Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

poniedziałek, 15 września 2008
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (przyznaję, że nie bardzo wiem czym się ta instytucja zajmuje i po co istnieje; to znaczy mniej więcej tak i mógłbym doczytać w Wiki, ale nie mam za bardzo takiej potrzeby) wymyśliło, że dziennikarzem będzie można być tylko wtedy, kiedy skończy się dziennikarstwo (jako kierunek studiów, minimum licencjat) i odbębni czteroletni staż pracy.

Dziennikarzem zawodowym, rzecz jasna. Bo reszta, to wiadomo - amatorka. Ponoć w Ministerstwie Kultury trwają prace nad zmianą prawa prasowego, w którym ma się znaleźć taki zapis.

SDP twierdzi, że dziennikarz jest zawodem zaufania publicznego. Dlatego należy go zamknąć jak kilka innych. De facto proponuje więc stworzenie kolejnej korporacji, podwyższenie progu wejścia doń i ograniczenie normalnych reguł "rynkowej gry" na giełdzie dziennikarskich głów. Oczywiście w dzisiejszych czasach internetu, blogów i portali obywatelskich, jest to pomysł przed-przedpotopowy i wywołujący wśród internautów zainteresowanych mediami uśmiech politowania (oczywiście szanuję zdanie nielicznych zwolenników "uporządkowania prawa" ;)).

Moim zdaniem jest to postawienie idei dziennikarstwa na głowie, bo uważam, że dobry dziennikarz powinien przede wszystkim mieć lekkie pióro, ciekawość świata i pasję w tym, czym się zajmuje. Dziennikarzem można być przecież zarówno po fizyce i pisać do magazynów naukowych świetne artykuły, jak i po turystyce i pisać świetne reportaże z podróży, a nawet i po AWF - zajmując stołek szefa redakcji sportowej w tej, czy innej gazecie. A co - skoro ciekawie pisze i się zna? Studia to powinien być rozwój zainteresowań, a nie furtka do tej, czy innej korporacji.

Zresztą przed II wojną światową mało który dziennikarz miał wykształcenie dziennikarskie. Polecam świetny wpis na ten temat na blogu Grudeq'a. Przytoczę tylko jeden fragment w całości:

"Spogląda człowiek na przedwojenne życie prasowe. Jakie nazwiska! Jakie polemiki. I tutaj kolejne ciekawe porównanie. Żaden z nich nie ma wykształcenia dziennikarskiego. Są filologami, prawnikami, historykami, wojskowymi, lekarzami. Mój wykładowca od Prawa Prasowego Prof. Jacek Sobczak mawiał tak, że jak rodzice nie wiedzą co z dzieckiem swoim zrobić, albo dziecko nie wiem kim chce być to zostaje dziennikarzem. No bo co to znaczy być dziennikarzem? To znaczy znać się na wszystkim. A kto zna się na wszystkim nie zna się na niczym. Wmawia się studentom dziennikarstwa, że po tych studiach to będą dziennikarzami, a tak właściwie do pracy dziennikarskiej potrzebna jest tylko umiejętność zgrabnego pisania, pewnej ciekawości a przede wszystkim jakaś pasja, pasja życia i znajomości świata. Którą nabyć można na każdym kierunku studiów albo po prostu żyjąc tu i teraz. A tak mamy dziennikarzy przekonanych, że znają się na prawie, na ekonomii, na gospodarce, na historii. I wmów im, że jest inaczej."

Przecież w małych miasteczkach toczy się normalne, dziennikarskie życie animowane przez lokalnych "zajawkowiczów". Pomijając lokalne dodatki do "dużych gazet", wychodzą periodyki wydawane przez filantropów, przedsiębiorców drukujących takie tytuły za własne pieniądze. A kto tam niby pisze - zawodowi dziennikarze? Lekarz pisze, prawnik, nauczycielka, student. Mało tego - często taka gazetka jest jedynym tytułem prasowym tworzonym przez mieszkańców i poruszającym ich realne problemy.

Oczywiście nie wspominam nawet o lokalnych portalach, oraz o blogach, serwisach, dziennikarzach obywatelskich...

Odnoszę wrażenie, że SDP żyje w swoim świecie i nie bardzo orientuje się w zmianach jakie zachodzą w światowych mediach. Prawo prasowe trzeba zmienić, bo to które obowiązuje teraz, to jakiś koszmarek pozostały z czasów słusznie minionych. Ale po co zamieniać siekierkę na kijek? Nie wiem. Poza tym nie mam jakoś dziwnie zaufania do tych wszystkich stowarzyszeń - SDP-ów, ZAIKS-ów i tak dalej. Idźcież w końcu wszyscy krok do przodu :).
niedziela, 14 września 2008
Przynajmniej na razie.

Dominik Kaznowski zastanawia się u siebie na blogu, dlaczego w Polsce dziennikarstwo obywatelskie się nie rozwija. Pyta, co z internautami, którzy powinni kontrolować media. Tymczasem wrzucają jedynie zdawkowe "komentki" na blogach i forach.

Otóż moim zdaniem, dziennikarstwo obywatelskie rozwija się i ma się całkiem dobrze w terenie. To przede wszystkim działalność lokalna. Lokalne portale, prasa. Pomyślcie - znacznie większą ilość obywateli interesuje ich własne podwórko, a nie trójkąt "Sejm na Wiejskiej - pałacyk MSZ - Pałac Prezydencki". Słusznie Dominik Kaznowski pisze, że jest za wcześnie. Jest też zwyczajnie za głupio.

Polska to nie jest póki co Dania, Finlandia, czy choćby Francja, gdzie społeczeństwo obywatelskie działa sprawnie, angażuje się w rozliczne kampanie społeczne, ma realny wpływ na kierunek polityki państwa. My też chcemy superszybkiej sieci o wysokiej przepustowości bo zazdrościmy Skandynawom i co? Będziemy zamiast tego płacić haracz na KRUS bo taki jest wynik koalicyjnej gierki.

Koalicyjne gierki mało interesują przeciętnego Kowalskiego.

Musi upłynąć jeszcze trochę wody, zanim wykształcimy w pełni sprawne społeczeństwo obywatelskie zdolne wykształcić ruch dziennikarzy obywatelskich wpływających na władze centralne. Kiedy to nastąpi? Moim zdaniem wtedy, kiedy dzisiejsi - powiedzmy - trzydziestolatkowie, którzy robią obecnie biznesy, zechcą zająć się polityką. Coś jak Łukasz Foltyn. Jego kandydatura z list PSL to była moim zdaniem trochę śmiechawka, aczkolwiek rozumiem, że był jedyny. Wtedy będzie można mówić o prawdziwej reprezentacji w parlamencie ludzi młodych. Ja np. cały czas czekam na takie ugrupowanie. Mądre, rozumiejące reguły rynkowej gry jaką kieruje się biznes, aczkolwiek nie dogmatyczne, znające świat i potrzeby współczesnego, nowoczesnego państwa. A tymi potrzebami są minimalizowanie wykluczenia społecznego i informacyjnego poprzez oplatanie kraju siecią szybkiego internetu, edukacja i szeroko rozumiany dialog z partycypującymi we władzy organizacjami pozarządowymi.

Póki co mamy do czynienia (niezmiennie od '89) z czymś w rodzaju kolejnych planów czteroletnich. Wiecie na czym one polegają? Partie obmyślają co powiedzieć w telewizji i pokazać na billboardach, żeby przez 4 lata sobie porządzić. Po czym administrują przerzucając się bzdurnymi gadkami na konferencjach, tłumacząc ten fakt uczestnictwem w partyjnej grze w ramach demokracji medialnej.

Czy to może być ciekawe dla potencjalnego dziennikarza obywatelskiego, który chce pisać o sprawach kraju, kontrolować władze? Są blogerzy, różne Tusk Watch, albo Lech Kaczyński Watch, ale poziomem nie odbiegają zasadniczo od owych "komentków" na forach. Internauci często gęsto zachowują się jak klakierzy poszczególnych partii, a nie jak obywatele. I w internecie również liczy się błysk, news, "setka". Podziały w polityce odzwierciedlają podziały w społeczeństwie. Sieć to chyba również nie jest "miejsce na chwilę wyhamowania", a przynajmniej na razie i w tym temacie.

Czy kogoś interesuje rzeczywisty, oddolny ruch ze strony internautów na stworzenie takiego miejsca? Mnie tak i w gruncie rzeczy pytania Dominika Kaznowskiego skłaniają do refleksji. Myślę, że ten blog to dobre miejsce, aby zacząć od siebie, prawda? :)