Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

czwartek, 30 lipca 2009

W swoim ostatnim wpisie na Makroskopie Edwin Bendyk wspomniał o IT Dashboard. Jest to narzędzie służące do monitorowania przez obywateli USA rządowych wydatków na administrację. Zbierane tam dane są niepełne, dlatego każdy aktywny obywatel może je uzupełnić (lub chociażby dla wygody kolejnych czytelników po prostu otagować) korzystając z platformy Transparency Corps.

Autor wspomniał przy okazji o podobnym portalu pod nazwą Moja Polis, który na jesieni wystartuje w Polsce. Moja Polis ma być interaktywnym systemem monitoringu partnerstwa lokalnego i rozwoju aktywnych społeczności lokalnych. W założeniu służyć ma wzmacnianiu partnerstwa lokalnego, a także współpracy pomiędzy organizacjami pozarządowymi i jednostkami samorządu terytorialnego. W serwisie mają się znaleźć rozmaite dane i statystyki na temat poszczególnych terytoriów, a także społeczności lokalnych żyjących w danym regionie, czy subregionie Polski. Serwis ma być także głównym źródłem informacji dla instytucji zajmujących się tworzeniem strategii rozwoju i oceną projektów służących rozwojowi lokalnemu.

W ramach projektu przeszkoleni zostaną przedstawiciele samorządów, głównie w kwestii współpracy z lokalnymi NGO-sami. Społecznościom lokalnym udostępnione zostaną narzędzia diagnostyczne oraz specjalny podręcznik na temat możliwości lepszej kontroli społecznej projektów. Potem z tej współpracy zostaną sporządzone statystyki, a wypracowany model ma służyć polskim gminom i powiatom w przyszłości.

Wszystko to brzmi bardzo ciekawie, ale trzeba zadać sobie jedno, podstawowe pytanie: czy znajdą się w tych gminach zainteresowane tego typu programem osoby? Czy tam już mieszkają obywatele? Mam mieszane odczucia. Jako redaktor naczelny lokalnego magazynu miałem przyjemność uczestniczyć rok temu w cyklu konferencji poświęconych partnerstwu lokalnemu. Cykl obejmował wdrożenie programu partnerstwa na terenie powiatu, rozwój lokalnego kapitału społecznego i "beczki" zasobów społeczno-gospodarczych. Podczas konferencji wszystko wyglądało bardzo fajnie - wykresy, masa pomysłów, plany na przyszłość (na koniec odbyły się prezentacje grup na temat kierunków rozwoju).

Obywatelskie nastawienie i nastrój aktywności społecznej mijał zazwyczaj z chwilą opuszczenia miejsca konferencji. W spotkaniach brali udział samorządowcy,  wybrani przedsiębiorcy, przedstawiciele NGO-sów. Wiem, że to oni będą "ciągnąć" ten rozwój do przodu, ale jednocześnie w gminach cały czas widoczny jest brak jakiejkolwiek (z małymi wyjątkami) aktywności wśród obywateli. Prezentują oni często swoistą, typowo jeszcze polską "niezależność" - niezależnie, jakie propozycje zmian pojawiają się na horyzoncie, zawsze jest okazja, by ponarzekać.

A jest co monitorować. W mojej gminie po cyklu konferencji wykluła się tzw. lokalna grupa działania, która pozyskała całkiem pokaźną sumkę funduszy europejskich do rozdziału między tymi mieszkańcami gminy, którzy wykażą się aktywnością i zaprezentują plan rozwoju - czy to na obszarach wiejskich (turystyka, rekreacja), czy w mieście (imprezy kulturalne, małe przedsiębiorstwa). Z drugiej strony, samorząd otrzymał równie sporą dotację na budowę kanalizacji w mniejszych miejscowościach na terenie gminy. Aż prosi się, aby to wszystko było pod społeczną kontrolą. Jednak gros mieszkańców "w ogóle nie interesuje się polityką" , a przecież chodzi tylko o uporządkowanie własnego podwórka.

Wszystko zaczyna się od małych rzeczy. Skoro mieszkańcy bloku nie potrafią na komitecie osiedlowym dojść do porozumienia i wypracować jednolitego stanowiska w sprawie - czy na wiosnę malujemy klatki, a jesienią wymieniamy chodnik, czy może odwrotnie - to nie ma mowy o jakiejkolwiek kontroli. Można tylko wejść na lokalne forum i poczytać, kto komu i ile posmarował w urzędzie, w wyniku czego "dostał kasę z UE".

"Kilka sposobów na niemożliwość, czyli krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic nie da się zrobić" Stefana Bratkowskiego powinien być rozdawany wszystkim mieszkańcom gmin, zanim wdrożony zostanie jakikolwiek program monitoringu partnerstwa lokalnego. Książeczka jest krótka, ale treściwa. Wielkie zmiany zaczynają się od malutkich porządków na własnym podwórku - bez obywateli rozumiejących tę prostą zależność nie możemy mówić o społeczeństwie obywatelskim w Polsce. Które na szczęście powoli się kształtuje.

środa, 29 lipca 2009

Paweł Wimmer opublikował dzisiaj na swoim blogu "Poradnik internauty" ciekawy wpis na temat zmian zachodzących w specjalistycznej prasie IT. Na wstępie przypomniał, jak wyglądały i działały tego typu redakcje na przestrzeni ostatnich 19 lat. Co ciekawe, mimo zmian spowodowanych znacznie szybszym obecnie przepływem informacji w sieci, większość redakcyjnych działów newsowych, jak zauważył Paweł, działa na tych samych zasadach. Podawane przez nich informacje często od dawna krążą po sieci, zaś sekcje z obszernymi analizami i testami wcale nie zyskują na objętości. Jak nakazywała by logika - istotą istnienia tego typu periodyków powinny być właśnie rozbudowane artykuły, które zresztą na papierze czyta się znacznie wygodniej niż w Internecie.

Z drugiej strony autor twierdzi, że mimo spadających nakładów, coraz mniejszych wpływów z reklam i zwolnień w samych redakcjach pism komputerowych, niespecjalnie atakują one przestrzeń sieci. Zdaniem Pawła jest to spowodowane tradycją, przyzwyczajeniem do budowy przez lata solidnej, "papierowej" marki, która znacznie przewyższa poziomem rozmaite "publikatory" internetowe.

Jest w tym sporo racji. Sam przez lata byłem czytelnikiem znakomitego miesięcznika Świat Gier Komputerowych (od 1997 roku, ale wiem, że po Ziemi chodzą dinozaury czytające go od początku, łącznie z Bajtkiem, Secret Service etc). Poziom tekstów - recenzji, ale i działów tematycznych (pamięta ktoś "Kantynę", czy "Świat według ManJAka"?) był bardzo wysoki. Lektura ŚGK pozwoliła wielu młodym czytelnikom wykształcić uporządkowany styl pisania, który jednak znacznie różni się od dzisiejszych gigantów Internetu w temacie gier. Lubię czytać Polygamię, gdzie język jest zupełnie inny - szybszy, bardziej lakoniczny. Teksty różnią się od tych publikowanych w ŚGK diametralnie, ale wcale nie są gorsze - po prostu do sieci pisze się inaczej, niż do papieru. I może to jest największą przeszkodą dla dziennikarzy tradycyjnych pism branży IT?

Sieć wymusza interakcję z czytelnikiem. Każdy artykuł jest komentowany, czego w przypadku papierowych magazynów nie było. Autorzy muszą na bieżąco śledzić płynący od komentatorów feedback, bo zwykła publikacja i pozostawienie tekstu samemu sobie mija się tutaj z celem. Dużo mówi się o tym, że doświadczeni dziennikarze tradycyjnych mediów nie za bardzo rozumieją specyfikę mediów społecznych i dlatego opierają się zmianom. Ale Paweł Wimmer ma rację - te zmiany będą musiały nastąpić. Pytanie - kto zrobi to pierwszy i wskoczy w tę sieciową próżnię wypełniając ją materiałami na wysokim poziomie?

Powstające w sieci od podstaw profesjonalne redakcje z pewnością będą miały przewagę nad buzującymi, rozproszonymi treściami płynącymi od blogerów. Głównie jeśli chodzi o dostęp do wiedzy i sprzętu. To podstawowa różnica. Na blogi, czy portale, trafiają teksty z reguły krótsze, gdzie często opinia autora odgrywa kluczową rolę. Blog ze swej natury wymusza krótszą i znacznie szybszą formę publikacji. Dogłębne analizy wymagają jednak czasu i testów. W grę wchodzi także profesjonalna korekta i pewien standard publikacji (style guide) niezbędny w profesjonalnych redakcjach internetowych, a także wewnętrzny, informatyczny system zarządzania informacjami krążącymi po zinstytucjonalizowanej redakcji (teksty, zdjęcia). Taki dziennikarz publikujący w Internecie powinien mieć rzecz jasna wiedzę na temat tego, co to jest tag, ale nie może jednocześnie ogarniać całego procesu publikacji - od postawienia ostatniej kropki w tekście, do wrzucenia linka do materiału na Twitterze, czy Blipie. To wszystko muszą być naczynia połączone, bo publikowaniem tekstów w profesjonalnej, internetowej redakcji, nie zajmie się przecież student na pół etatu, który będzie "wrzucał newsy na stronkę".

Moim zdaniem tak przygotowane do pracy redakcje mogą swobodnie zacząć walczyć o czytelnika w sieci, a także spróbować zarabiać na najbardziej rozbudowanych, analitycznych, płatne tekstach.

czwartek, 23 lipca 2009

Wracając jeszcze do tematu rosnącej popularności Blipa muszę napisać o tym, co się dzieje w tym względzie w Radomiu. A dzieje się sporo, bo Radom nam się ostatnio bardzo "rozblipował". Jest to dla mnie tym bardziej interesujące, że przecież mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie (Kozienice leżą zaledwie 30 km od Radomia, chociaż my, mieszkańcy Kozienic wolimy wersję, że to Radom leży obok Kozienic.:)).

Z Radomiem związanych jest już kilka kont na Blipie. Blipuje przede wszystkim Urząd Miasta Radom (^radom) i ludzie odpowiedzialni za tę działkę promocji spisują się po prostu świetnie. Codzienna dawka informacji zza miedzy, rozpoczęta szybką prognozą pogody ("witamy w czwartkowy poranek, po nocnej burzy przywitał nas poranny upał") to w moim przypadku stały element lektury porannego strumienia wiadomości płynących z Blipa. Zresztą ^radom pracuje także w nocy, dokumentując ostatnie, nocne burze. Widać, że pracownicy (lub pracownik) Urzędu Miejskiego polubili to zajęcie i wykonują je z przyjemnością. To się liczy. Na profilu Radomia pojawiają się także informacje kulturalne oraz o nowych inwestycjach, remontach, czy też zwykłe ciekawostki z codziennego życia mieszkańców Radomia - także czworonogów - na przykład blip o tym, jak psy na radomskich ulicach radzą sobie z upałem.

Na luzie, pomysłowo, a kiedy trzeba - przypominając o ciekawych wydarzeniach, ważnych faktach (np. wspomnienie ostatniej wizyty urodzonego w Radomiu profesora Leszka Kołakowskiego).

Blipuje także radomska policja (^policja). Również w tym wypadku był to wizerunkowy strzał w dziesiątkę. Policja kojarzy nam się przede wszystkim z przestarzałymi posterunkami, gdzie raporty przygotowuje się na maszynach do pisania albo prehistorycznych komputerach. Tymczasem Komenda Miejska Policji w Radomiu ostrzega o zdejmowaniu nogi z gazu prezentując zdjęcia z wypadków jakie ostatnio miały miejsce na ulicach. Przypomina także o prowadzonych śledztwach przekazując mieszkańcom interesujące dla nich informacje.

Radom we współpracy z agencją DEMO Effective Launching przygotowuje strategię Marki Miasta Radom, o czym również informuje na Blipie (^markaradom). To fajnie, że Radom się rozwija, stawia na nowoczesne inwestycje (dzisiaj z Blipia dowiedziałem się na przykład, że powstanie tutaj Centrum Przetwarzana Danych Ministerstwa Finansów). Uważam, że to jedno z bardziej zaniedbanych miast w Polsce, które przecież zapisało się na kartach historii, tak najnowszej, jak i tej nieco starszej. Na pewno zasługuje na lepszy wizerunek i to dobrze, że sami urzędnicy i inne służby miejskie wzięły sprawy w swoje ręce. Brawo Radom.

środa, 22 lipca 2009

"Jaka wizyta, taki zamach" - powiedział (moim zdaniem, mimo wszystko nieelegancko) Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski po słynnym incydencie z rzekomym ostrzelaniem konwoju z Prezydentem Lechem Kaczyńskim podczas wizyty w Gruzji.

Wczoraj byliśmy świadkami dantejskich scen w samym centrum Warszawy. Pomiędzy kupcami z Kupieckich Domów Towarowych, a policją wywiązała się regularna bitwa. Pomijam już aspekt prawny całej sprawy. W skrócie - zgodnie z umową kupcy powinni opuścić halę KDT, ale przyzwyczaili się do prowadzenia handlu pod murami Pałacu Kultury i Nauki i zdecydowali się jednak postawić opór. W efekcie całą akcję okrzyknięto najbardziej tragiczną egzekucją komorniczą w krótkiej historii nowożytnego, polskiego kapitalizmu.

W związku z tymi wydarzeniami ciekawie było także w sieci. Internauci chyba pozazdrościli uczestnikom ostatnich zamieszek w Iranie (z zachowaniem proporcji). Relację z zajść można było śledzić bez ruszania się sprzed ekranu monitora, śledząc wpisy na Blipie. Mikroblogerzy piszący w tym serwisie, już z samego rana, kiedy pod KDT zaczynało robić się gorąco, ukuli specjalnego taga o nazwie #kdt którym oznaczali swoje wpisy.

Tag #kdt był wczoraj na Blipie zdecydowanym hitem. Stan na godzinę 21:00 wg. statystyk blipcast wynosił 1719 blipnięć otagowanych jako #kdt. Poza wpisami można było także zobaczyć na nich zdjęcia i krótkie filmiki z zamieszek. Oczywiście było także sporo nic nie znaczących, czy prześmiewczych statusów. Można się śmiać i parafrazując Marszałka Komorowskiego powiedzieć, że "jakie zamieszki, taka relacja". Ale mikroblogi pokazały swoją siłę i rolę jaką mogą w przyszłości pełnić w sytuacjach kryzysowych. Szkoda tylko, że do tych rozrób musiało dojść, bo chyba obie strony straciły kontrolę nad sytuacją.

Relacje "minuta po minucie" prowadziły także m.in. serwisy Gazeta.pl oraz Dziennik.pl.

niedziela, 19 lipca 2009
"Czasami mały może więcej". Jako, że jest weekend, chciałbym wspomnieć o pewnym wydarzeniu sprzed kilku dni, które było dla mnie ciekawym doświadczeniem i wiąże się oczywiście z tematyką mediów. Pod miejscowością w której mieszkam miał miejsce groźny wypadek (zderzenie busa z autobusem). Jak zwykle w takim momencie na miejscu pojawili się przypadkowi świadkowie, jak również jeden z reporterów malutkiego, lokalnego dwutygodnika, którego redaktorem naczelnym miałem przyjemność być przez jakiś czas. Stworzyłem wówczas w ciągu kilku minut prostą stronę, a raczej blog dwutygodnika, oparty na Wordpress. Potem nie był on uzupełniany, gdyż gazeta miała spory zastój. Znajomy reporter zrobił jednak zdjęcia na miejscu wspomnianej kraksy, a następnie zamieścił wraz z krótkim opisem zdarzenia na stronie i zgłosił całość na platformę Kontakt TVN24.

W efekcie, podczas relacji z miejsca wypadku, największa telewizja informacyjna w Polsce posiłkowała się informacjami i zdjęciami z prostego blogu, podając jego pełen adres internetowy w rogu ekranu (co zaznaczono w zgłoszeniu, nie jest więc też tak, że złe "duże media" ignorują anonimowy Internet). To wielka nobilitacja dla małego, tworzonego głównie przez młodych hobbystów medium, działającego na lokalnym rynku, gdzie istnieją dwie telewizje kablowe oraz kilka dużych, pełnoprawnych tytułów prasowych, takich jak Gazeta Wyborcza Radom, czy Echo Dnia. Te, jeżeli podały informację o wypadku, to przetrawioną, grubo po północy, albo na drugi dzień. Ale na ten najważniejszy moment to właśnie mały, redakcyjny blog okazał się najszybszym i najcenniejszym źródłem.

Bo czasami mały może więcej.