Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

piątek, 26 czerwca 2009
Są takie obszary polskiej rzeczywistości, nad którymi unosi się jeszcze duch poprzedniego systemu. Są to instytucje lub przepisy pełne sprzeczności i absurdów, których działanie czy wręcz istnienie w obecnym kształcie pozostawia wiele do życzenia. Wymagają natychmiastowej zmiany, reorganizacji, co często z powodu "oporu materii" wydaje się być zadaniem niemal nie do przeskoczenia. PZPN, ginące paczki na poczcie... I prawo prasowe.

Tą ostatnią kwestią postanowili niedawno zająć się politycy, a konkretnie Ministerstwo Kultury pod przewodnictwem ministra Bogdana Zdrojewskiego. Jest co kruszyć, bo obecnie obowiązująca ustawa to beton uchwalony w... 1984 roku. Przez ten czas zmienił się ustrój polityczny i gospodarczy, a przede wszystkim zmieniły się media.

Co chodzi po głowach obecnym reformatorom? Współczesna klasa polityczna niespecjalnie lubi deregulować wiele absurdalnych przepisów. Właściwie jedna Anna Streżyńska i jej otoczenie w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej stara się znosić bariery, stopniowo uwalniać rynek i wpływać na zmiany tak, aby szły w kierunku "rynku konsumenta". Generalnie jednak politycy uwielbiają pastwić się nad kolejnymi aktami prawnymi i tworzyć przepisy regulujące wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Często tworzą buble prawne z których muszą się potem ukradkiem wycofywać, tak jak to miało miejsce w przypadku sławnego "strażaka w każdej firmie". Pomysł konieczności rejestracji portali internetowych i blogów o którym napisała "Rzeczpospolita" wydaje się być jakimś kuriozum. Co prawda gdy tylko w sieci pojawiło się powszechne oburzenie z tego powodu, minister Zdrojewski natychmiast wycofał się i zdementował plotki, jakoby jego podopieczni zamierzali ciągać blogerów po urzędach. Ten przykład pokazuje jednak, że gdzieś tam w ministerialnych gabinetach pojawiają się tego typu koncepcje światłych rozwiązań regulacji przestarzałego prawa prasowego. No bo skoro mamy takie czasy, że publikujemy również na blogach i portalach, rozwiązanie jest proste. Rejestrować blogi i portale. Ministerstwo Kultury wysyła zresztą sprzeczne sygnały na temat swojej działalności. Z jednej strony tworzy projektowaną według najlepszych, francuskich wzorców NINĘ (Narodowy Instytut Audiowizualny), gdzie będą dygitalizowane ginące na rozmagnesowujących się nośnikach dobra polskiej kultury. Z drugiej, wychodzą na światło dzienne kwiatki związane z rejestracją portali i blogów.

Prawo prasowe powinno być oczywiście całkowicie zlikwidowane. To relikt przeszłości, który nijak nie pasuje do współczesnego świata masowych, elektronicznych i nowych mediów. Wszelkie kwestie związane z ewentualnym rozstrzyganiem sporów spokojnie mogłoby regulować prawo cywilne, o co z uporem maniaka apeluje od dawna profesor Stefan Bratkowski. Po co redakcjom narzucać konieczność ustanowienia osoby wydawcy i redaktora naczelnego? Dzisiaj media to biznes, gdzie struktura organizacyjna zależy tylko i wyłącznie od jego właściciela. Jeżeli w Polsce ma wykształcić się nowoczesne społeczeństwo informacyjne, w którym podstawą tworzenia dochodu narodowego jest przetwarzanie informacji, to nie można już w blokach startowych rzucać mu kłód pod nogi.

Polacy oczekują od polityków "cyfryzacji" życia publicznego. Wyniki zleconego dla MSWiA badania mówią same za siebie. Większość spraw urzędowych, typu złożenie wniosku o dowód osobisty, zeznania podatkowego, czy rejestracja pojazdu, chcemy załatwiać w e-urzędach. Internet staje się także głównym źródłem informacji. Pod strzechy trafia bankowość internetowa. Trzeba modernizować i przyspieszać łącza. Trzeba wpływać na uwolnienie mało konkurencyjnego rynku dostawców Internetu, aby obniżyć wciąż wysokie ceny za dostęp. Wreszcie trzeba szkolić urzędników, aby archaiczne Biuletyny Informacji Publicznej na wieki nie zostały jedynym symbolem cyfryzacji urzędów. A Ministerstwo Kultury, zamiast dłubać w legislacyjnym trupie, mogłoby na przykład zająć się zmianami w równie absurdalnym prawie autorskim. Jest co robić. Miejmy nadzieję, że w najbliższym czasie unikniemy zawstydzających pomysłów, bo na działania polityków czekają dużo poważniejsze sprawy. Parafrazując Billa Clintona - społeczeństwo informacyjne, głupcze!
niedziela, 21 czerwca 2009
Na świecie mikroblogi, czyli serwisy pozwalające wysyłać krótkie wiadomości tekstowe, publikować zdjęcia i filmy, są już zjawiskiem masowym. Od kilku miesięcy Twitter zyskuje coraz większą popularność. Chyba nie ma obecnie internauty, któremu ta nazwa nie obiłaby się chociaż przypadkiem o uszy. W USA mikroblogi piszą gwiazdy sportu, znane postaci show-biznesu. Swój profil ma Twitterze posiada nawet Biały Dom. Nic więc dziwnego, że użytkowników tego serwisu przybywa z każdym dniem. Tak zwani trendsetterzy szybko zakasali rękawy i zdają się trafiać do masowego odbiorcy. Hej, ludzie, zakładajcie mikroblogi!

W USA Twitter pełni już niemal rolę wielkiego kanału informacyjno-rozrywkowego. Po kampanii wyborczej Baracka Obamy, kiedy tłumy jego zwolenników informowały się na Twitterze o kolejnych happeningach, mikroblogi zeszły niżej. Ostatnio Kevin Love, koszykarz grającego w NBA zespołu Minnesota Timberwolves poinformował na swoim profilu, że Kevin McHale nie jest już trenerem zespołu. Love napisał, że jest mu z tego powodu bardzo smutno. Problem w tym, że podanej informacji nie skonsultował z klubem. Zanim włodarze przygotowali oficjalne pismo, krótki wpis zaczął żyć własnym życiem.

Ale uczestnikiem prawdziwej, wielkiej, bo politycznej gry, Twitter stał się w ostatnich dniach w Iranie. Po domniemanym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Mahmuda Ahmadineżada, tłumy zwolenników opozycyjnego Mir Husajna Musawiego wyległy na ulicę w proteście przeciwko sfałszowanym ich zdaniem wynikom głosowania. Kiedy sytuacja zaczęła się zaostrzać, władze postanowiły zablokować linie telekomunikacyjne i aresztować autorów, na których blogach pojawiały się niepożądane treści. Koniec końców, zabroniono dziennikarzom ze świata filmowania protestów i przesyłania materiałów na zachód. Ostatnią "instancją" demokracji stał się w tym momencie Twitter, za pomocą którego Irańczycy informowali o rozwoju wypadków. Z tego też powodu przesunięto nawet o kilka dni planowaną modernizację serwisu! To wtedy Twitter trafił na szerokie łamy i to dosłownie. "Gazeta Wyborcza" opublikowała zestaw wpisów z kilku ostatnich dni, tworząc specjalną kolumnę "Z irańskiego Twittera". "Był atak na akademik, jest wielu rannych i aresztowanych", "Trochę strzelali, ale chyba gumowymi kulami...", "CNN nic nie pokazuje, boją się!" mogli przeczytać czytelnicy Gazety. Jacek Pałasiński w swoim porannym przeglądzie wydarzeń zagranicznych w TVN24 wyjaśniał widzom, czym jest Twitter. Kto wie, być może te krótkie wpisy pozwoliły obywatelom Iranu poczuć więź, uświadomić sobie konieczność walki o wspólną sprawę i w przyszłości zaprocentują wywalczeniem szerszych swobód? Z pewnością sam Twitter zyskał jeszcze mocniej na popularności, a dla niektórych kręgów stał się wręcz niebezpieczny.

Polski światek mikroblogów, w porównaniu z popularnością tego typu narzędzi na świecie dopiero raczkuje. Aczkolwiek szybko dociera do coraz szerszych mas internautów i powoli wychodzi z geekowskiego wieku niemowlęcego. Świeże informacje polityczne z różnych ciekawych źródeł zamieszcza na Twitterze konsultant polityczny Eryk Mistewicz. Bloguje tam również kilku znanych dziennikarzy: Marcin Gadziński, Michał Pol, czy Michał Karnowski. Ostatnio do tego grona dołączył Igor Janke. Na Twitterze swój przyczółek znaleźli również eurodeputowani PiS - Michał Kamiński i Adam Bielan. Jednak zdecydowanie największą polską gwiazdą Twittera jest Marcin Gortat. PO bardziej polubiła swojskiego Blipa i trzeba przyznać, że nad Wisłą to ten serwis mikroblogowy ma zdecydowanie większą szansę trafić pod strzechy. Blipuje prawdopodobnie przyszły komisarz UE Janusz Lewandowski i europoseł Bogusław Sonik. Blip ma zresztą za sobą pierwszą, mikroblogową eurodebatę. Bardzo popularny jest także nasz eksportowy duet tenisistów, czyli Mariusz Fyrstemberg (na Blipie tenisfryta) i Marcin Matkowski (tenismatka) którzy w serwisie pojawili się przez nikogo nie inspirowani. Ot, sami z siebie postanowili blipować i są w społeczności blipowiczów bardzo aktywni. To dobry prognostyk. Z kolei kilka dni temu na Blipie pojawił się pierwszy, oficjalny profil miasta. Jest nim profil Radomia, na którym urzędnicy z radomskiego ratusza rozpoczęli trwającą cały czas relację z Dni Radomia. To pierwszy w Polsce tego typu sposób na promocję miasta.

Jeśli proces upowszechniania się mikroblogów będzie postępował w takim tempie, jest szansa, że już za kilka miesięcy Blip zapełnią persony z pierwszych stron gazet, które z pewnością skorzystają z tej formy promocji własnej osoby. Ich obecność przyciągnie z kolei dotychczas stroniących od jakiejkolwiek innej formy komunikacji niż Gadu-Gadu internautów. Doda na Blipie, Kubica i siostry Radwańskie na Twitterze? Kto wie. A na końcu coraz większa społeczność mikroblogerów komunikujących się po prostu w kręgu własnych znajomych. Bo o to przecież chodzi.
środa, 03 czerwca 2009
Przeczytałem parę dni temu w "Gazecie Wyborczej", że sprzedaż gazet jednak rośnie. Jest to jakaś nowość po kolejno pojawiających się wcześniej doniesieniach o ich rychłym upadku. Co prawda prasę napędza głównie Azja i Ameryka Południowa, ale wzrost jest widoczny i przychody z reklam również. Może więc cała krucjata przeciwko agregatorom treści, portalom żerującym na tradycyjnych mediach i powodującym ich upadek była przedwczesna? Być może warto się zastanowić, w którą stronę tak naprawdę zmierza współczesne dziennikarstwo?

Do tej pory podział był bardzo jasny: prawdziwe dziennikarstwo uprawia się w wielkich redakcjach prasowych. To tam dziennikarze mają dostęp do wiedzy, kontaktów i dobrego warsztatu pracy. To oni pierwsi śledzą afery, wywołują dyskusje, narzucają "tematy dnia". Dlatego też można ich z ręką na sercu nazwać prawdziwymi dziennikarzami, w przeciwieństwie do zasiadających w redakcjach portali informacyjnych redaktorów. Ci są zmuszeni opracowywać wcześniej przygotowane przez prasę materiały i generalnie ograniczają się do ich skracania, a czasami zwykłego przeklejania. To rzeczywiście może wywoływać oburzenie w szeregach dziennikarzy prasowych, ale tak naprawdę media internetowe w Polsce dopiero raczkują. Jednak kiedy czyta się np. wzorowy serwis Times Online, można sobie mniej więcej wyobrazić, w jakim kierunku zmierzają współczesne media. To przyszłość dziennikarstwa!

Przede wszystkim Internet w Polsce wciąż traktowany jest po macoszemu i to zarówno przez świat polityki, jak i innych dziennikarzy. Do studia na debaty zaprasza się dziennikarzy prasowych, czy radiowych i raczej nikt poważnie nie myśli o redakcjach portali. Internet cały czas jest zabawką służąca bardziej rozrywce, niż wyszukiwaniu informacji. Blogerzy są rozproszeni po wielu blogowiskach i jak pokazały ostatnie wydarzenia, wolą raczej pozostać anonimowi. Inaczej niż w USA, gdzie blogi są w mainstreamie mediów, a ich autorzy uczestniczą w konferencjach prasowych i zadają pytania Barackowi Obamie.

Takie pozostawanie w cieniu z pewnością nie buduje wizerunku "nowych mediów" jako poważnego gracza. Być może jakimś rozwiązaniem jest powołanie do życia czegoś na wzór stowarzyszenia blogerów. Potrzebna jest marka o nazwie "bloger", która będzie konkurować z logo na mikrofonie TVN24, czy winiecie "Gazety Wyborczej", które cały czas są synonimem poważnego dziennikarstwa. Na szczęście media internetowe stopniowo się profesjonalizują. Coraz więcej portali zatrudnia dziennikarzy tworzących autorskie teksty i buduje stricte internetowe redakcje (np. Money.pl). Dlatego granica pomiędzy "prawdziwym dziennikarzem", a tym piszącym w Internecie będzie stopniowo zanikać. Dziennikarstwo, to dziennikarstwo - nieważne, gdzie jest uprawiane, ale jak. Gazeta, telewizja, radio, portal internetowy. Tradycyjne media, politycy i ludzie biznesu oswoją się z Internetem. A przykład Times Online pokazuje, jak świetnie prasa może współgrać z siecią.

Piotr Wrzosiński zauważył niedawno, że skoro Internet jest kolejnym nośnikiem informacji, to nowym mediom, aby stały się w pełni profesjonalne, potrzebna jest równie profesjonalna struktura na wzór tradycyjnych redakcji. Nie chodzi jedynie o dostęp do multimedialnego sprzętu usprawniającego publikację, ale także o chociażby "style guide", czyli zestaw zasad dotyczących konstrukcji tekstu, wyglądu publikowanych dokumentów, typografii. To wszystko musi być jednolite, profesjonalnie złożone i skalowalne, tak aby możliwy był bezproblemowy dostęp do treści z poziomu chociażby nowoczesnych czytników. Poza tym ważna jest korekta, a dziennikarze internetowi często sami publikują materiały, które nie miałyby szans na publikację np. w gazecie.

To są niuanse, decydujące jednak o tym, na ile poważnie można traktować dane medium internetowe. Dlatego tego typu redakcjom potrzebni są profesjonalni wydawcy. Wówczas staną się one pełnoprawnym uczestnikiem rynku, zaś "stare wygi" dziennikarstwa prasowego przestaną się ich bać. A być może zechcą nawet się w nich zatrudnić?