeżeli wydawcy prasowi zejdą na chwilę z piedestału, na pewno szybko zauważą, że nie są już jedynymi kreatorami rzeczywistości.
poniedziałek, 11 maja 2009
Niedawno minął kolejny, majowy (tym razem nieco krótszy) weekend. Tegoroczny wywczas miał upłynąć Polakom pod znakiem bojkotu telewizji publicznej. Nawoływali do niej artyści (m.in. Krzysztof Krauze, Agnieszka Holland) którym nie podobają się obecne władze rządzące TVP (głównie bardzo odchylony w prawo prezes Piotr Farfał). W związku z tym inicjatorzy bojkotu poprosili widzów, aby Ci, w dniu 3 maja spróbowali obyć się bez programów nadawanych przez publicznego nadawcę. Wydawało się, że piękna pogoda sprzyja powodzeniu projektu. A jednak...

Polacy znowu nie posłuchali nawoływań inteligencji i szczególnie wieczorem, podczas emisji skądinąd bardzo dobrego serialu duetu Adamczyk-Brutter "Ranczo", masowo zasiedli przed telewizorami. Kolejny odcinek perypetii mieszkańców Wilkowyj oglądało ponownie prawie 8 milionów widzów! A jeszcze nadawano Doręczyciela, "Kochaj albo rzuć", kabareton... Co najciekawsze, mimo bojkotu, w majowy weekend tylko TVP zanotowała procentowy wzrost oglądalności w stosunku do analogicznego okresu czasu w latach poprzednich. Pozostałe stacje widzów straciły.

Krzysztof Krauze dał wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu zignorowania bojkotu przez szacowną widownię. Zaznaczył, że środowiska twórcze okazały się jednak bezradne wobec propagandowej machiny TVP. Wyraził też ubolewanie z powodu ciągle „grillowej mentalności” Polaków, którym jest zupełnie obojętne, kto rządzi TVP. Byleby mogli obejrzeć kolejny odcinek swojego ulubionego serialu. Zastanawiające jest tylko, dlaczego ludzie mieliby na zawołanie bojkotować TVP właśnie teraz? Dlaczego nikt nie nawoływał do bojkotu podczas prezesury Roberta Kwiatkowskiego, kiedy w telewizji publicznej działy się prawdziwe cuda wianki? Ja przyznam szczerze, że już dawno pogubiłem się, kto jest prezesem TVP. Wydawało mi się, że przecież jeszcze nie tak dawno prezes Kwiatkowski zeznawał przed komisją Rywina. Potem nastał zdaje się Jan Dworak, który powołał do życia najlepszy obecnie publiczny kanał TVP Kultura (który również w weekend zanotował wzrost oglądalności, z powodu emisji "Pana Tadeusza"). A przecież potem pojawiła się burza wokół prezesury Wildsteina, po którym nie mniejsze emocje budził Urbański, a teraz jest Farfał! Zastanawiam się, czy kogoś nie pominąłem? Jakże ciekawą instytucją musi być TVP. Co za karuzela! I nie ma się co dziwić, że przez lata TVP nie potrafi zaproponować ciekawej oferty na poziomie. Czy przy takiej rotacji jest to w ogóle możliwe?

Nie ma się więc także co dziwić widzom, których kompletnie nie obchodzi, kto obecnie w TVP rządzi. Skoro za chwilę będzie rządził kto inny, po co tracić czas na bezsensowne bojkoty? Moim zdaniem reakcja (a raczej jej brak) widowni była jak najbardziej zdrowa. Niech każdy sam decyduje, co chce oglądać i kiedy. To nie są już czasy wszechmocnej, jedynej na rynku telewizji publicznej. Wtedy taki bojkot miałby pewnie sens i być może niektórzy pamiętają jeszcze tamte lata. Ale dzisiaj? Słusznie w "Magazynie" Dziennika Cezary Michalski napisał, że w dobie kablówek, telewizji cyfrowej - a ja dodam jeszcze - Internetu - bojkot traci sens. W każdej chwili, bez zadęcia wyrażonego w walce o słuszną sprawę możemy zmienić za pomocą pilota kanał - dobrych produkcji przecież nie brakuje. A TVP jest w tej grze telewizją jak każda inna. Nadaje kompletne gnioty, ale i całkiem fajny serial w postaci "Rancza", które masy o mentalności grillowej (w tym ja) oglądają. Nie darowałbym sobie opuszczenia odcinka, nawet jeśli prezesem TVP byłaby Baba Jaga, bo tak naprawdę, co mnie to obchodzi? Dzisiaj program telewizyjny to produkt oferowany na wolnym rynku, którego widz jest konsumentem. Jeżeli produkt jest wartościowy, to go kupuję.

Całe szczęście, że nikt nie nawoływał do weekendowego bojkotu publicznego radia. Słuchając z uwagą drugiego "Polskiego Topu Wszech Czasów" w Trójce, moja mentalność zostałaby pewnie doszczętnie zgrillowana.
środa, 06 maja 2009
Gazeta Wyborcza przygotowała raport „W sieci piratów” traktujący o piractwie sieciowym w Polsce. Nie da się ukryć, że ostatnio temat stał się bardzo modny, choć przecież jest stary jak świat. Świat gier komputerowych, filmów na DVD i muzyki w formacie mp3, rzecz jasna. Ale to właśnie teraz słyszymy o kolejnych procesach twórców serwisu The Pirate Bay. O rosnącej w siłę szwedzkiej Partii Piratów, która zamierza wystawić kandydatów w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego, aby tam walczyli o wolny obieg kultury w sieci. O ujawniającym organom ścigania dane jednego ze swoich użytkowników serwisie do dzielenia się plikami Rapidshare.

Mało kto jednak moim zdaniem zauważa, że czasy się zmieniają, a obecne prawo jest martwe. Rządy, zamiast iść z duchem czasu i uelastyczniać przepisy, chcą zaś odcinać niesfornych internautów od sieci. Niestety, na dłuższą metę utrzymanie obecnego status quo, w wyniku którego wielkie koncerny i wytwórnie płytowe korzystają ze swojej obwarowanej skostniałymi przepisami pozycji jest nie do obrony.

Pamiętam jak w połowie lat dziewięćdziesiątych nieistniejący już miesięcznik "Świat Gier Komputerowych", którego byłem wiernym czytelnikiem, rozpoczął pierwszą w Polsce antypiracką akcję. To były czasy masowej sprzedaży pirackich gier na bazarach. Nawet niektóre magazyny recenzowały nowe tytuły na podstawie nielegalnych kopii. Po prostu dystrybucja gier w Polsce nie istniała, albo dopiero co zaczynała raczkować. ŚGK tworzył wówczas redakcyjny sklep z grami, apelował do innych magazynów o przyłączenie się do pionierskiej akcji. Spotkał się jednak tylko z milczącą obojętnością. Piractwo to było coś normalnego i walka z nim była jak walka z wiatrakami.

Dzisiaj czasy się zmieniły. Zmienili się konsumenci. Rynek nie jest już pustynią, na której klienci muszą szybko chwytać wszystko, co się rusza, bo w przeciwnym wypadku niewiele dla nich zostanie. Internet nie do poznania zmienił podejście do dóbr kultury. Bardzo modne obecnie jest szermowanie liczbami ściąganych plików mp3 i stawianie znaku równości pomiędzy ściągającym je użytkownikiem sieci, a zwykłym złodziejem. A przecież to właśnie internauci są najbardziej świadomymi nabywcami tych dóbr. Wytwórnie muzyczne, zamiast lamentować nad spadającą sprzedażą płyt, powinny raczej zastanowić się jak przystosować swoje działanie do obecnych czasów i możliwości jakie daje sieć.

Dwoma skrajnymi przypadkami na dowód, że można doskonale "czuć sieć", albo też nadal mentalnie pozostawać w czasach "przedinternetowych" są przykłady podejścia do "piractwa w sieci" zespołów Nine Inch Nails i Metallica. Podczas gdy Ci drudzy, pod dyktando wytwórni prowadzili krucjatę z piratami, odsądzając ich od czci i wiary, nazywając złodziejami i nawołując do natychmiastowego, bezwarunkowego "zalegalizowania" muzyki na jedynie słusznym nośniku, NIN kolejny swój album umieścili po prostu w sieci. NIN nie są rzecz jasna zespołem podziemnym, który publikuje swoją twórczość na MySpace. To wielka kapela, która ma fanów na całym świecie, a w czasach świetności płyty CD sprzedała ich tysiące. Tyle, że muzycy NIN zrozumieli, że czasy się zmieniły. Ich albumy można za darmo ściągnąć ze strony zespołu. Po zapoznaniu się z materiałem, można także zamówić wersję pudełkową w normalnej cenie. Efekt? Fani nagrodzili muzyków za tego typu podejście, kupują płyty na masową skalę, a zespół dodatkowo przyciąga na koncerty masy ludzi. Po co walczyć z wiatrakami? Jest sieć, a NIN wyszli ze słusznego wniosku, że im więcej ludzi ich usłyszy, tym więcej zapłaci za bilety na koncert. Zyskała muzyka. Kto stracił? Wytwórnie. W tym czasie jeden z muzyków Metallici ściągnął swoją własną płytę z sieci Torrent ubolewając, jak łatwa jest to czynność...

I tu jest pies pogrzebany. Sieć znacząco poprawiła dostęp wielu ludzi do kultury. Nie można obrażać się z tego powodu na internautów. Słusznie Jarosław Lipszyc w wywiadzie dla Metra porównał obecny problem "piractwa" do wypożyczania książki z biblioteki. Czy pożyczając płytę albo książkę znajomemu, narażamy go na zarzut piractwa? No właśnie. Podobne możliwości daje sieci. Nikt już nie chce kupować kotów w worku. Wytwórnie powinny więc zacząć pracować nad nowymi kanałami dystrybucji swoich wydawnictw. Bo jak się ostatnio okazało, najwięcej oryginalnej muzyki kupuje nie kto inny, jak ci źli piraci-złodzieje.
wtorek, 05 maja 2009
Redaktor naczelny Newsweeka Michał Kobosko, w jednym ze swoich ostatnich tekstów odniósł się do tematu spadku sprzedaży gazet w kontekście rosnącej roli internetu. Stwierdził, że "internet jest nagi". Głównie dlatego, że większość materiałów powstających w sieci rodzi się po uprzedniej, pilnej lekturze tygodników opinii oraz gazet. Zdaniem Kobosko, sieć sprowadza się do wydawania ocen i publikacji w gruncie rzeczy dość powierzchownych komentarzy. Sama zaś, jako medium, nie tworzy żadnej, unikalnej wartości. Internet oferuje bezwartościową, informacyjną watę cukrową, której główny budulec regularnie pobiera od producentów samego cukru, czyli mediów tradycyjnych.

Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że Kobosko zauważa, iż świat mediów się zmienia. Zmieniają się także sami czytelnicy, dla których internet staje się, mimo wszystko, pierwszym medium. Tylko Ci, którzy nadążą za rozwojem technologii i wejdą w miarę szybko w te nowe buty, zdołają przetrwać. Tekst naczelnego Newsweeka wziął zaś na ruszt w dosyć emocjonalnym wpisie na swoim blogu Artur Kurasiński. Postanowił skonstatować sprawę z jeszcze radykalniejszego, a raczej konserwatywnego punktu widzenia (nadając zresztą wpisowi zupełnie jasny tytuł "Stare media - wróćcie!"). Kurasiński na wstępie piętnuje rzekomą "modę" na stawianie nowych mediów w roli czegoś lepszego, na pozycji swoistego ratownika upadającego świata mediów. Moim zdaniem, zdecydowana większość fanów nowych mediów, do których sam się zaliczam, tak nie myśli. Aczkolwiek Kurasiński stawia dosyć mocne argumenty pisząc, że gdyby z serwisów video odsiać nagle materiały wyprodukowane przez profesjonalne studia filmowe, ostałyby się tam jedynie prymitywne sceny striptizu przed kamerką internetową. Dalej stwierdza, że w sieci nie ma szans na narodziny nowego Ryszarda Kapuścińskiego oraz zainicjowanie większej, społecznej akcji. Za przykład podaje "Rodzić po ludzku" prowadzoną przez Gazetę Wyborczą, co jest o tyle ciekawe, że ja dowiedziałem się o niej właśnie z sieci. Generalnie obaj Panowie twierdzą, że internet zdolny jest jedynie "miksować" treści tworzone przez tradycyjne media.

Moim zdaniem cała sytuacja nie jest aż tak jednoznaczna. Na pewno nie można patrzeć na konflikt starych i nowych mediów w barwach jedynie czarno-białych. Prawda leży jak zwykle pośrodku. Jasne, internet jest medium szybszym, bardziej powierzchownym. Ma tendencje do skracania, wyżymania tekstów z ich głębszych znaczeń i podawania jedynie suchych faktów. Taka jest jego rola. Nie można jednak wyciągać tak daleko idących wniosków, jak czyni to Artur Kurasiński. Według niego sieć rodzi bezrefleksyjne pokolenie półidiotów, z coraz mniejszym zasobem słownictwa. Owe "pokolenie Y", jak je nazywa (urodzeni między 1982 a 2001 rokiem - spory rozrzut, ale sam się zaliczam), ma umieć obsłużyć czat, ale nie radzi sobie już z załatwieniem najprostszych spraw w okienku ZUS. Kurasiński rzecz jasna koloryzuje, ale taka krytyka od góry do dołu całego zjawiska pod nazwą "nowe media" jest dosyć bezzasadna.

Przede wszystkim, nie na darmo ukuto termin "konwergencja mediów". Tradycyjne media równie często czerpią tematy z sieci, jak sieć z mediów tradycyjnych. Wszelkie agregatory treści zbierające materiały z blogów i mniej popularnych serwisów są przecież na bieżąco penetrowane nie tylko przez gazety. Znany blog „Korupcja w polskim futbolu” Dominika Panka stanowi jedno z pierwszych źródeł na temat piłkarskiej mafii dla wielu mediów. Nie można też sprowadzać dyskusji w internecie do komentarzy na Onecie. To nie żadne "pokolenie Y" dochodzi do głosu i opanowuje sieć. Po prostu jeszcze 10 lat temu po lekcjach grano w ping-ponga w osiedlowym klubie, a teraz rozrywką jest sieć. Czy to znaczy, że nie ma w internecie wartościowych miejsc? Owszem, są, istnieje też wiele for internetowych, gdzie prowadzona jest naprawdę rzeczowa dyskusja np. o polityce. Czasami głębsza i dużo bardziej błyskotliwa niż pomiędzy "gadającymi głowami" w telewizorze.

Gazety i internet są dla ludzi. Myślący człowiek prędzej czy później powie "dość" papce w obu tych mediach i dotrze do wartościowych miejsc. To tak jak z muzyką - można skończyć na Feelu, bo ten zespół jest na tapecie. A można zagłębić się w alternatywne brzmienia i tutaj bardzo pomocna jest sieć. Smutne jest tylko to, że ostatnio prasa najczęściej wypełnia kolumny kolejnymi występami posła Palikota, za główne źródło informacji politycznych uznając zresztą bloga tegoż posła. A więc - znowu internet. Nie oszukujmy się - stare i nowe media dzisiaj już nie mogą się bez siebie obejść.
poniedziałek, 04 maja 2009
Od kilkunastu miesięcy kryzys prasy papierowej jest faktem. Kolejne tytuły upadają, trwają zwolnienia, a w najlepszym wypadku zamykane lub przenoszone do Internetu są dodatki tematyczne, albo całe redakcje. Mimo tego postępującego exodusu, pracownicy gazet nadal zerkają na sieć dosyć nieufnie. Z tyłu głowy tkwi cały czas obecne przekonanie, że to Internet winien jest temu całemu zamieszaniu. Jednym z podstawowych zarzutów, jakie tradycyjne, papierowe media kierują w stronę blogów i internetowych portali, jest ich wtórność i powierzchowność.

Zdaniem wieloletnich dziennikarzy prasowych, portale żerują na tworzonych przez nich treściach, zabierając jednocześnie kolejnych czytelników. A samym redaktorom rzecz jasna - pracę. Blogerzy nie są w stanie samorzutnie tworzyć unikalnych, głębokich, analitycznych tekstów. Nie mają dostępu do źródeł, latami budowanych kontaktów, a czasami po prostu pozbawieni są dobrego warsztatu.

Jest w tym rozumowaniu sporo prawdy. Po raz kolejny okazuje się jednak, że Internet jest wielkim, niezbadanym obszarem, pełnym zupełnie nowych idei i sposobów wdrażania ich w życie. Już jakiś czas temu pojawiły się za oceanem pierwsze koncepcje "uspołecznienia" mediów. Chodziło wówczas o zupełnie nowy model ich finansowania. Skoro wielkim koncernom, w dobie Internetu coraz mniej "kalkuluje się" wydawanie prasy, to powinna ona stać się "dobrem publicznym", które działa na zasadzie prawa do czytania gazet i pozyskiwania z nich informacji, jakie należy się każdemu obywatelowi. Ciężko sobie jednak wyobrazić tego typu medium, szczególnie w kraju, gdzie jak klocki domina padają kolejne redakcje. Kto miałby płacić składki? Lokalny samorząd? Ludzie?

A jednak coś się w tej materii zaczyna dziać. Oto argument o niezdolności internetowych mediów do stworzenie poważnej analizy, znanej do tej pory z prasy, próbuje wytrącić największy polityczny blog w USA, Huffington Post (ten sam, którego jeden z autorów był pierwszym blogerem dopuszczonym do zadania pytania prezydentowi Barackowi Obamie podczas konferencji prasowej). Agencja Associated Press podała, że Huffington Post pozyskał 1,75 miliona dolarów na rozwój dziennikarstwa śledczego. Pieniądze są darowizną zebraną od prywatnych darczyńców. Na pierwszy ogień HP weźmie zaś w tej materii sprawy związane z gospodarką. Co ciekawe, nowy "fundusz śledczy" nie jest częścią HP, ale zupełnie nowym podmiotem prawnym, nową organizacją. Z zebranych środków mają zostać pokryte przede wszystkim koszty dochodzenia, ale będą z nich finansowane także inne projekty.

To wydarzenie wyznacza zupełnie nową jakość i kierunek funkcjonowania nowych mediów. Rosnący w siłę Huffington Post nie przejął gazety z całym dobrodziejstwem jej śledczego, dziennikarskiego inwentarza, ale sam finansuje badania nad tymże z datków obywateli. I to w dobie kryzysu, który zabija gazety. Ciekawa jest też kwestia motywacji, jaka popycha ludzi w kierunku takiego wspierania nowego typu mediów. Jest w tym niewątpliwie coś ze wspólnego uzupełniania Wikipedii, ale tylko pośrednio. Obywatele wspierający własnymi pieniędzmi rozwój dziennikarstwa śledczego w nowych mediach mają po prostu świadomość, że działają pro publico bono. Działają dla dobra kraju, gospodarki - czego bardzo brakuje np. w Polsce. Ci ludzie widzą, że upadek niektórych gazet powoduje wielki ubytek w przestrzeni publicznej i starają się temu natychmiast przeciwdziałać. Oczywiście, jest to jakiś mały procent najbardziej świadomych obywateli. Ale być może z tego ruchu urodzi się w przyszłości jakaś szersza, powszechna forma wsparcia dla kolejnych gałęzi nowych mediów?

A jeśli zawodowi dziennikarze założą własne blogi? Ich znane "marki" mogą z kolei zarabiać na reklamach, a te wszystkie naczynia połączone stworzą jeden organizm - nowy ekosystem otwartych, internetowych mediów. Które wcale nie gorzej niż gazety potrafią patrzeć władzy na ręce. W sieci dochodzi przecież dodatkowy element społecznej kontroli już na wstępnym etapie opracowywania materiału, który może być stopniowo uzupełniany. Wsparcie od czytelników jest natychmiastowe i dzięki "zbiorowej mądrości" taki materiał ma szansę stać się jeszcze pełniejszym. Zresztą Huffington Post otwarcie przyznał, że pozostawia zawodowym dziennikarzom otwarte drzwi. Czas pokaże, czy udało mu się połączyć ogień z wodą w zupełnie nową, nowoczesną jakość.