Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

niedziela, 26 października 2008
Kilka dni temu Engadget Polska, za Technology Evangelist opublikował artykuł-listę umiejętności jakie należy posiadać, aby zostać dziennikarzem w 2008 roku. Bariera wejścia jest dzisiaj oczywiście dużo niższa niż kiedyś.

Nie trzeba być członkiem wielkiej redakcji wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt. Wystarczy domowy PC, laptop, a coraz częściej nawet komórka oraz pewien zasób wiedzy na temat wykorzystania narzędzi dostępnych w internecie. Niewielkim nakładem finansowym i czasowym można zorganizować sobie dzisiaj samemu, domową redakcję. Stąd tak prężny rozwój dziennikarstwa obywatelskiego, rosnąca liczba fachowych blogów etc.

Jedyne, za co nie zapłacimy pieniędzmi to lekkie pióro i rzetelność. Wszystko inne załatwimy dzięki cloud computing - chmurze narzędzi internetowych, za pomocą których napiszemy tekst, opublikujemy w sieci zdjęcie, film - a dodatkowo będziemy mieli do tych danych dostęp z każdego komputera, jaki trafi nam w ręce.

Jak wygląda dzisiaj praca nowoczesnego (a co, wszak z RSS korzysta tylko 11% internautów, więc jest to swoista elita! :)) dziennikarza obywatelskiego?

Jest łatwa i przyjemna, dostarcza sporo funu, a przy okazji spełnia moim zdaniem ważną rolę społeczną w postaci zaangażowania w sprawy publiczne. Buduje więzi społeczne i społeczeństwo obywatelskie. Czego zatem konkretnie potrzeba, aby zacząć? Opierając się miejscami na liście Technology Evangelist postanowiłem poprzeć własnym doświadczeniem osobiste zestawienie umiejętności i niezbędnych narzędzi. Z góry przepraszam bardziej zaawansowanych dziennikarzy i blogerów. Są to swoiste podstawy:
  • Pisanie artykułu. Jeszcze nigdy nie było tak łatwe, jak teraz. Dzięki Dokumentom Google z których sam korzystam i polecam, napiszemy artykuł z każdego miejsca na Ziemi. Wystarczy założyć konto w usłudze Google. Zapomnijmy o Wordach, przenoszeniu plików na pendrive'y, wysyłaniu niedokończonych materiałów. Teraz zacząć pisać możemy w domu, kontynuować w pociągu, a skończyć w redakcji, jeśli z jakąś współpracujemy. Wszystko odbywa się online, tekst jest na bieżąco zapisywany, więc nie ma mowy o nagłym skoku napięcia, niespodziewanym restarcie komputera, a następnie biciu głową o ścianę bo-właśnie-skasowało-mi-prawie-skończony-tekst! Oczywiście wielka zaletą dziennikarstwa uprawianego w sieci jest możliwość edycji, uzupełnienia tekstu. Słuchajmy innych i doskonalmy nasze informacje. Kliknięcie przycisku "Publikuj" nie zamyka możliwości wpływania na treść. Sieć tym się różni bowiem od prasy tradycyjnej, że posiada również możliwość wciśnięcia przycisku "Edytuj". Sam nie pamiętam już, kiedy napisałem coś nie korzystając z Dokumentów Google. Oczywiście narzędzie posiada możliwość zapisu dokumentu do formatu Worda, więc w razie co jesteśmy zawsze w domu. Dokumenty Google są zintegrowane z pocztą Gmail, a zatem od razu możemy również wysłać co trzeba.
  • Linki. Sieć jest takim fajnym miejscem, które od swego zarania opiera się na linkach i linkowaniu. Internet czyta się trochę inaczej niż papierowe gazety. Pamiętajmy, żeby jeżeli tylko jest taka możliwość, dać czytelnikowi szansę poszerzenia wiedzy o wydarzeniu, na temat którego piszemy materiał. Jeżeli jest to inicjatywa jakiejś NGO, która przypadkiem posiada własną stronę - linkujmy!
  • Zdjęcia i filmy. Do zdjęć publikowanych w sieci wystarczy najprostszy aparat cyfrowy, a w skrajnych przypadkach, kiedy nie mam takowego pod ręką, nawet aparat w telefonie komórkowym. Liczy się mobilność, a mojo, czyli mobile journalism to trend obowiązujący w największych mediach świata. Zdjęcie musimy opublikować w internecie. Można to zrobić znowu dzięki Google'owej usłudze Picasa, ale moim zdaniem ciekawszy jest Flickr. Załadujemy tam szybko nasze fotografie, a następnie bez problemu podlinkujemy do nich tworząc materiał w innym miejscu w sieci. Analogicznie sprawa wygląda z filmami i serwisem Youtube.
  • Kanały RSS. Dzisiaj posiada je już niemal każdy szanujący się serwis, blog. Niezwykle pomocnym narzędziem do segregacji treści spływających z kanałów RSS jest Czytnik Google. Ciekawym rozwiązaniem jest także polski Cafe News. Dodajemy kanał z interesującej nas strony internetowej klikając na charakterystyczny, pomarańczowy kwadracik który znajdziemy pewnie gdzieś w górnej części jej menu. Kiedy jakaś nowa informacja pojawi się na tej stronie, czytnik RSS poinformuje nas o tym. Korzystając z tego narzędzia oszczędzamy czas - nie "biegamy" po witrynach w poszukiwaniu interesujących nas treści gorączkowo sprawdzając, czy pojawiły się jakieś newsy. Jednym słowem - wszystko pod kontrolą
  • Warto również założyć mikrobloga. Np. na Twitterze lub polskim Blipie. Dzięki nim możemy publikować szybkie, krótkie, jedno-dwu zdaniowe informacje. Czasami nie mamy możliwości, czasu lub okoliczności nie sprzyjają pisaniu dłuższego tekstu. Na przykład kiedy jesteśmy świadkami wypadku drogowego. Wówczas wystarczy, że zrobimy zdjęcie telefonem komórkowym, napiszemy krótką informację i opublikujemy za pomocą SMS na naszym mikroblogu. Możemy potraktować to jak nasz "czerwony pasek" na którym zamieszczamy breaking news'y (ostatnio podczas orkanu Emma który hulał po Polsce użytkownicy Blipa informowali "gdzie" i "jak" wieje, podobnie jak wcześniej Amerykanie relacjonowali swoje huraganowe przeżycia za pomocą Twittera).
No i najważniejsze:
  • Entuzjazm, zaangażowanie, lekkie pióro, kultura słowa i kultura osobista. Tego już nie nauczy nas Google :) Interesujmy się tym, co się dzieje w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Porzućmy typowo polskie "polityką to ja się w ogóle nie interesuje". Bądźmy zaangażowani w sprawy publiczne, bo zarówno parlament, jak i rady miejskie są przecież lustrzanym odbiciem społeczeństwa. Piszmy składnie, rzetelnie, potwierdzajmy źródła. Dużo czytajmy, ucząc się od najlepszych. Rada osobista - starajmy się nieść dobre wieści. Złymi niech zajmują się inni - i tak jest ich aż nadmiar.
To właściwie wszystko. Jak widać, pisać i blogować każdy może. Tylko od nas zależy, czy nasze materiały będą miały wpływ na mniejszy, czy większy fragment rzeczywistości. Najfajniejsze jest jednak to, że możemy ją opisywać i zmieniać.
piątek, 17 października 2008
Ostatnimi czasy sporo mówi się o ciągle malejącej roli prasy, czy wręcz o jej rychłej śmierci. Przytacza się spadające dane sprzedaży, snuje prognozy na przyszłość. Wydaje się, że prasa jest skazana na pożarcie. Sieć rośnie w siłę i "wysysa" młodych, potencjalnych czytelników papierowego słowa pisanego. Starych, wychowanych jeszcze w erze przed internetowej szybko zaś ubywa. W efekcie jedynym sensownym rozwiązaniem dla prasy jest poszukiwanie czytelnika w nieco innych rejonach. Czyli tabloidyzacja.

Ale czy prasa rzeczywiście będzie się już tylko "staczać" w tym kierunku? Niekoniecznie. Moim zdaniem znacznie bardziej prawdopodobna jest konwergencja mediów papierowych z internetowymi, a konkretnie z blogami. Liczba nowych blogów rośnie w zastraszającym tempie. O ile jeszcze kilka lat temu ich liczbę można było mierzyć w setkach tysięcy, tak teraz na całym świecie blogi pisze już ponad 70 milionów ludzi. Prawdopodobnie w czasie pisania tego zdania, gdzieś na Ziemi, jakieś kilkadziesiąt osób kliknęło na tej, czy innej platformie blogowej w przycisk "załóż bloga" lub opublikowało właśnie swój pierwszy wpis. Znakomitej większości z nich nigdy nie przeczytamy. Nie dowiemy się kto i że w ogóle pisze bloga na dany temat. Ale mimo wszystko, z tej masy ludzi, stanowiącej w swej liczbie prawie podwojoną populację Polski, musi wyłonić się całkiem spora rzesza pasjonatów, fachowców, czy artystów, którymi wyrażą zainteresowanie tradycyjne media.

Może nie będzie to zbyt odkrywcze (sam żadnym fachurą od nowych mediów nie jestem, ale pasjonatem i owszem ;)), ale zauważyłem, że media, a szczególnie telewizja, od pewnego czasu zaczynają rozwijać się dwutorowo. Z jednej strony postępuje właśnie tabloidyzacja - pogoń za skandalem, gestem, śledzenie rzeczywistości nie od strony merytorycznej, ale socjotechnicznej. Tutaj blogerzy nie mają czego szukać. Z drugiej strony media są coraz bliżej "zwykłych ludzi". Stają się coraz bardziej lokalne. Powstają kanały regionalne (ośrodki TVP Info, świeży TVN Warszawa, w siłę rosną również dodatki lokalne do gazet), a reporterzy terenowi stanowią silną przeciwwagę dla dziennikarskiej śmietanki grasującej na co dzień po Sejmie. Wydaje mi się, że te kierunki rozwoju będą się pogłębiać. Do tego dochodzi kwestia zmiany "stylu" odbioru mediów. Szukamy tylko tego, co NAS interesuje, a nie jak kiedyś, jesteśmy zdani na ramówkę danego kanału. Do tego coraz częściej lubimy sami brać udział we współtworzeniu informacji. To wszystko sprawia, że nowe media, takie jak jak blogi (ale także lokalne portale, stowarzyszenia) będą brać odgrywać coraz większą rolę w kształtowaniu rzeczywistości.

Blogi śledzące np. lokalną scenę polityczną mają szansę być bardzo kompetentnym współpracownikiem i źródłem informacji dla dużych mediów krajowych. Bo kto lepiej niż one zna i rozumie złożoność danej sytuacji? To one na co dzień zajmują się problemami w danym mieście czy miasteczku. Kiedy wychodzi na jaw afera, czy żeby nie być pesymistą - inicjatywa, która nagle trafia do mainstreamu informacji, to ów lokalny serwis, blog typu "watch" wie najwięcej. Już dzisiaj prezentując informacje z regionów, duże media cytują lokalne. Są to najczęściej króciutkie "setki" rzucane do kamery, a kończące się wyjaśnieniem typu - "... - mówił Jan Kowalski z portalu E-Szczebrzeszyn.pl" albo "... - uważa Piotr Nowak, twórca bloga Mój Pcim Dolny.pl". Co stoi na przeszkodzie, aby Ci lokalni "kontrolerzy" stali się pełnoprawnymi uczestnikami dyskursu? Żeby zapełnili gazetowe szpalty? Wprost już teraz łowi w swoim Blogboxie co ciekawsze komentarze i drukuje je w papierowym wydaniu gazety. Myślę, że to jak najbardziej słuszny, ale i konieczny kierunek działań. Tradycyjne media muszą się odświeżać, dostosowywać do nowych warunków, aby zdobyć nowych czytelników.

Pozostaje kwestia wiarygodności tego typu nowych mediów. Przyjęło się przecież, że bloger może napisać każdą głupotę, popełniać kardynalne błędy merytoryczne, nie potwierdzać informacji w kilku źródłach, bo... po co? Blog jest przecież tylko blogiem, dodatkiem, zabaweczką. To stereotypy. Po co niby bloger miałby bruździć na swoim własnym podwórku? Po to stworzył bloga i regularnie patrzy na ręce lokalnym urzędnikom? Pomijając nieliczne przypadki zawistnych trolli, raczej ciężko obronić taki pogląd. Ci ludzie informują dlatego, że uważają swoją działalność za potrzebną, a poza tym sprawia im to frajdę. W przeciwieństwie do - jak to się niekiedy brzydko mówi - pracowników mediów - mówią o swoich sprawach, bo bezpośrednio ich one dotyczą. Nagłaśniają sprawę spleśniałej kiełbasy w pobliskim spożywczaku, bo codziennie robią w nim zakupy, sprawę ścieków zanieczyszczających pobliski staw, bo co roku w lato nad nim wypoczywają, czy wreszcie sukces lokalnych wolontariuszy którzy wyremontowali przedszkole, bo - no właśnie - "patrzcie, to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!". Ot, dziennikarstwo oddolne. Które w moim mniemaniu ma szansę uratować podupadającą prasę.

Jeszcze prasa nie zginęła, póki blogi żyją. Tak myślę.
11:33, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 października 2008
Co jakiś czas ktoś decyduje się sformułować dosyć smutną tezę, iż wraz z rozwojem internetu miałoby jakoby zanikać czytelnictwo wyczerpujących temat, prawdziwych, naukowych pozycji. Książek, czasopism, gazet. Zamiast uporządkowanej wiedzy, sprawdzonej i przemielonej przez redakcyjne gremia informacji, czy sążnistej analizy czegoś tam, internauci wolą treści krótkie i skondensowane. Fachowe czasopisma upadają, gdyż cała wiedza i informacja spływa w całej swej nieuporządkowanej masie przez czytniki RSS wprost na monitory coraz bardziej uzależnionych od niej czytelników. Informacje podawane na blogach, szybkie newsy, mimo iż wyrywkowe i ledwo ślizgające się po temacie, często wygrywają z rzetelnymi opracowaniami dziennikarzy w prasie tradycyjnej. "Tabloidowa nieco maniera upowszechniania wiedzy", jak nazwał tę prawidłowość Paweł Wimmer zdaje się brać górę.

Skoro jednak pewne informacje można mieć znacznie szybciej i do tego za darmo? Nic dziwnego, że kusi. Przede wszystkim zmienił się sposób jej podawania. Nie jest prawdą, że sieć nie dostarcza uporządkowanej wiedzy. Dostarcza, tyle, że rozproszoną. Istnieje masa fachowych blogów. Rzecz w tym, że rolę redaktora naczelnego przejmuje sam czytelnik. Sami wybieramy, których ekspertów i na jaki temat zdanie mamy zamiar poznać. Mało tego - zebrana w ten sposób wiedza jest pełniejsza, gdyż sieć pozwala na szybkie aktualizacje, uzupełnienia danej kwestii.

Poza tym - czy nie jest odwrotnie? Czy to aby nie czasopisma muszą się ograniczać z powodu swojej stałej objętości? Czy nie muszą maksymalnie skracać informacji w tym celu? Papierowe media nie znają pojęć takich jak edit, czy update. Poza tym, czy ci "prawdziwi dziennikarze" w redakcjach nie korzystają z internetu? I to jeszcze jak! Wyobrażacie sobie działanie średniej nawet redakcji, bez możliwości weryfikacji informacji w sieci? To chyba standard. Inna sprawa, że niekiedy po prostu "nie ma co zbierać". Życie w sieci płynie szybko i równie szybko jest wyjaśniane. Zanim redaktor czasopisma zdąży dobrze rozsiąść się na krześle celem poszukiwania w sieci opinii na temat startu nowego portalu, szybko zorientuje się, że jest już "pozamiatane". Bo w sieci ów portal został zrecenzowany na wszystkie sposoby. Dziękuję, może Pan iść na kawę.

Każdy, kto miał do czynienia ze składaniem gazety lub czasopisma na określony termin wie, że deadline wymusza niekiedy puszczanie do druku totalnych, za przeproszeniem "pierdów". Po prostu musi się znaleźć jakaś zapchajdziura. Bloger (za wyjątkiem "pracowników" blogoidów etc) nie ma tego problemu. Publikuje, kiedy chce.

Owszem, zdarzają się w sieci nieścisłości. Ale czy nie ma słabych książek na półkach księgarń? Internet ma o tyle przewagę nad innymi mediami, że podawana w nim informacja nie jest skończona. To nie jest artykuł raz opublikowany w gazecie i puszczony do kiosków w całej Polsce. Bo to w ogóle nie są artykuły. Jak uważa Jeff Jarvis, w sieci, na blogach publikujemy wpisy, posty - jako całkiem nowy gatunek. Zawierają linki, możliwość szybkiego komentarza, dyskusji z autorem, korekty, uzupełnienia. Tym samym śmieci łatwo jest wyeliminować.

Oczywiście uporządkowana wiedza gazetowa ma swoją wartość. Przede wszystkim np. wielką analizę strategiczną konfliktu w Gruzji lepiej czyta się spokojnie przy biurku lub w fotelu, niż łypiąc przekrwionymi oczyma na monitor. To niewygodne i męczące. Kwestia komfortu. Poza tym są jeszcze zwykłe przyzwyczajenia i chęć pewnego kultywowania codziennego rytuału czytania gazety. To tak samo, jak z MP3 i albumami na CD. Jako fan i słuchacz tego, czy innego wykonawcy, lubię mieć fizycznie jego płytę na półce. Zachwycić się okładką, odpalić nośnik w odtwarzaczu. W każdym z nas jest coś z tradycjonalisty.