Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

środa, 22 lipca 2009

"Jaka wizyta, taki zamach" - powiedział (moim zdaniem, mimo wszystko nieelegancko) Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski po słynnym incydencie z rzekomym ostrzelaniem konwoju z Prezydentem Lechem Kaczyńskim podczas wizyty w Gruzji.

Wczoraj byliśmy świadkami dantejskich scen w samym centrum Warszawy. Pomiędzy kupcami z Kupieckich Domów Towarowych, a policją wywiązała się regularna bitwa. Pomijam już aspekt prawny całej sprawy. W skrócie - zgodnie z umową kupcy powinni opuścić halę KDT, ale przyzwyczaili się do prowadzenia handlu pod murami Pałacu Kultury i Nauki i zdecydowali się jednak postawić opór. W efekcie całą akcję okrzyknięto najbardziej tragiczną egzekucją komorniczą w krótkiej historii nowożytnego, polskiego kapitalizmu.

W związku z tymi wydarzeniami ciekawie było także w sieci. Internauci chyba pozazdrościli uczestnikom ostatnich zamieszek w Iranie (z zachowaniem proporcji). Relację z zajść można było śledzić bez ruszania się sprzed ekranu monitora, śledząc wpisy na Blipie. Mikroblogerzy piszący w tym serwisie, już z samego rana, kiedy pod KDT zaczynało robić się gorąco, ukuli specjalnego taga o nazwie #kdt którym oznaczali swoje wpisy.

Tag #kdt był wczoraj na Blipie zdecydowanym hitem. Stan na godzinę 21:00 wg. statystyk blipcast wynosił 1719 blipnięć otagowanych jako #kdt. Poza wpisami można było także zobaczyć na nich zdjęcia i krótkie filmiki z zamieszek. Oczywiście było także sporo nic nie znaczących, czy prześmiewczych statusów. Można się śmiać i parafrazując Marszałka Komorowskiego powiedzieć, że "jakie zamieszki, taka relacja". Ale mikroblogi pokazały swoją siłę i rolę jaką mogą w przyszłości pełnić w sytuacjach kryzysowych. Szkoda tylko, że do tych rozrób musiało dojść, bo chyba obie strony straciły kontrolę nad sytuacją.

Relacje "minuta po minucie" prowadziły także m.in. serwisy Gazeta.pl oraz Dziennik.pl.

niedziela, 19 lipca 2009
"Czasami mały może więcej". Jako, że jest weekend, chciałbym wspomnieć o pewnym wydarzeniu sprzed kilku dni, które było dla mnie ciekawym doświadczeniem i wiąże się oczywiście z tematyką mediów. Pod miejscowością w której mieszkam miał miejsce groźny wypadek (zderzenie busa z autobusem). Jak zwykle w takim momencie na miejscu pojawili się przypadkowi świadkowie, jak również jeden z reporterów malutkiego, lokalnego dwutygodnika, którego redaktorem naczelnym miałem przyjemność być przez jakiś czas. Stworzyłem wówczas w ciągu kilku minut prostą stronę, a raczej blog dwutygodnika, oparty na Wordpress. Potem nie był on uzupełniany, gdyż gazeta miała spory zastój. Znajomy reporter zrobił jednak zdjęcia na miejscu wspomnianej kraksy, a następnie zamieścił wraz z krótkim opisem zdarzenia na stronie i zgłosił całość na platformę Kontakt TVN24.

W efekcie, podczas relacji z miejsca wypadku, największa telewizja informacyjna w Polsce posiłkowała się informacjami i zdjęciami z prostego blogu, podając jego pełen adres internetowy w rogu ekranu (co zaznaczono w zgłoszeniu, nie jest więc też tak, że złe "duże media" ignorują anonimowy Internet). To wielka nobilitacja dla małego, tworzonego głównie przez młodych hobbystów medium, działającego na lokalnym rynku, gdzie istnieją dwie telewizje kablowe oraz kilka dużych, pełnoprawnych tytułów prasowych, takich jak Gazeta Wyborcza Radom, czy Echo Dnia. Te, jeżeli podały informację o wypadku, to przetrawioną, grubo po północy, albo na drugi dzień. Ale na ten najważniejszy moment to właśnie mały, redakcyjny blog okazał się najszybszym i najcenniejszym źródłem.

Bo czasami mały może więcej.

piątek, 26 czerwca 2009
Są takie obszary polskiej rzeczywistości, nad którymi unosi się jeszcze duch poprzedniego systemu. Są to instytucje lub przepisy pełne sprzeczności i absurdów, których działanie czy wręcz istnienie w obecnym kształcie pozostawia wiele do życzenia. Wymagają natychmiastowej zmiany, reorganizacji, co często z powodu "oporu materii" wydaje się być zadaniem niemal nie do przeskoczenia. PZPN, ginące paczki na poczcie... I prawo prasowe.

Tą ostatnią kwestią postanowili niedawno zająć się politycy, a konkretnie Ministerstwo Kultury pod przewodnictwem ministra Bogdana Zdrojewskiego. Jest co kruszyć, bo obecnie obowiązująca ustawa to beton uchwalony w... 1984 roku. Przez ten czas zmienił się ustrój polityczny i gospodarczy, a przede wszystkim zmieniły się media.

Co chodzi po głowach obecnym reformatorom? Współczesna klasa polityczna niespecjalnie lubi deregulować wiele absurdalnych przepisów. Właściwie jedna Anna Streżyńska i jej otoczenie w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej stara się znosić bariery, stopniowo uwalniać rynek i wpływać na zmiany tak, aby szły w kierunku "rynku konsumenta". Generalnie jednak politycy uwielbiają pastwić się nad kolejnymi aktami prawnymi i tworzyć przepisy regulujące wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Często tworzą buble prawne z których muszą się potem ukradkiem wycofywać, tak jak to miało miejsce w przypadku sławnego "strażaka w każdej firmie". Pomysł konieczności rejestracji portali internetowych i blogów o którym napisała "Rzeczpospolita" wydaje się być jakimś kuriozum. Co prawda gdy tylko w sieci pojawiło się powszechne oburzenie z tego powodu, minister Zdrojewski natychmiast wycofał się i zdementował plotki, jakoby jego podopieczni zamierzali ciągać blogerów po urzędach. Ten przykład pokazuje jednak, że gdzieś tam w ministerialnych gabinetach pojawiają się tego typu koncepcje światłych rozwiązań regulacji przestarzałego prawa prasowego. No bo skoro mamy takie czasy, że publikujemy również na blogach i portalach, rozwiązanie jest proste. Rejestrować blogi i portale. Ministerstwo Kultury wysyła zresztą sprzeczne sygnały na temat swojej działalności. Z jednej strony tworzy projektowaną według najlepszych, francuskich wzorców NINĘ (Narodowy Instytut Audiowizualny), gdzie będą dygitalizowane ginące na rozmagnesowujących się nośnikach dobra polskiej kultury. Z drugiej, wychodzą na światło dzienne kwiatki związane z rejestracją portali i blogów.

Prawo prasowe powinno być oczywiście całkowicie zlikwidowane. To relikt przeszłości, który nijak nie pasuje do współczesnego świata masowych, elektronicznych i nowych mediów. Wszelkie kwestie związane z ewentualnym rozstrzyganiem sporów spokojnie mogłoby regulować prawo cywilne, o co z uporem maniaka apeluje od dawna profesor Stefan Bratkowski. Po co redakcjom narzucać konieczność ustanowienia osoby wydawcy i redaktora naczelnego? Dzisiaj media to biznes, gdzie struktura organizacyjna zależy tylko i wyłącznie od jego właściciela. Jeżeli w Polsce ma wykształcić się nowoczesne społeczeństwo informacyjne, w którym podstawą tworzenia dochodu narodowego jest przetwarzanie informacji, to nie można już w blokach startowych rzucać mu kłód pod nogi.

Polacy oczekują od polityków "cyfryzacji" życia publicznego. Wyniki zleconego dla MSWiA badania mówią same za siebie. Większość spraw urzędowych, typu złożenie wniosku o dowód osobisty, zeznania podatkowego, czy rejestracja pojazdu, chcemy załatwiać w e-urzędach. Internet staje się także głównym źródłem informacji. Pod strzechy trafia bankowość internetowa. Trzeba modernizować i przyspieszać łącza. Trzeba wpływać na uwolnienie mało konkurencyjnego rynku dostawców Internetu, aby obniżyć wciąż wysokie ceny za dostęp. Wreszcie trzeba szkolić urzędników, aby archaiczne Biuletyny Informacji Publicznej na wieki nie zostały jedynym symbolem cyfryzacji urzędów. A Ministerstwo Kultury, zamiast dłubać w legislacyjnym trupie, mogłoby na przykład zająć się zmianami w równie absurdalnym prawie autorskim. Jest co robić. Miejmy nadzieję, że w najbliższym czasie unikniemy zawstydzających pomysłów, bo na działania polityków czekają dużo poważniejsze sprawy. Parafrazując Billa Clintona - społeczeństwo informacyjne, głupcze!
niedziela, 21 czerwca 2009
Na świecie mikroblogi, czyli serwisy pozwalające wysyłać krótkie wiadomości tekstowe, publikować zdjęcia i filmy, są już zjawiskiem masowym. Od kilku miesięcy Twitter zyskuje coraz większą popularność. Chyba nie ma obecnie internauty, któremu ta nazwa nie obiłaby się chociaż przypadkiem o uszy. W USA mikroblogi piszą gwiazdy sportu, znane postaci show-biznesu. Swój profil ma Twitterze posiada nawet Biały Dom. Nic więc dziwnego, że użytkowników tego serwisu przybywa z każdym dniem. Tak zwani trendsetterzy szybko zakasali rękawy i zdają się trafiać do masowego odbiorcy. Hej, ludzie, zakładajcie mikroblogi!

W USA Twitter pełni już niemal rolę wielkiego kanału informacyjno-rozrywkowego. Po kampanii wyborczej Baracka Obamy, kiedy tłumy jego zwolenników informowały się na Twitterze o kolejnych happeningach, mikroblogi zeszły niżej. Ostatnio Kevin Love, koszykarz grającego w NBA zespołu Minnesota Timberwolves poinformował na swoim profilu, że Kevin McHale nie jest już trenerem zespołu. Love napisał, że jest mu z tego powodu bardzo smutno. Problem w tym, że podanej informacji nie skonsultował z klubem. Zanim włodarze przygotowali oficjalne pismo, krótki wpis zaczął żyć własnym życiem.

Ale uczestnikiem prawdziwej, wielkiej, bo politycznej gry, Twitter stał się w ostatnich dniach w Iranie. Po domniemanym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Mahmuda Ahmadineżada, tłumy zwolenników opozycyjnego Mir Husajna Musawiego wyległy na ulicę w proteście przeciwko sfałszowanym ich zdaniem wynikom głosowania. Kiedy sytuacja zaczęła się zaostrzać, władze postanowiły zablokować linie telekomunikacyjne i aresztować autorów, na których blogach pojawiały się niepożądane treści. Koniec końców, zabroniono dziennikarzom ze świata filmowania protestów i przesyłania materiałów na zachód. Ostatnią "instancją" demokracji stał się w tym momencie Twitter, za pomocą którego Irańczycy informowali o rozwoju wypadków. Z tego też powodu przesunięto nawet o kilka dni planowaną modernizację serwisu! To wtedy Twitter trafił na szerokie łamy i to dosłownie. "Gazeta Wyborcza" opublikowała zestaw wpisów z kilku ostatnich dni, tworząc specjalną kolumnę "Z irańskiego Twittera". "Był atak na akademik, jest wielu rannych i aresztowanych", "Trochę strzelali, ale chyba gumowymi kulami...", "CNN nic nie pokazuje, boją się!" mogli przeczytać czytelnicy Gazety. Jacek Pałasiński w swoim porannym przeglądzie wydarzeń zagranicznych w TVN24 wyjaśniał widzom, czym jest Twitter. Kto wie, być może te krótkie wpisy pozwoliły obywatelom Iranu poczuć więź, uświadomić sobie konieczność walki o wspólną sprawę i w przyszłości zaprocentują wywalczeniem szerszych swobód? Z pewnością sam Twitter zyskał jeszcze mocniej na popularności, a dla niektórych kręgów stał się wręcz niebezpieczny.

Polski światek mikroblogów, w porównaniu z popularnością tego typu narzędzi na świecie dopiero raczkuje. Aczkolwiek szybko dociera do coraz szerszych mas internautów i powoli wychodzi z geekowskiego wieku niemowlęcego. Świeże informacje polityczne z różnych ciekawych źródeł zamieszcza na Twitterze konsultant polityczny Eryk Mistewicz. Bloguje tam również kilku znanych dziennikarzy: Marcin Gadziński, Michał Pol, czy Michał Karnowski. Ostatnio do tego grona dołączył Igor Janke. Na Twitterze swój przyczółek znaleźli również eurodeputowani PiS - Michał Kamiński i Adam Bielan. Jednak zdecydowanie największą polską gwiazdą Twittera jest Marcin Gortat. PO bardziej polubiła swojskiego Blipa i trzeba przyznać, że nad Wisłą to ten serwis mikroblogowy ma zdecydowanie większą szansę trafić pod strzechy. Blipuje prawdopodobnie przyszły komisarz UE Janusz Lewandowski i europoseł Bogusław Sonik. Blip ma zresztą za sobą pierwszą, mikroblogową eurodebatę. Bardzo popularny jest także nasz eksportowy duet tenisistów, czyli Mariusz Fyrstemberg (na Blipie tenisfryta) i Marcin Matkowski (tenismatka) którzy w serwisie pojawili się przez nikogo nie inspirowani. Ot, sami z siebie postanowili blipować i są w społeczności blipowiczów bardzo aktywni. To dobry prognostyk. Z kolei kilka dni temu na Blipie pojawił się pierwszy, oficjalny profil miasta. Jest nim profil Radomia, na którym urzędnicy z radomskiego ratusza rozpoczęli trwającą cały czas relację z Dni Radomia. To pierwszy w Polsce tego typu sposób na promocję miasta.

Jeśli proces upowszechniania się mikroblogów będzie postępował w takim tempie, jest szansa, że już za kilka miesięcy Blip zapełnią persony z pierwszych stron gazet, które z pewnością skorzystają z tej formy promocji własnej osoby. Ich obecność przyciągnie z kolei dotychczas stroniących od jakiejkolwiek innej formy komunikacji niż Gadu-Gadu internautów. Doda na Blipie, Kubica i siostry Radwańskie na Twitterze? Kto wie. A na końcu coraz większa społeczność mikroblogerów komunikujących się po prostu w kręgu własnych znajomych. Bo o to przecież chodzi.
środa, 03 czerwca 2009
Przeczytałem parę dni temu w "Gazecie Wyborczej", że sprzedaż gazet jednak rośnie. Jest to jakaś nowość po kolejno pojawiających się wcześniej doniesieniach o ich rychłym upadku. Co prawda prasę napędza głównie Azja i Ameryka Południowa, ale wzrost jest widoczny i przychody z reklam również. Może więc cała krucjata przeciwko agregatorom treści, portalom żerującym na tradycyjnych mediach i powodującym ich upadek była przedwczesna? Być może warto się zastanowić, w którą stronę tak naprawdę zmierza współczesne dziennikarstwo?

Do tej pory podział był bardzo jasny: prawdziwe dziennikarstwo uprawia się w wielkich redakcjach prasowych. To tam dziennikarze mają dostęp do wiedzy, kontaktów i dobrego warsztatu pracy. To oni pierwsi śledzą afery, wywołują dyskusje, narzucają "tematy dnia". Dlatego też można ich z ręką na sercu nazwać prawdziwymi dziennikarzami, w przeciwieństwie do zasiadających w redakcjach portali informacyjnych redaktorów. Ci są zmuszeni opracowywać wcześniej przygotowane przez prasę materiały i generalnie ograniczają się do ich skracania, a czasami zwykłego przeklejania. To rzeczywiście może wywoływać oburzenie w szeregach dziennikarzy prasowych, ale tak naprawdę media internetowe w Polsce dopiero raczkują. Jednak kiedy czyta się np. wzorowy serwis Times Online, można sobie mniej więcej wyobrazić, w jakim kierunku zmierzają współczesne media. To przyszłość dziennikarstwa!

Przede wszystkim Internet w Polsce wciąż traktowany jest po macoszemu i to zarówno przez świat polityki, jak i innych dziennikarzy. Do studia na debaty zaprasza się dziennikarzy prasowych, czy radiowych i raczej nikt poważnie nie myśli o redakcjach portali. Internet cały czas jest zabawką służąca bardziej rozrywce, niż wyszukiwaniu informacji. Blogerzy są rozproszeni po wielu blogowiskach i jak pokazały ostatnie wydarzenia, wolą raczej pozostać anonimowi. Inaczej niż w USA, gdzie blogi są w mainstreamie mediów, a ich autorzy uczestniczą w konferencjach prasowych i zadają pytania Barackowi Obamie.

Takie pozostawanie w cieniu z pewnością nie buduje wizerunku "nowych mediów" jako poważnego gracza. Być może jakimś rozwiązaniem jest powołanie do życia czegoś na wzór stowarzyszenia blogerów. Potrzebna jest marka o nazwie "bloger", która będzie konkurować z logo na mikrofonie TVN24, czy winiecie "Gazety Wyborczej", które cały czas są synonimem poważnego dziennikarstwa. Na szczęście media internetowe stopniowo się profesjonalizują. Coraz więcej portali zatrudnia dziennikarzy tworzących autorskie teksty i buduje stricte internetowe redakcje (np. Money.pl). Dlatego granica pomiędzy "prawdziwym dziennikarzem", a tym piszącym w Internecie będzie stopniowo zanikać. Dziennikarstwo, to dziennikarstwo - nieważne, gdzie jest uprawiane, ale jak. Gazeta, telewizja, radio, portal internetowy. Tradycyjne media, politycy i ludzie biznesu oswoją się z Internetem. A przykład Times Online pokazuje, jak świetnie prasa może współgrać z siecią.

Piotr Wrzosiński zauważył niedawno, że skoro Internet jest kolejnym nośnikiem informacji, to nowym mediom, aby stały się w pełni profesjonalne, potrzebna jest równie profesjonalna struktura na wzór tradycyjnych redakcji. Nie chodzi jedynie o dostęp do multimedialnego sprzętu usprawniającego publikację, ale także o chociażby "style guide", czyli zestaw zasad dotyczących konstrukcji tekstu, wyglądu publikowanych dokumentów, typografii. To wszystko musi być jednolite, profesjonalnie złożone i skalowalne, tak aby możliwy był bezproblemowy dostęp do treści z poziomu chociażby nowoczesnych czytników. Poza tym ważna jest korekta, a dziennikarze internetowi często sami publikują materiały, które nie miałyby szans na publikację np. w gazecie.

To są niuanse, decydujące jednak o tym, na ile poważnie można traktować dane medium internetowe. Dlatego tego typu redakcjom potrzebni są profesjonalni wydawcy. Wówczas staną się one pełnoprawnym uczestnikiem rynku, zaś "stare wygi" dziennikarstwa prasowego przestaną się ich bać. A być może zechcą nawet się w nich zatrudnić?
piątek, 29 maja 2009
Pieprzony los Kataryny – tak, parafrazując tytuł jednej z powieści Rafała Ziemkiewicza, chciałoby się rozpocząć podsumowanie ostatniej, internetowo-prasowej wojenki na linii „Dziennik” – internauci.  Niestety, moim zdaniem sprawa nie jest tak czarno-biała, jak się ją przedstawia w wielu miejscach w sieci. Nie jest, bo być nie może. Obie strony mają rację i obie jednocześnie przesadzają. Pojawiło się sporo emocji, czasami uprzedzeń, a nade wszystko owczego pędu w wydawaniu pochopnych, kategorycznych opinii.

Kiedy "Dziennik" ujawnił, że wie, kim jest Kataryna i opisał historię ostatnich kontaktów z tą znaną blogerką, proponując jej m.in. swoisty coming-out na łamach gazety (oraz posadę publicystki), w sieci zawrzało. Pojawiły się zarzuty o szantaż, szczególnie po niepotrzebnych słowach redaktora naczelnego "Dziennika" Roberta Krasowkiego. Stwierdził on, że tak wygląda prawdziwe dziennikarstwo, a anonimowi krzykacze na forum komentarzy portalu "Dziennika" mogą go "pocałować w dupę". Prowokacyjnie zniżając się do ich poziomu podlał ostrym sosem i tak zgniły kawałek polskiego Internetu, dotychczas obejmujący swym zasięgiem głównie gros komentatorów na Onecie. Zupełnie niepotrzebnie i bez sensu sprawiając wrażenie, że ma na myśli blogi, fora i w ogóle polskiego internautę. Tylko, że nie ma jednego wzoru polskiego internauty. A komentatorzy poczuli zew krwi i lawina ruszyła. Potem nad "Dziennikiem" zaczęli pastwić się blogerzy. Niemal wszyscy nagle stali się obrońcami anonimowości w sieci i znawcami dziennikarstwa. Można było odnieść mylne wrażenie, że "Katarynagate" ujawniła właściwie skrywaną, brukową naturę "Dziennika".

Przejaskrawiam, bo po pierwsze - nie zgadzam się z kolektywnym potępianiem w czambuł kogokolwiek, jeżeli znajduję u niego pewne racjonalne przesłanki do takiego, a nie innego działania, a po drugie - nieco inaczej wyobrażam sobie polski Internet jako publiczną, przejrzystą sferę wolnej wypowiedzi.

Lubię "Dziennik" za sobotni dodatek "Europa", który czytam regularnie, na zmianę z "Dużym Formatem" Gazety Wyborczej. Nie uważam tej gazety za tabloid, a takie opinie też już się pojawiły. Lubię wywiady Mazurka, komentarze Zaremby. W "Dzienniku" często obok siebie można natknąć się na opinie zarówno Jadwigi Staniszkis, jak i Moniki Olejnik. W "Europie" dyskutują lewicowy Józef Pinior i prawicowi Ludwik Dorn, czy Wiesław Walendziak. Dlatego bardzo irytują mnie uwagi o "Der Dzienniku", który nakręcając sprawę Kataryny próbuje rzekomo ratować swoją malejącą sprzedaż, co i tak mu nie pomoże i w końcu na całe szczęście upadnie. A ja wolę jednak, żeby istniał, bo Polska jest za dużym krajem, żeby podzielić rynek poważnej prasy tylko pomiędzy "Gazetę" i "Rzepę". Szkoda by było tej "Europy", przede wszystkim...

Wracając do meritum, nie uważam, żeby "Dziennik" popełnił jakąś wielką zbrodnię wytaczając przeciwko anonimowym krzykaczom aż tak ciężkie działa. Będę konsekwentny. Często poruszałem kwestię blogów jako równoprawnych względem prasy mediów. I jeżeli rzeczywiście chcemy, żeby blogerzy byli szanowani, stawali się poważnym źródłem informacji, to powinni stać za nimi ludzie z krwi i kości! Takim blogiem jest na przykład "Korupcja w polskim futbolu" wrocławskiego dziennikarza Dominika Panka. Owszem, pod pseudonimem łatwiej publikować kontrowersyjne opinie. Ale niektórzy blogerzy stają się dzięki nim bardzo popularni. Przykład? Kataryna. Tak naprawdę prędzej, czy później jej personalia musiałyby zostać ujawnione. Konflikt z synem ministra Czumy wyniósł Katarynę na same szczyty mainstreamu. Nie przez przypadek - bo przecież Kataryna nie jest ofiarą, której w telewizji zmieniono głos i nie pokazano twarzy, gdyż jest szarym obywatelem pewnej wsi i który właśnie sypie skorumpowanego, despotycznego wójta i nie chce, aby ten go rozpoznał. Jeżeli ktoś pojawia się w "Faktach" TVN jako bloger, to jeżeli poważnie traktuje swoją działalność w sieci, występuje tam jako osoba publiczna.

Rację ma Bartosz Węglarczyk pisząc, że polski Internet jest pełen frustratów. To do nich zwracał się Robert Krasowski w swoim liście. Czy to, co zrobili dziennikarze "Dziennika" jest "dziennikarską gangsterką"? Moim zdaniem Kataryna dobrze wiedziała, co się święci i kolejne odpowiedzi na artykuły "Dziennika" tylko podgrzewały atmosferę. Przez kilka dni sieć żyła tematem i czasami odnoszę wrażenie, że wszyscy daliśmy się podpuścić. "Dziennik" pojechał po bandzie, ale przeżyje. Za parę miesięcy świat Internetu zajmie się czymś innym. Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński kpił z internautów, a dzisiaj straszy Niemcami. Zapomnimy.

Co z tego, że Marcin Król uważa, iż "blogi są czymś idiotycznym"? To tylko opinia, taka sama jak ta Doroty Gawryluk, która uważa anonimowość w sieci za coś normalnego. Dwa odrębne zdania na ten sam temat. Chcieliśmy wolności słowa, no to ją mamy. Jednak wolność słowa jest od tego, żeby jej nie nadużywać. Rodzice każdej kontrowersji, szczególnie sięgającej sfer władzy, powinni być znani. Inaczej utoniemy w błocie domysłów, dziennikarskich śledztw i sprostowań. Bo to nie jest tak, że trafiamy na świecznik i jednocześnie chcemy pozostać anonimowi. Tak się raczej - szczególnie w sieci - nie da. A blogi to wbrew opinii Króla na tyle potężne narzędzia, że szkoda byłoby je sprowadzać do roli sezonowej ciekawostki. Krótko mówiąc – jeżeli sieć zamierza na serio ścigać się z prasą, to musi to robić z otwartą przyłbicą.
środa, 20 maja 2009
Mam takie skrzywienie, że z wielkim zainteresowaniem czytam i oglądam wszelkie artykuły, publikacje i magazyny poświęcone naszej rodzimej myśli technicznej okresu Polski Ludowej. Bynajmniej nie po to, żeby pośmiać się z wytwarzanych wówczas kolejnych czerstwych, topornych urządzeń na licencji radzieckiej. Raczej chodzi mi o cały zmarnowany przez realny socjalizm potencjał intelektualny polskich techników. Radiowców, informatyków, inżynierów z branży motoryzacyjnej. Dla osoby, która nie pamięta, ani nie żyła w tamtych czasach, cały ten świat rozpoczętych, a niedokończonych projektów, epokowych jak na ówczesne czasy rozwiązań, których spora część została zapomniana z dniem w którym PRL się skończyła, jawi się jako niezwykle fascynujący.

W ostatnim czasie zetknąłem się z dwiema tego typu historiami. Związanymi w dodatku z dwoma moimi największymi hobby - muzyką i Internetem. Jakiś czas temu przeczytałem w "Dzienniku" o Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia. Było to miejsce, gdzie niejaki Eugeniusz Rudnik, dzisiaj żywa legenda, łączył elementy "techniki, muzyki współczesnej, reportażu radiowego i awangardy" uzyskując brzmienia zupełnie nowatorskie jak na ówczesne czasy siermiężnej i raczej odpustowej jeśli idzie o muzykę PRL. SEPR powstało w 1957 roku i było jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie tworzono nowoczesną muzykę elektroniczną. Co ciekawe, nowatorskie efekty uzyskiwano zupełnie chałupniczymi metodami. Do Polskiego Radia przyjeżdżali wówczas twórcy z całego świata. Zachwycali się efektami, których próżno było szukać w innych studiach. Sam Eugeniusz Rudnik dostał nawet propozycję wyjazdu na stałe do Niemiec. Wolał jednak w Polsce, za pomocą nożyczek, taśmy i sklejek (sic!) z mozołem realizować kolejne dźwiękowe zamówienia. Rudnik był prawdziwym wirtuozem, odpowiednikiem współczesnych, wielkich producentów muzycznych, którzy (szczególnie w przypadku muzyki elektronicznej) są dzisiaj bardzo ważną personą w układance składającej się na muzyczny sukces. Jak sam mówi, pociął w życiu ręcznie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów taśm, ale do komputerów i samplingu go nie ciągnie. Kim byłby dzisiaj? Współczesnym, polskim DJ Shadowem?

SEPR jest dzisiaj zapomnianym reliktem przeszłości. Studio niszczeje, a wiele sprzętów największe szanse ma na trafienie pod młotek. Na szczęście wokół studia zaczęło robić się głośno, wydano także czteropłytowy box z nagraniami. Jest szansa, że dorobek "radiowych czarodziejów" nie przepadnie. Przepadła natomiast bezpowrotnie szansa na "polski Internet". Cezary Gmyz napisał niedawno w Rzepie ciekawy (aczkolwiek trochę naginający fakty - ale na wyobraźnię działa) artykuł na temat informatyków pracujących w czasach PRL nad pierwszym systemem ewidencjonowania ludności PESEL. Ukrywający się pod pseudonimem Jerzy Studziński inżynier opowiada w nim o robionym na zamówienie władz oprogramowaniu dostępnym z każdego miejsca na ziemi, łączącym komputery różnych firm w jedną, wielką sieć teletransmisji. Do dzisiaj jest to jedna z najlepszych sieci ewidencji ludności na świecie, a podobne oprogramowanie ma bardzo niewiele krajów!

Transmisja danych, sieć telex o globalnym zasięgu... Aż ciężko uwierzyć, że ówcześni informatycy poprawiali kod z błędów pozostawionych przez takich tuzów światowej informatyki jak IBM i Siemens! "Idioci partyjni", jak mówi Studziński, nie opatentowali jednak tego budowanego przez elitę ówczesnych informatyków rozwiązania. Potem przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych, obsadzanie najwyższych stanowisk wśród informatyków mało uzdolnionymi "znajomymi króliczka", agonia realnego socjalizmu. Nikt już nic nie budował. A w armii amerykańskiej parę lat wcześniej narodził się Internet i to znowu USA "były pierwsze". Jak zakończyłaby się ta historia, gdyby sierpień 1980 roku przyniósł Polsce wolność 10 lat wcześniej? Warto się nad tym zastanowić w tegoroczną rocznicę 4 czerwca i patrząc na dwadzieścia lat polskiej wolności. Studziński stwierdził, że patent "przewidujący zapis danych wyłącznie na kartach pamięci, bez żadnych części ruchomych (dokładnie takie rozwiązanie znalazło zastosowanie w kartach pamięci naszych aparatów cyfrowych) dziś z opłat licencyjnych dałby pewnie tyle co cały polski przemysł". Czy bylibyśmy informatyczną potęgą chociażby na miarę Finlandii z ich Nokią?

Tego już się nie dowiemy. Ale takie historie jak ta, dają nadzieję, że jeżeli da się Polakom wolność, postawi jasny cel, zdejmie okowy krępujących przepisów, skupi na przyszłości, to wyzwalają się w nas (nawet w najtrudniejszych czasach) najbardziej skrywane talenty do innowacji, pielęgnowane gdzieś w podziemiu już od czasów złamania Enigmy, albo jeszcze wcześniejszych dokonań polskiego radiowywiadu u progu II RP, podczas wojny z bolszewicką Rosją.
wtorek, 12 maja 2009
"Dni internetu, jaki znamy, są już policzone" - te słowa medialnego magnata Ruperta Murdocha, wywołały prawdziwą lawinę dyskusji na temat płatności za treści publikowane w internecie. Wydawcy prasowi zaczęli opracowywać nowe koncepcje ograniczania bezpłatnego wykorzystywania ich materiałów przez media działające w sieci. Wspomniany właściciel koncernu NewsCorp. stwierdził, że ludzie przyzwyczaili się do tego, iż w internecie wszystko mogą dostać zupełnie za darmo. W związku z tym wydawcy powinni zacząć się bronić.

Sam Murdoch zapowiedział, że od przyszłego roku internetowe wydania gazet należących do jego koncernu (m.in. brytyjski "The Times" i amerykański "The Wall Street Journal") będą płatne. Zaczął także inwestować w specjalny, elektroniczny czytnik gazet. I chociaż na rynku działają już podobne urządzenia (np. słynny Kindle), to zdaniem Murdocha nakłady włożone w opracowanie tego typu urządzenia zwrócą się już niedługo. Rynek informacji prasowej, ale i treści publikowanych w sieci ma bowiem w najbliższym czasie ulec diametralnej zmianie.

Za Murdochem poszli kolejni wydawcy. Mathias Döpfner, prezes Axela Springera również wypowiedział się w tej sprawie jednoznacznie - serwisy internetowe powinny zacząć płacić za materiały wyprodukowane przez tytuły należące do jego wydawnictwa. Natomiast Agencja Associated Press stworzyła specjalne oprogramowanie, za pomocą którego śledzi i skanuje treści serwisów internetowych w poszukiwaniu plagiatów. W stosunku do ich autorów zamierza występować na drogę prawną. Serwisy internetowe bronią się argumentując, że nie przeklejają z serwisów gazet całych informacji. Publikują jedynie wycinki, albo piszą skróty, podając i odsyłając zresztą do źródeł.

Jednak wydawcy prasowi którym świat wali się na głowę i z powodu spadku sprzedaży gazet są zmuszeni zamykać kolejne tytuły, są nieprzejednani. W USA zarejestrowali organizację pod nazwą Journalism Online LCC. Ma się ona zajmować pobieraniem opłat za materiały publikowane w sieci od czytelników, ale także od serwisów "agregujących" treści, takich jak np. Google News. W Polsce podobną inicjatywę podjęła Izba Wydawców Prasy która ogłosiła, że istniejące od paru lat stowarzyszenie Repropol zarejestrowało spółkę, która będzie sprzedawać prawa do materiałów produkowanych przez prasę. Sytuacja w Polsce jest jednak o tyle ciekawa, że rodzima Polska Agencja Prasowa, zamiast walczyć wzorem amerykańskiej AP z agregatorami, podpisała z jednym z nich umowę. Dzięki porozumieniu z serwisem Google News, będzie on mógł za opłatą wykorzystywać PAP-owskie materiały.

Cała bitwa z agregatorami treści i serwisami internetowymi to kolejny etap wojny o ustalenie nowego ładu w zmieniającym się, cyfrowym świecie. Świecie, w którym dostęp do kultury i informacji jest coraz szerszy i łatwiejszy. Ten temat przerabiały już zarówno wytwórnie płytowe, jak i producenci gier komputerowych. Ale czy płatne materiały w sieci mają rzeczywiście jakieś szanse na powodzenie? Wydaje się, że dla przeciętnego odbiorcy codzienna dawka informacji jest i tak bardzo duża. Bombardowany często tymi samymi newsami z różnych źródeł - telewizji, radia, gazet, internetu, które wzajemnie się przecież monitorują - może mieć po prostu dość i nawet nie pomyśli, aby płacić za dostęp do kolejnego źródła. W takim wypadku odbiorca często nie potrzebuje nawet specjalnie głębokich informacji. Wystarczy tak podany news, aby mógł zaznajomić się z podstawową treścią przekazu i mówiąc kolokwialnie "nie wypaść z obiegu".

Co więc ma szansę się sprzedać, jeśli nie przysłowiowa papka informacyjna? Z pewnością będą to pogłębione treści i analizy, które zainteresują np. naukowców lub studentów. Mogą to być prognozy finansowe, instrukcje, czy porady prawne, a więc materiały za które czytelnik jest skłonny zapłacić, bo przydadzą mu się np. w pracy. Również biblioteki publiczne zamiast gromadzić mozolnie kolejne roczniki gazet, mogłyby wykupić roczny abonament na stały dostęp do kolejnych numerów. Ostatnio, z okazji 20-lecia powstania Gazeta Wyborcza otworzyła na kilka dni podwoje swego płatnego archiwum, a także uruchomiła skądinąd świetny serwis Gazetopedia. Można tam znaleźć czołówki wszystkich numerów, jakie ukazały się od momentu powstania dziennika. Zarówno ów serwis, jak i archiwum tekstów świetnie się uzupełniają i stanowią ciekawe źródło na temat polskiej historii najnowszej. To dobry kierunek dla wydawców. Ciekawie podana, wartościowa treść zawsze znajdzie nabywcę. Ale walka z newsami po prostu nie ma sensu. Te i tak będą się mnożyć na potęgę i wzajemnie powielać w różnych mediach. Jeżeli wydawcy prasowi zejdą na chwilę z piedestału, na pewno szybko zauważą, że nie są już jedynymi kreatorami rzeczywistości.
poniedziałek, 11 maja 2009
Niedawno minął kolejny, majowy (tym razem nieco krótszy) weekend. Tegoroczny wywczas miał upłynąć Polakom pod znakiem bojkotu telewizji publicznej. Nawoływali do niej artyści (m.in. Krzysztof Krauze, Agnieszka Holland) którym nie podobają się obecne władze rządzące TVP (głównie bardzo odchylony w prawo prezes Piotr Farfał). W związku z tym inicjatorzy bojkotu poprosili widzów, aby Ci, w dniu 3 maja spróbowali obyć się bez programów nadawanych przez publicznego nadawcę. Wydawało się, że piękna pogoda sprzyja powodzeniu projektu. A jednak...

Polacy znowu nie posłuchali nawoływań inteligencji i szczególnie wieczorem, podczas emisji skądinąd bardzo dobrego serialu duetu Adamczyk-Brutter "Ranczo", masowo zasiedli przed telewizorami. Kolejny odcinek perypetii mieszkańców Wilkowyj oglądało ponownie prawie 8 milionów widzów! A jeszcze nadawano Doręczyciela, "Kochaj albo rzuć", kabareton... Co najciekawsze, mimo bojkotu, w majowy weekend tylko TVP zanotowała procentowy wzrost oglądalności w stosunku do analogicznego okresu czasu w latach poprzednich. Pozostałe stacje widzów straciły.

Krzysztof Krauze dał wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu zignorowania bojkotu przez szacowną widownię. Zaznaczył, że środowiska twórcze okazały się jednak bezradne wobec propagandowej machiny TVP. Wyraził też ubolewanie z powodu ciągle „grillowej mentalności” Polaków, którym jest zupełnie obojętne, kto rządzi TVP. Byleby mogli obejrzeć kolejny odcinek swojego ulubionego serialu. Zastanawiające jest tylko, dlaczego ludzie mieliby na zawołanie bojkotować TVP właśnie teraz? Dlaczego nikt nie nawoływał do bojkotu podczas prezesury Roberta Kwiatkowskiego, kiedy w telewizji publicznej działy się prawdziwe cuda wianki? Ja przyznam szczerze, że już dawno pogubiłem się, kto jest prezesem TVP. Wydawało mi się, że przecież jeszcze nie tak dawno prezes Kwiatkowski zeznawał przed komisją Rywina. Potem nastał zdaje się Jan Dworak, który powołał do życia najlepszy obecnie publiczny kanał TVP Kultura (który również w weekend zanotował wzrost oglądalności, z powodu emisji "Pana Tadeusza"). A przecież potem pojawiła się burza wokół prezesury Wildsteina, po którym nie mniejsze emocje budził Urbański, a teraz jest Farfał! Zastanawiam się, czy kogoś nie pominąłem? Jakże ciekawą instytucją musi być TVP. Co za karuzela! I nie ma się co dziwić, że przez lata TVP nie potrafi zaproponować ciekawej oferty na poziomie. Czy przy takiej rotacji jest to w ogóle możliwe?

Nie ma się więc także co dziwić widzom, których kompletnie nie obchodzi, kto obecnie w TVP rządzi. Skoro za chwilę będzie rządził kto inny, po co tracić czas na bezsensowne bojkoty? Moim zdaniem reakcja (a raczej jej brak) widowni była jak najbardziej zdrowa. Niech każdy sam decyduje, co chce oglądać i kiedy. To nie są już czasy wszechmocnej, jedynej na rynku telewizji publicznej. Wtedy taki bojkot miałby pewnie sens i być może niektórzy pamiętają jeszcze tamte lata. Ale dzisiaj? Słusznie w "Magazynie" Dziennika Cezary Michalski napisał, że w dobie kablówek, telewizji cyfrowej - a ja dodam jeszcze - Internetu - bojkot traci sens. W każdej chwili, bez zadęcia wyrażonego w walce o słuszną sprawę możemy zmienić za pomocą pilota kanał - dobrych produkcji przecież nie brakuje. A TVP jest w tej grze telewizją jak każda inna. Nadaje kompletne gnioty, ale i całkiem fajny serial w postaci "Rancza", które masy o mentalności grillowej (w tym ja) oglądają. Nie darowałbym sobie opuszczenia odcinka, nawet jeśli prezesem TVP byłaby Baba Jaga, bo tak naprawdę, co mnie to obchodzi? Dzisiaj program telewizyjny to produkt oferowany na wolnym rynku, którego widz jest konsumentem. Jeżeli produkt jest wartościowy, to go kupuję.

Całe szczęście, że nikt nie nawoływał do weekendowego bojkotu publicznego radia. Słuchając z uwagą drugiego "Polskiego Topu Wszech Czasów" w Trójce, moja mentalność zostałaby pewnie doszczętnie zgrillowana.
środa, 06 maja 2009
Gazeta Wyborcza przygotowała raport „W sieci piratów” traktujący o piractwie sieciowym w Polsce. Nie da się ukryć, że ostatnio temat stał się bardzo modny, choć przecież jest stary jak świat. Świat gier komputerowych, filmów na DVD i muzyki w formacie mp3, rzecz jasna. Ale to właśnie teraz słyszymy o kolejnych procesach twórców serwisu The Pirate Bay. O rosnącej w siłę szwedzkiej Partii Piratów, która zamierza wystawić kandydatów w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego, aby tam walczyli o wolny obieg kultury w sieci. O ujawniającym organom ścigania dane jednego ze swoich użytkowników serwisie do dzielenia się plikami Rapidshare.

Mało kto jednak moim zdaniem zauważa, że czasy się zmieniają, a obecne prawo jest martwe. Rządy, zamiast iść z duchem czasu i uelastyczniać przepisy, chcą zaś odcinać niesfornych internautów od sieci. Niestety, na dłuższą metę utrzymanie obecnego status quo, w wyniku którego wielkie koncerny i wytwórnie płytowe korzystają ze swojej obwarowanej skostniałymi przepisami pozycji jest nie do obrony.

Pamiętam jak w połowie lat dziewięćdziesiątych nieistniejący już miesięcznik "Świat Gier Komputerowych", którego byłem wiernym czytelnikiem, rozpoczął pierwszą w Polsce antypiracką akcję. To były czasy masowej sprzedaży pirackich gier na bazarach. Nawet niektóre magazyny recenzowały nowe tytuły na podstawie nielegalnych kopii. Po prostu dystrybucja gier w Polsce nie istniała, albo dopiero co zaczynała raczkować. ŚGK tworzył wówczas redakcyjny sklep z grami, apelował do innych magazynów o przyłączenie się do pionierskiej akcji. Spotkał się jednak tylko z milczącą obojętnością. Piractwo to było coś normalnego i walka z nim była jak walka z wiatrakami.

Dzisiaj czasy się zmieniły. Zmienili się konsumenci. Rynek nie jest już pustynią, na której klienci muszą szybko chwytać wszystko, co się rusza, bo w przeciwnym wypadku niewiele dla nich zostanie. Internet nie do poznania zmienił podejście do dóbr kultury. Bardzo modne obecnie jest szermowanie liczbami ściąganych plików mp3 i stawianie znaku równości pomiędzy ściągającym je użytkownikiem sieci, a zwykłym złodziejem. A przecież to właśnie internauci są najbardziej świadomymi nabywcami tych dóbr. Wytwórnie muzyczne, zamiast lamentować nad spadającą sprzedażą płyt, powinny raczej zastanowić się jak przystosować swoje działanie do obecnych czasów i możliwości jakie daje sieć.

Dwoma skrajnymi przypadkami na dowód, że można doskonale "czuć sieć", albo też nadal mentalnie pozostawać w czasach "przedinternetowych" są przykłady podejścia do "piractwa w sieci" zespołów Nine Inch Nails i Metallica. Podczas gdy Ci drudzy, pod dyktando wytwórni prowadzili krucjatę z piratami, odsądzając ich od czci i wiary, nazywając złodziejami i nawołując do natychmiastowego, bezwarunkowego "zalegalizowania" muzyki na jedynie słusznym nośniku, NIN kolejny swój album umieścili po prostu w sieci. NIN nie są rzecz jasna zespołem podziemnym, który publikuje swoją twórczość na MySpace. To wielka kapela, która ma fanów na całym świecie, a w czasach świetności płyty CD sprzedała ich tysiące. Tyle, że muzycy NIN zrozumieli, że czasy się zmieniły. Ich albumy można za darmo ściągnąć ze strony zespołu. Po zapoznaniu się z materiałem, można także zamówić wersję pudełkową w normalnej cenie. Efekt? Fani nagrodzili muzyków za tego typu podejście, kupują płyty na masową skalę, a zespół dodatkowo przyciąga na koncerty masy ludzi. Po co walczyć z wiatrakami? Jest sieć, a NIN wyszli ze słusznego wniosku, że im więcej ludzi ich usłyszy, tym więcej zapłaci za bilety na koncert. Zyskała muzyka. Kto stracił? Wytwórnie. W tym czasie jeden z muzyków Metallici ściągnął swoją własną płytę z sieci Torrent ubolewając, jak łatwa jest to czynność...

I tu jest pies pogrzebany. Sieć znacząco poprawiła dostęp wielu ludzi do kultury. Nie można obrażać się z tego powodu na internautów. Słusznie Jarosław Lipszyc w wywiadzie dla Metra porównał obecny problem "piractwa" do wypożyczania książki z biblioteki. Czy pożyczając płytę albo książkę znajomemu, narażamy go na zarzut piractwa? No właśnie. Podobne możliwości daje sieci. Nikt już nie chce kupować kotów w worku. Wytwórnie powinny więc zacząć pracować nad nowymi kanałami dystrybucji swoich wydawnictw. Bo jak się ostatnio okazało, najwięcej oryginalnej muzyki kupuje nie kto inny, jak ci źli piraci-złodzieje.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8