Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

wtorek, 05 maja 2009
Redaktor naczelny Newsweeka Michał Kobosko, w jednym ze swoich ostatnich tekstów odniósł się do tematu spadku sprzedaży gazet w kontekście rosnącej roli internetu. Stwierdził, że "internet jest nagi". Głównie dlatego, że większość materiałów powstających w sieci rodzi się po uprzedniej, pilnej lekturze tygodników opinii oraz gazet. Zdaniem Kobosko, sieć sprowadza się do wydawania ocen i publikacji w gruncie rzeczy dość powierzchownych komentarzy. Sama zaś, jako medium, nie tworzy żadnej, unikalnej wartości. Internet oferuje bezwartościową, informacyjną watę cukrową, której główny budulec regularnie pobiera od producentów samego cukru, czyli mediów tradycyjnych.

Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że Kobosko zauważa, iż świat mediów się zmienia. Zmieniają się także sami czytelnicy, dla których internet staje się, mimo wszystko, pierwszym medium. Tylko Ci, którzy nadążą za rozwojem technologii i wejdą w miarę szybko w te nowe buty, zdołają przetrwać. Tekst naczelnego Newsweeka wziął zaś na ruszt w dosyć emocjonalnym wpisie na swoim blogu Artur Kurasiński. Postanowił skonstatować sprawę z jeszcze radykalniejszego, a raczej konserwatywnego punktu widzenia (nadając zresztą wpisowi zupełnie jasny tytuł "Stare media - wróćcie!"). Kurasiński na wstępie piętnuje rzekomą "modę" na stawianie nowych mediów w roli czegoś lepszego, na pozycji swoistego ratownika upadającego świata mediów. Moim zdaniem, zdecydowana większość fanów nowych mediów, do których sam się zaliczam, tak nie myśli. Aczkolwiek Kurasiński stawia dosyć mocne argumenty pisząc, że gdyby z serwisów video odsiać nagle materiały wyprodukowane przez profesjonalne studia filmowe, ostałyby się tam jedynie prymitywne sceny striptizu przed kamerką internetową. Dalej stwierdza, że w sieci nie ma szans na narodziny nowego Ryszarda Kapuścińskiego oraz zainicjowanie większej, społecznej akcji. Za przykład podaje "Rodzić po ludzku" prowadzoną przez Gazetę Wyborczą, co jest o tyle ciekawe, że ja dowiedziałem się o niej właśnie z sieci. Generalnie obaj Panowie twierdzą, że internet zdolny jest jedynie "miksować" treści tworzone przez tradycyjne media.

Moim zdaniem cała sytuacja nie jest aż tak jednoznaczna. Na pewno nie można patrzeć na konflikt starych i nowych mediów w barwach jedynie czarno-białych. Prawda leży jak zwykle pośrodku. Jasne, internet jest medium szybszym, bardziej powierzchownym. Ma tendencje do skracania, wyżymania tekstów z ich głębszych znaczeń i podawania jedynie suchych faktów. Taka jest jego rola. Nie można jednak wyciągać tak daleko idących wniosków, jak czyni to Artur Kurasiński. Według niego sieć rodzi bezrefleksyjne pokolenie półidiotów, z coraz mniejszym zasobem słownictwa. Owe "pokolenie Y", jak je nazywa (urodzeni między 1982 a 2001 rokiem - spory rozrzut, ale sam się zaliczam), ma umieć obsłużyć czat, ale nie radzi sobie już z załatwieniem najprostszych spraw w okienku ZUS. Kurasiński rzecz jasna koloryzuje, ale taka krytyka od góry do dołu całego zjawiska pod nazwą "nowe media" jest dosyć bezzasadna.

Przede wszystkim, nie na darmo ukuto termin "konwergencja mediów". Tradycyjne media równie często czerpią tematy z sieci, jak sieć z mediów tradycyjnych. Wszelkie agregatory treści zbierające materiały z blogów i mniej popularnych serwisów są przecież na bieżąco penetrowane nie tylko przez gazety. Znany blog „Korupcja w polskim futbolu” Dominika Panka stanowi jedno z pierwszych źródeł na temat piłkarskiej mafii dla wielu mediów. Nie można też sprowadzać dyskusji w internecie do komentarzy na Onecie. To nie żadne "pokolenie Y" dochodzi do głosu i opanowuje sieć. Po prostu jeszcze 10 lat temu po lekcjach grano w ping-ponga w osiedlowym klubie, a teraz rozrywką jest sieć. Czy to znaczy, że nie ma w internecie wartościowych miejsc? Owszem, są, istnieje też wiele for internetowych, gdzie prowadzona jest naprawdę rzeczowa dyskusja np. o polityce. Czasami głębsza i dużo bardziej błyskotliwa niż pomiędzy "gadającymi głowami" w telewizorze.

Gazety i internet są dla ludzi. Myślący człowiek prędzej czy później powie "dość" papce w obu tych mediach i dotrze do wartościowych miejsc. To tak jak z muzyką - można skończyć na Feelu, bo ten zespół jest na tapecie. A można zagłębić się w alternatywne brzmienia i tutaj bardzo pomocna jest sieć. Smutne jest tylko to, że ostatnio prasa najczęściej wypełnia kolumny kolejnymi występami posła Palikota, za główne źródło informacji politycznych uznając zresztą bloga tegoż posła. A więc - znowu internet. Nie oszukujmy się - stare i nowe media dzisiaj już nie mogą się bez siebie obejść.
poniedziałek, 04 maja 2009
Od kilkunastu miesięcy kryzys prasy papierowej jest faktem. Kolejne tytuły upadają, trwają zwolnienia, a w najlepszym wypadku zamykane lub przenoszone do Internetu są dodatki tematyczne, albo całe redakcje. Mimo tego postępującego exodusu, pracownicy gazet nadal zerkają na sieć dosyć nieufnie. Z tyłu głowy tkwi cały czas obecne przekonanie, że to Internet winien jest temu całemu zamieszaniu. Jednym z podstawowych zarzutów, jakie tradycyjne, papierowe media kierują w stronę blogów i internetowych portali, jest ich wtórność i powierzchowność.

Zdaniem wieloletnich dziennikarzy prasowych, portale żerują na tworzonych przez nich treściach, zabierając jednocześnie kolejnych czytelników. A samym redaktorom rzecz jasna - pracę. Blogerzy nie są w stanie samorzutnie tworzyć unikalnych, głębokich, analitycznych tekstów. Nie mają dostępu do źródeł, latami budowanych kontaktów, a czasami po prostu pozbawieni są dobrego warsztatu.

Jest w tym rozumowaniu sporo prawdy. Po raz kolejny okazuje się jednak, że Internet jest wielkim, niezbadanym obszarem, pełnym zupełnie nowych idei i sposobów wdrażania ich w życie. Już jakiś czas temu pojawiły się za oceanem pierwsze koncepcje "uspołecznienia" mediów. Chodziło wówczas o zupełnie nowy model ich finansowania. Skoro wielkim koncernom, w dobie Internetu coraz mniej "kalkuluje się" wydawanie prasy, to powinna ona stać się "dobrem publicznym", które działa na zasadzie prawa do czytania gazet i pozyskiwania z nich informacji, jakie należy się każdemu obywatelowi. Ciężko sobie jednak wyobrazić tego typu medium, szczególnie w kraju, gdzie jak klocki domina padają kolejne redakcje. Kto miałby płacić składki? Lokalny samorząd? Ludzie?

A jednak coś się w tej materii zaczyna dziać. Oto argument o niezdolności internetowych mediów do stworzenie poważnej analizy, znanej do tej pory z prasy, próbuje wytrącić największy polityczny blog w USA, Huffington Post (ten sam, którego jeden z autorów był pierwszym blogerem dopuszczonym do zadania pytania prezydentowi Barackowi Obamie podczas konferencji prasowej). Agencja Associated Press podała, że Huffington Post pozyskał 1,75 miliona dolarów na rozwój dziennikarstwa śledczego. Pieniądze są darowizną zebraną od prywatnych darczyńców. Na pierwszy ogień HP weźmie zaś w tej materii sprawy związane z gospodarką. Co ciekawe, nowy "fundusz śledczy" nie jest częścią HP, ale zupełnie nowym podmiotem prawnym, nową organizacją. Z zebranych środków mają zostać pokryte przede wszystkim koszty dochodzenia, ale będą z nich finansowane także inne projekty.

To wydarzenie wyznacza zupełnie nową jakość i kierunek funkcjonowania nowych mediów. Rosnący w siłę Huffington Post nie przejął gazety z całym dobrodziejstwem jej śledczego, dziennikarskiego inwentarza, ale sam finansuje badania nad tymże z datków obywateli. I to w dobie kryzysu, który zabija gazety. Ciekawa jest też kwestia motywacji, jaka popycha ludzi w kierunku takiego wspierania nowego typu mediów. Jest w tym niewątpliwie coś ze wspólnego uzupełniania Wikipedii, ale tylko pośrednio. Obywatele wspierający własnymi pieniędzmi rozwój dziennikarstwa śledczego w nowych mediach mają po prostu świadomość, że działają pro publico bono. Działają dla dobra kraju, gospodarki - czego bardzo brakuje np. w Polsce. Ci ludzie widzą, że upadek niektórych gazet powoduje wielki ubytek w przestrzeni publicznej i starają się temu natychmiast przeciwdziałać. Oczywiście, jest to jakiś mały procent najbardziej świadomych obywateli. Ale być może z tego ruchu urodzi się w przyszłości jakaś szersza, powszechna forma wsparcia dla kolejnych gałęzi nowych mediów?

A jeśli zawodowi dziennikarze założą własne blogi? Ich znane "marki" mogą z kolei zarabiać na reklamach, a te wszystkie naczynia połączone stworzą jeden organizm - nowy ekosystem otwartych, internetowych mediów. Które wcale nie gorzej niż gazety potrafią patrzeć władzy na ręce. W sieci dochodzi przecież dodatkowy element społecznej kontroli już na wstępnym etapie opracowywania materiału, który może być stopniowo uzupełniany. Wsparcie od czytelników jest natychmiastowe i dzięki "zbiorowej mądrości" taki materiał ma szansę stać się jeszcze pełniejszym. Zresztą Huffington Post otwarcie przyznał, że pozostawia zawodowym dziennikarzom otwarte drzwi. Czas pokaże, czy udało mu się połączyć ogień z wodą w zupełnie nową, nowoczesną jakość.
środa, 22 kwietnia 2009
Stało się - świat oszalał na punkcie Twittera. No, może nie cały świat, ale miliony internautów na pewno. Liczby nie są jednak w tym wypadku najważniejsze. Twitter niepostrzeżenie stał się modny, jest promowany przez największe gwiazdy. O Twitterze rozpisuje się prasa, dyskutuje się w telewizji. Kiedy w Polsce trwa aktualnie kolejny bzdurny protest użytkowników na Naszej Klasie, niewątpliwie największym społecznościowym graczu na rodzimym, internetowym rynku, świat (USA) właśnie wprowadza ideę mikroblogowania do mainstreamu.

Oto w Stanach dopiero co dobiegł końca pewien bardzo emocjonujący wyścig. Śledziła go połowa internetowego światka, a wstęga linii mety oznaczała w tym wypadku jedno - Twitter stał się jednym z najważniejszych, najbardziej rozwojowych i najpopularniejszych produktów medialnych. W piątek rano okazało się bowiem, kto na Twitterze pierwszy przekroczył magiczną barierę miliona (miliona!) obserwujących go użytkowników. Twitterowemu profilowi stacji CNN rękawice rzucił gwiazdor Hollywood Ashton Kutcher. I wygrał. Sam pojedynek relacjonowała na bieżąco stacja CNN, robiąc wokół Twittera niesamowitą wrzawę. Nie pomogło im to jednak w odrobieniu do Kutcher'a na finiszu straty 1,2 tysięcy użytkowników. Zwycięzca postanowił przekazać 100 tysięcy dolarów dla jednej z organizacji charytatywnych. Milionowy "obserwator" gwiazdora pojawi się zaś w trzeciej części popularnej gry komputerowej The Sims. Jak widać, Twitter coraz odważniej przenika do innych mediów i popkultury.

Zresztą CNN i Ashton Kutcher to nie jedyne gwiazdy na Twitterze. Serwis ciągną w górę także takie persony show-biznesu (i nie tylko) jak Britney Spears, legendarny koszykarz Shaquille O'Neal, niedoszły prezydent Al Gore, obecny prezydent Barack Obama, czy wreszcie gospodyni najpopularniejszego talk-show w USA, Oprah Winfrey. Ta ostatnia znana jest z tego, że każde jej słowo jest niemal święte, a jednym wypowiedzianym zdaniem potrafi wypromować, lub zrównać z ziemią dowolną rzecz, osobę lub ideę. Zresztą do jednego z odcinków swojego programu, wyraźnie zafascynowana Twitterem, zaprosiła jednego z współzałożycieli serwisu, Evan'a Williams'a. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla realnego przecież produktu, za którym stoją jak najbardziej realne pieniądze?

A Twitter nie zasypia gruszek w popiele. Jego wzrost i perspektywy są wprost imponujące. W stosunku do początku roku liczba użytkowników wzrosła aż o 130 procent i jest ich aktualnie - w samych tylko Stanach - 9,3 miliona. Serwis ma już w planach wprowadzenie biznesowych, płatnych kont (tzw. konta "PRO") i chętnych na nie zapewne nie zabraknie. Reklamą na Twitterze zainteresowane są tuzy branży IT - Google i Microsoft. W grę wchodzą miliony dolarów.

Zresztą Twitter już dawno przestał być tylko komunikatorem i mikroblogiem. Coraz częściej słychać głosy o wyszukiwaniu informacji w czasie rzeczywistym, które umożliwia. Liczba użytkowników powoduje, że na każde niemal zapytanie możemy uzyskać informację zwrotną. Potęga społeczności internetowej jest w przypadku Twittera niemal nie do zmierzenia. Nic więc dziwnego, że Google węszy także i w tych rejonach. Dodając do tego funkcje czysto użyteczne m.in. dla mediów (np. sławne już twitterowanie podczas ataku huraganu, które w wersji mini doczekało się w Polsce relacji na Blipie, kiedy nad naszym krajem przetoczył się Orkan Emma). To wszystko powoduje, że Twitter staje się kolejną "wielką rzeczą" nie tylko dla światka sieciowego.

Czy podobna rewolucja ma szanse dotrzeć do Polski? Na razie Twitter nas nie oczarował, ale coraz większą popularność zdobywa jego krajowy odpowiednik, czyli wspomniany Blip. Co prawda ani Kuba Wojewódzki, ani Donald Tusk jeszcze nie blipują, ale w sobotę wystartowała tam za to relacja z wyprawy na Spitsbergen niewidomego alpinisty Pawła Urbańskiego. Pomysł przedni. Tylko czekać, jak media nad Wisłą podchwycą mikroblogi. W końcu wszystko, co wymyślą za wielką wodą, prędzej czy później, w tej, czy innej formie, dociera i do nas.
piątek, 03 kwietnia 2009
Według najnowszego raportu ONZ, już ponad połowa populacji ludzkiej korzysta z telefonu komórkowego. Dla nas, mieszkańców średniozamożnego państwa w Europie Środkowej, komórka to żadna nowość. Posiadamy coraz nowsze modele wyposażone w kolejne funkcje. MP3, aparat cyfrowy, mapy, lokalizacja, mobilny Internet, gry...

Na dobrą sprawę telefon stał się naszym najbliższym przyjacielem z którym nie rozstajemy się ani na chwilę. Umila nam czas w poczekalni u lekarza, albo w kolejce na poczcie. Pozwala szybko sprawdzić o której godzinie odjeżdża najbliższy autobus na który właśnie czekamy na przystanku, a kiedy już jedziemy do pracy, czy na uczelnię, możemy posłuchać radia oraz odpalić zaległego ebook'a.

Krótko mówiąc - poza oczywistą czynnością jaką jest rozmowa z bliskimi, komórka potrafi znakomicie wypełnić czas rozrywką. Z czego bardzo chętnie korzystamy. To my. A jak jest gdzie indziej?

Guardian opublikował bardzo ciekawy artykuł o tym, jak telefony komórkowe zmieniają Afrykę. W tekście opisano historię 33-letniego handlarza z Demokratycznej Republiki Konga. Deograsias Mukeba mieszka w Goma. Przez wiele lat żył w domu bez adresu, a usługi pocztowe i linie telekomunikacyjne w mieście już dawno przestały działać. Kiedy w 1995 roku zmarła jego mieszkająca z dala od Goma matka, po trzech tygodniach od pogrzebu cudem dostał list z parafii w której została pochowana. Przesyłka zaadresowana była po prostu "Deograsias Mukeba, Goma". Jak sam mówi, Goma i Kinszasa były w tych warunkach dwiema, odległymi od siebie planetami.

Dzisiaj adresem Mukeba jest numer jego telefonu komórkowego. Kiedy zaopatrzył się jak wielu obywateli DRK w jeden ze starszych, wysłużonych modeli Nokii, jego życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Gdy telefony pojawiły się w Kongo, Mukeba był bezrobotnym. Mimo wszystko udało mu się wysupłać 25 dolarów na tę nowinkę technologiczną. Okazało się, że było warto. Brat Mukeba mieszkający w Kinszasie, codziennie dzwoni zgłaszając zapotrzebowanie na towary dostępne Rwandzie i Ugandzie, skąd następnie Mukeba je sprowadza. Zwykły telefon pozwolił zdobyć nowe kontrakty i najzwyczajniej w świecie zacząć zarabiać pieniądze. Komórki zmieniły Kongo nie do poznania. Handlarze wysyłają towar na nowe rynki zbytu, szybko sprawdzają aktualne ceny, organizują dostawy. Poza tym telefon ma prawie każdy, mimo, że elektryczność jest nadal towarem deficytowym. Owszem, są to słabe i pozbawione większości nowoczesnych funkcji znanych w całym cywilizowanym świecie modele. Ale za to wszyscy mogą sobie na nie pozwolić.

To niesamowite, jak upowszechnienie prostego przyrządu do komunikacji wpłynęło na rozwój zniszczonego wojnami kraju. Wyzwoliło wrodzoną przedsiębiorczość, obecną przecież w każdym, nawet najbardziej udręczonym społeczeństwie. Teraz każdy, kto dostał wędkę, przy odrobinie samozaparcia może zacząć łowić ryby. Poza czysto merkantylnymi efektami, ta swoista "komórkowa rewolucja" pozwoliła odbudować zerwane więzi społeczne. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać i już nikt, jakkolwiek śmierć bliskiej osoby jest wydarzeniem tragicznym, nie dowie się o niej trzy tygodnie po pogrzebie. Komórki pozwoliły zacząć budować zdrowe relacje międzyludzkie i coraz sprawniej funkcjonujące społeczeństwo. To także dowód na drzemiący w Afryce potencjał. A jeżeli Afrykę objęłyby szeroko zakrojone programy pomocowe wprowadzające pod strzechy Internet? Co prawda droga do tego daleka, bo od infostrady ważniejsze są tam zwykłe drogi, ale można sobie wyobrazić skalę przyszłego skoku cywilizacyjnego w tym regionie świata. A dla nas historia Mukeba jest przykładem, że rozwój mobilnej komunikacji to przyszłość i szansa na lepsze, prostsze i sprawniejsze życie na co dzień.
poniedziałek, 23 marca 2009
Ostatnie wyniki badań wskazują, że coraz więcej Polaków ma dostęp i aktywnie korzysta z Internetu. Do europejskiej czołówki trochę jeszcze nam brakuje, aczkolwiek gonimy liderów i nie boimy się załatwiać codziennych spraw za pomocą sieci. Mamy internetowe konta bankowe, robimy zakupy w sieci, podtrzymujemy relacje za pomocą serwisów społecznościowych. To dobrze, bo poza wszystkimi użytecznymi funkcjami Internetu, jest jeszcze jedna. Sieć pozwala budować coraz sprawniejsze, świadome i aktywne społeczeństwo obywatelskie.

Ważnym momentem, w którym możemy ocenić poziom jego rozwoju jest zaś w demokracji akt głosowania. Z tym od początku transformacji ustrojowej mamy problemy, bo frekwencja w wyborach jest z reguły skandalicznie niska (poza ostatnimi, które stanowiły raczej swoisty plebiscyt). Stowarzyszenie Polska Młodych, we współpracy z Politechniką Wrocławską i Grupą Adweb odpowiedzialną za promocję i stworzenie serwisu internetowego, kończy właśnie prace nad pierwszym, polskim systemem do e-głosowania. Już na początku kwietnia podczas specjalnej konferencji prasowej ma zostać zaprezentowana jego wersja testowa. Dlaczego powinniśmy kibicować temu projektowi?

Przede wszystkim docenić należy fakt, że za kwestię e-głosowania "wzięli się" młodzi Polacy. Tak często posądzani o brak zaangażowania w sprawy publiczne, goniący rzekomo za szybkimi pieniędzmi i trzymający się "jak najdalej od polityki". To bardzo budujące. Warto nadmienić, że e-głosowanie to nie pierwszy projekt organizowany przez Polskę Młodych. Stowarzyszenie to jest odpowiedzialne również za inicjatywę Damy Radę polegającą na udzielaniu przez studentów prawa darmowych porad prawnych osobom ubogim, a także akcję Sukces-ja, której przedmiotem była pomoc młodym ludziom w realizacji ich własnych projektów oraz wyłanianie liderów społecznych już na etapie szkół średnich. W celu realizacji projektu e-głosowania, Polska Młodych nawiązała współpracę z kryptologami i informatykami z Politechniki Wrocławskiej, gdzie pod kierownictwem profesora Mirosława Kutyłowskiego powstał prototyp systemu. - Chcemy głosować przez Internet. Bezpiecznie, nowocześnie i szybko, w oparciu o przejrzyste zasady. Alternatywne metody uczestnictwa w wyborach są potrzebne, by zwiększyć frekwencję wyborczą. Nie wyobrażam sobie demokracji w XXI wieku bez Internetu – mówi Rafał Flis, koordynator projektu.

Polska Młodych inicjując projekt wyszła z założenia, że nowoczesne społeczeństwo obywatelskie musi w jak największym stopniu partycypować w życiu publicznym. E-głosowanie ma zatem umożliwić łatwiejsze i szybsze oddanie głosu w wyborach, ale także - co jeszcze ważniejsze - poprawić wizerunek państwa w oczach obywateli i skupić ich energię wokół tego projektu. Warto dodać, że elektroniczne wybory nie mają zastąpić tradycyjnego aktu wrzucenia kartki do urny, ale jedynie go uzupełnić. Pomogą także w likwidacji barier na jakie napotykają osoby niepełnosprawne, emigranci, czy studenci uczący się poza miejscem zamieszkania. Twórcy systemu podkreślają, że e-głosowanie to nie to samo co e-voting, na który składają się m.in. elektroniczne maszyny do głosowania w lokalach wyborczych. System stworzony przez Polskę Młodych skupia się na możliwości głosowania z domu za pomocą własnego komputera.

Poparcie dla inicjatywy wyraził profesor Piotr Sztompka. Ciepło przyjął ją również Ferdynand Rymarz, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. Wszyscy zainteresowani będą zaś mogli przetestować system już na początku kwietnia. Prawie 1/3 Polaków chętnie oddałaby głos w wyborach za pośrednictwem Internetu, gdyby miała taką możliwość. Pozostaje pytanie - kiedy będzie możliwe e-głosowanie w Polsce?

Niestety, obecna generacja polityków nie może dogadać się nawet w tak prostych, zdawałoby się, sprawach, jak wprowadzenie głosowania poprzez pośrednika, a nawet wydłużenia wyborów do Parlamentu Europejskiego z jednego do dwóch dni. Ostatnio mogliśmy zresztą obserwować debatę na ten temat. Argumentem "przeciw" pośrednikowi (którego obecność ułatwiłaby głosowanie niepełnosprawnym) okazał się zdaniem Prezydenta zapis w Konstytucji mówiący o "bezpośredniości" i "tajności" głosowania... A gdzie zaufanie? Wszyscy zresztą pamiętamy słowa Jarosława Kaczyńskiego o internautach. Niestety, świadomość klasy politycznej w tej kwestii jest raczej mierna. Politycy obawiają się także o bezpieczeństwo całej procedury. Nawet przykład Estonii, co i rusz odpierającej cyberataki rosyjskich aktywistów, a jednak z powodzeniem wdrażającej system e-głosowania (od 2011 roku również za pomocą telefonu komórkowego!) wydaje się im odległy o lata świetlne. Ciężko zatem posądzać dzisiaj polityków o rzeczywistą chęć ułatwienia procesu wyborczego oraz zwykłe wsparcie dla modernizacji społeczeństwa. Cała para idzie obecnie w gwizdek, czyli jałowe spory rządzących z dziennikarzami, którzy ośmielili się wytknąć tym pierwszym przypadki nepotyzmu i konfliktu interesów. O frekwencji na co dzień się nie myśli, zresztą - czy politykom "milcząca większość" nie jest na rękę? No właśnie... Dlatego cała nadzieja w młodych. W Polsce Młodych.
czwartek, 19 marca 2009
Serwis do.org.pl uruchomiony został wczoraj przez kilku byłych użytkowników portalu Wiadomości24.pl, którzy mieli inną wizję dziennikarstwa obywatelskiego, niż osoby kierujące serwisem należącym do medialnego potentata Polskapresse.

Większość z nich była wcześniej mocno zaangażowana w rozwijanie idei dziennikarstwa obywatelskiego właśnie w tym portalu. Ich odejście nastąpiło w momencie zmiany polityki serwisu, polegającej na uwiarygodnianiu autora poprzez konieczność zamieszczenia jego zdjęcia. Wówczas jeden z użytkowników podmienił zdjęcie na awatar, co doprowadziło do niemożności publikowania przez niego tekstów. Wymóg ten został w końcu zniesiony na prośbę użytkowników, aczkolwiek osoby które publikują pod pseudonimem lub bez zdjęcia, mogą obecnie liczyć jedynie na publikację w dziale Moje Trzy Grosze oraz nie otrzymują żadnych przywilejów i nagród.

Redaktor naczelny Wiadomości24.pl Paweł Nowacki stoi na stanowisku, że wiarygodność w dziennikarstwie obywatelskim jest najważniejsza dla kogoś, kto chce publikować w sieci. - Cieszę się, iż te osoby nadal chcą informować innych, w jakiś sposób będę im kibicował, naprawdę wiele pracy przed nimi - dodaje.

Sami twórcy nowego serwisu podkreślają, że prowadzą działalność na zasadach non profit i nazywają go miejscem przyjaznym dla wszystkich, którym bliskie są idee wolnego dziennikarstwa obywatelskiego. W serwisie do.org.pl użytkownik sam może decydować o kwestii licencji Creative Commons, czyli w pełni dysponuje własnymi prawami autorskimi, mogąc także pozwolić innym na wykorzystanie tekstu w sposób komercyjny (co np. nie było możliwe w serwisie Wiadomości24.pl)

Jak piszą na swojej stronie twórcy serwisu, z biegiem lat coraz więcej wielkich korporacji medialnych zaczęło wykorzystywać idee dziennikarstwa obywatelskiego do swoich celów, starając się sprawiać wrażenie, że są im one bliskie. W efekcie stawali się posiadaczami darmowych treści od użytkowników, którzy przyczyn powstania dziennikarstwa obywatelskiego dopatrywali się przede wszystkim w stworzeniu opozycyjnego wobec wielkich koncernów medium. - My pamiętamy o tych przyczynach i dlatego stworzyliśmy niezależną od jakiegokolwiek koncernu medialnego platformę, która ma służyć publikowaniu materiałów przez dziennikarzy obywatelskich i informowaniu społeczeństwa o wydarzeniach pomijanych, marginalizowanych lub wypaczanych przez korporacyjne molochy medialne. Platformę, która ma służyć lepszemu przepływowi informacji i stanowić krok ku demokratyzacji mediów publicznych - dodają autorzy.

Do twórców serwisu napisał również Lawrence Lessig, autor "Wolnej Kultury" i założyciel organizacji Creative Commons. - Z wielką przyjemnością kibicuję temu doniosłemu eksperymentowi dziennikarskiemu, czując się jednocześnie zaszczycony faktem wykorzystywania przez was licencji Creative Commons - napisał. - W dzisiejszych czasach, w związku z ogromną presją, jakiej poddawane są media przez swych korporacyjnych właścicieli – próbujących zmusić swych pracowników do tego, aby stawali się w coraz mniejszym stopniu dziennikarzami – niezmiernie ważną sprawą jest przeciwstawienie im silnej i niezależnej alternatywy. Inicjatywy, które obiecują taką niezależność, zapewniając równocześnie swobodny i wolny dostęp do publikowanych informacji, a jednocześnie nakłaniają ludzi do dzielenia się tymi informacjami, są ważnym elementem współczesnej walki o wolność słowa - stwierdził Lessig.

Czy eksperyment okaże się udany? - Zapraszamy wszystkich Dziennikarzy Obywatelskich do współpracy - mówią założyciele. Konkurencja na rynku mediów - również tych obywatelskich - jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Trzymajmy kciuki!
wtorek, 17 marca 2009
W jaki sposób, kiedy i czy w ogóle Polska ma szansę na wykorzystanie swojej wielkiej szansy na wykonanie znacznego, cywilizacyjnego skoku? Jakie powinny być priorytety w rozwoju Polski? Jakimi środkami ten rozwój realizować? I wreszcie - jakie przeszkody staną na drodze tego procesu? Na te wszystkie pytania, odpowiedzi starali się szukać politycy, naukowcy i dziennikarze zaangażowani w Narodowy Program Foresight "Polska 2020".

Czym jest Foresight "Polska 2020"? W telegraficznym skrócie, jest to platforma dyskusyjna, zrzeszająca rządzących, naukowców, biznesmenów oraz opinię publiczną wokół problemów priorytetów badawczych, technologicznych, a także kluczowych problemów społecznych w Polsce. Owe grono, za główny cel postawiło sobie rozpoznanie i zdefiniowanie możliwych dróg rozwoju naszego kraju. Ważnym elementem tego procesu jest użycie racjonalnego sposobu przewidywania możliwych dróg metodą foresight. Jest ona stosowana z powodzeniem w większości państw Unii Europejskiej i polega na połączeniu twardych faktów statystycznych z twórczym przewidywaniem przyszłych zagrożeń, kierunków rozwoju. W Polsce, powołany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego program foresight działa od grudnia 2006 roku i skupia się wokół tematów: Zrównoważonego Rozwoju Polski, Technologii Informacyjnych i Telekomunikacyjnych oraz Bezpieczeństwa.

Niedawno uczestnicy programu opracowali pierwszą broszurę z wynikami swoich prac p.t. "Scenariusze rozwoju Polski w perspektywie roku 2020". Czy udało się stworzyć spójny dokument odpowiadający na podstawowe pytania o przyszłość Polski? Przede wszystkim, już na wstępie stwierdzono, że kryzys wcale nie musi oznaczać zapaści. Może być szansą. Muszą jednak zostać spełnione pewne warunki. Pierwszy - zależny nie tyle od nas, co naszych sąsiadów w UE, to przezwyciężenie kryzysu i powrót do dalszych procesów integracyjnych oraz umacniania instytucji gwarantujących wspólne, pokojowe współzawodnictwo państw Europy. Naszymi zadaniami z kolei będzie przeprowadzenie niezbędnych reform uwalniających energię i kreatywność Polaków, akceptacja i aktywny udział społeczeństwa w tych przemianach oraz budowa gospodarki opartej na wiedzy. Scenariusze są różne.

Skok może być szybki, reformy mogą iść jak po grudzie, ale przy jednoczesnym splocie niekorzystnych czynników równie dobrze możemy na dobre utkwić w ciemnej uliczce z napisem "Zapaść". Stanie się tak, jeżeli mobilizacja elit będzie krótkotrwała. Rozwój buduje się latami, a pierwsze sukcesy poprzedza zazwyczaj ciężki okres przejściowy. Obecna generacja polityków, która jeszcze przez dobrą dekadę będzie zapewne okupować scenę polityczną w Polsce, charakteryzuje się jednak zdecydowanie krótkowzroczną polityką obliczoną na poklask i efekt wyborczy. Często również samo społeczeństwo nie wykazuje specjalnych oznak akceptacji dla wdrażania innowacji - czego efektem są często oglądane w telewizji protesty z powodu planów budowy elektrowni atomowych, wiatrowych, czy masztów zapewniających dostęp do szybkiego, szerokopasmowego internetu. Kluczowym czynnikiem jest tutaj także sprawnie działające społeczeństwo obywatelskie, którego w Polsce nadal nie ma. Znacznie częściej od zaangażowanej postawy spotykamy się przecież ze znanym podejściem "co jak co, ale polityką to ja się nie interesuję!". A szkoda...

Ale nie musi być tak źle.

Przede wszystkim społeczeństwo musi zrozumieć, że żyjemy w epoce informacji. Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. Żeby nie "wypaść z gry" po prostu musimy wiedzieć jak pozyskiwać, gromadzić i wykorzystywać informacje. Musimy umieć korzystać z nowych mediów. Na razie, z powodu kryzysu głównie oszczędzamy. Czy owe klasyczne podejście rzeczywiście wyjdzie nam na dobre? My na razie możemy się tylko przyglądać oraz przeczytać raport Foresight'u i być przygotowani na przejęcie pałeczki w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat dzisiaj pędzi naprzód. Bo jeśli nie my - to kto?
Eryk Mistewicz, konsultant polityczny i ekspert od kreacji wizerunku opublikował w „Dzienniku” ciekawy artykuł. Dowodzi w nim, że w sieci rodzi się bunt młodego pokolenia wielkomiejskich profesjonalistów. Nazywa je "pokoleniem GoldenLine" (od nazwy znanego, biznesowego portalu społecznościowego na którym owi profesjonaliści się zrzeszają). Twierdzi też, że w obliczu narastającego kryzysu, grupa ta będzie w stanie realnie wpływać na świat polityki, a może nawet stanie się zdolna do stworzenia nowej alternatywy wobec dwóch największych, dominujących na scenie politycznej bloków PO i PiS.

Przyznam szczerze, że tekst czyta się bardzo przyjemnie. Sporo w nim iście rewolucyjnego zapału - zarówno u autora, jak i u kreślonego jego piórem pokolenia, które rzekomo lada chwila uderzy pięścią w stół i zatrzęsie fundamentami budynku przy ul. Wiejskiej. Niestety, z większością postawionych w tym artykule tez nie mogę się zgodzić. Wiem, że moja opinia nie interesuje zapewne za bardzo Eryka Mistewicza, zaś jego doświadczenie i wiedza w temacie "kreowania narracji" i "opowieści politycznej" są z pewnością większe niż moje. Obserwuję jednak światek Internetu i muszę przyznać, że nie widzę specjalnych oznak wzbierających nastrojów rewolucyjnych. Całe szczęście, że Eryk Mistewicz podaje przykłady Islandii, Francji i USA, gdyż przynajmniej z góry wiadomo, na kim ewentualnie taki obywatelski, oddolny ruch miałby się w przyszłości (zapewne jeszcze cały czas dalszej, niż bliższej) wzorować. Szczególnie przykład Islandii jest tutaj ciekawy, bo ilość obywateli zamieszkałych na tej wyspie jest mniej więcej równa ilości użytkowników portalu GoldenLine. Nietrudno więc sobie wyobrazić, ilu tak naprawdę aktywistów sieciowych potrzebowali Islandczycy, aby zacząć organizować w Internecie buzz na temat swojego ruchu. To tak, jak z tą świetnie się rozwijającą, modernizującą i informatyzującą Estonią - nie ta skala. Francja i USA zaś, to już zupełnie dwie, odległe w tej kwestii galaktyki.

O kim tak naprawdę pisze Eryk Mistewicz? I czy rzeczywiście, jako ekspert prawidłowo "przejrzał" pokolenie, które zanalizował? Samo nadawanie etykiet pokoleniom jest ostatnio bardzo modne. Z reguły okazują się one być pustymi hasłami-wydmuszkami. Pewien zespół hip-hopowy z Opola, Dinal, kilka lat temu słusznie spostrzegł, rymując, że "kiedy odszedł papież, ogłoszono generację, a to pokolenie ogłosiło emigrację i zamiast tu zmieniać los, chcą już zwiewać stąd". Teraz ten argument Eryk Mistewicz łatwo strąca światowym kryzysem, który odstrasza przed emigrowaniem, ale pytanie o zasadność pokładanych w kolejnych pokoleniach (JPII, '89, GoldenLine...) nadziei pozostaje.

Problem w tym, że samo rzekome "pokolenie GoldenLine" nie pali się - i słusznie - do budowy barykad i wyjścia na ulice. Daje temu zresztą wyraz... w portalu GoldenLine właśnie. Analizę Eryka Mistewicza przyjęto raczej z przymrużeniem oka. Sieć, jest fajnym miejscem do dyskutowania, wyzłośliwiania, czy nabijania się z polityków. A portal GoldenLine kolejnym miejscem owych dyskusji. Eryk Mistewicz sprawia wrażenie, jakby dopiero co zauważył istnienie forów internetowych, grup dyskusyjnych, portali społecznościowych i innych miejsc w sieci, gdzie internauci komunikują się ze sobą. Dorabianie do tego rewolucyjnej ideologii jest grubą przesadą. Tymczasem "Dziennik" stara się swoim czytelnikom wmówić (wykorzystując nośny temat kryzysu), że kilku aktywistów, którzy sprzeciwiają się polityce banków internetowych organizuje właśnie największy bunt młodych od 1968 roku. Ciężko brać tego typu analizy na poważnie, a podparcie ich zdaniem socjologów z wyższych przecież uczelni, jest co najmniej zastanawiające.

Internet to świetnie miejsce do organizowania akcji obywatelskich, pisania listów poparcia, czy przeciwnie - protestowania przeciwko pewnym zjawiskom, osobom, wydarzeniom. Ale wielkiej polityki nie da się budować zza ekranów monitorów. Nawet obecność sieciowego lobby jest dyskusyjna. GoldenLine to tylko nisza, a świat sieciowego mainstreamu wygląda zupełnie inaczej. Internauci w Polsce bardziej przypominają raczej okopanych w twierdzy żołnierzy poszczególnych, już istniejących obozów politycznych. Stworzenie sprawnego ruchu wymagałoby sporych nakładów finansowych na dotarcie do szerszych mas. Wydaje się zaś, że środowisko "białych kołnierzyków" zostało chwilowo zagospodarowane przez Platformę Obywatelską, czemu dali wyraz w ostatnich wyborach. I tutaj Eryk Mistewicz ma rację. "Pokolenie GoldenLine" tylko na chwilę pokazało swoją realną siłę - odsuwając od władzy PiS. Gdyby rzeczywiście bunt młodych, zdegustowanych polityką ostatnich 20 lat wzbierał na serio, historia pod tytułem "Andrzej Lepper wicepremierem" nie skończyłaby się na śmiesznych filmach w sieci i ogólną "olewką" tematu oraz czekaniem na normalniejsze czasy. Jeszcze sporo wody upłynie w Wiśle, zanim Internet stanie się miejscem narodzin prawdziwego, nowego projektu, czy nawet jednolitego środowiska.

Jedno jest pewne - Eryk Mistewicz pokazał, że naprawdę jest mistrzem w kreacji "opowieści", która rozpoczyna medialny efekt domina. A z "pokolenia GoldenLine" najbardziej cieszą się zaś pewnie twórcy portalu. Dostać takie wsparcie w dobie, zdawałoby się - "pokolenia Naszej Klasy" - bezcenne.
„Internet jest wszędzie” - orzekli niedawno eksperci z MSWiA. Wygląda na to, że program rozwoju szerokopasmowego Internetu w Polsce właśnie wziął w łeb. Cuda na łączach jednak się nie zdarzają. Pytanie, czy raport ministerstwa to gwóźdź do trumny na drodze Polski w stronę "e-republiki"?

Według wszelkich, publikowanych za granicą raportów na temat rozwoju szerokopasmowej sieci, wypadamy w tej kwestii bardzo blado. Ściślej - Polska ciągnie się raczej w ogonie klasyfikacji. Komisja Europejska opublikowała właśnie kolejne tego typu zestawienie. Okazuje się, że tylko 8,4 procent Polaków ma dostęp do szerokopasmowego Internetu. Co prawda tym razem w rolę "czerwonej latarni" wcieliła się Bułgaria, ale to raczej marne pocieszenie. Polska znalazła się zaledwie oczko wyżej, co jest dosyć smutnym i frustrującym wynikiem. Szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę 20 procentową średnią unijną.

Diagnoza, jaką postawiła na polską chorobę internetową Komisja Europejska jest bardzo prosta: zbyt mała konkurencja na rynku. Rzeczywiście trzeba przyznać, że mimo wszelkich sukcesów, jakie odnieśliśmy na drodze transformacji ustrojowej, sfera szeroko rozumianej komunikacji to piąte koło u wozu naszej gospodarki. O radosnych doświadczeniach z PKP można by pisać wiele, ale o błyskawicznych czasach na niektórych połączeniach krajowych lepiej zbyt głośno w Europie nie mówić. Podobnie ma się sprawa z Pocztą Polską, która beztrosko potrafi turlać przesyłkę z Radomia do Szczecina w ciągu dwóch tygodni, kiedy ta sama paczka, ale wysłana z Kanady, leży na biurku odbiorcy po pięciu dniach (doświadczenie autora). Drogi to temat rzeka. No i ten Internet... "Tepsa" cały czas jest twardo trzymającym się monopolistą, na co raport Komisji Europejskiej również zwraca uwagę.

Dlatego musi budzić zdziwienie swoisty kontrraport MSWiA w którym stwierdza się, że właściwie Internet jest w Polsce wszędzie. Nic, tylko się cieszyć. To, co w Danii, czy Finlandii (prawdziwych e-mocarstwach) zostało okupione latami ciężkiej pracy przy wdrażaniu wielkich, narodowych programów subwencjonowania rozwoju szerokopasmowej sieci (dzisiaj korzysta z niej tam już ponad 30 procent społeczeństwa), u nas udało się osiągnąć - jak wszystko - ot tak, mimochodem. Bez wielkich nakładów, kosztów, setek konsultacji ze środowiskiem naukowym. Internet jest wszędzie, więc dajmy już spokój i zajmijmy się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli kolejnymi partyjnymi podchodami. Jakież to proste.

To, że przez kilka mapek o wątpliwej wartości merytorycznej tracimy miliardy euro na rozwój sieci w Polsce, to jeszcze nic. Najgorsze, że poprzez utrwalanie schematycznego myślenia i działania według zasady "spokojnie, wszystko będzie dobrze" tracimy również swoją wielką szansę modernizacyjną. Obecna generacja polityków, kolokwialnie mówiąc - nie za bardzo "czai bazę" jeżeli chodzi o sferę sieci. Ktoś tam niby prowadzi te blogi, ale efekty rzeczywistych działań nie są raczej obliczone dalej, niż na 4 lata do przodu.

A przecież szybka sieć to dzisiaj cywilizacyjny wymóg. Skandynawowie zrozumieli to najszybciej w Europie i z rozwoju nauki oraz nowych technologii, a przede wszystkim szerokopasmowego Internetu, czerpią pełnymi garściami. Internet to również szybsza i skuteczniejsza możliwość budowy społeczeństwa obywatelskiego, oddolnych ruchów oraz najlepszy sposób na transparentność wszelkich procesów związanych ze sprawowaniem władzy. W Estonii już dzisiaj e-voting (głosowanie przez Internet) jest normą. Podobny, polski projekt, przygotowany przez stowarzyszenie Polska Młodych we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej już w kwietniu będzie dostępny w Internecie w celach testowych. Czy zainteresuje klasę polityczną?

"Internet jest wszędzie". Tory kolejowe też pokrywają całe terytorium Polski, a poczta jest w każdym miasteczku. Problem w tym, że jeżeli coś jest wszędzie, to nie znaczy, że na pewno działa dobrze. I nie będzie działać, dopóki stać będziemy w rozkroku między przaśnym wspomnieniem socjalizmu, a wyzwaniami nowych czasów. Niedługo może się zaś okazać, że "nie będzie niczego" - bo pociąg z napisem "droga do e-republiki" ucieknie na dobre.
Pomimo całej mody na wieszczenie upadku prasy - po części uzasadnionej spadającymi wynikami sprzedaży - polski rynek opinii jest jednak niezwykle konserwatywny. Ilekroć mowa jest o zmieniającym się świecie mediów, na pierwszym miejscu przywoływane są zazwyczaj opinie, raporty i konkluzje powstałe za wielką wodą. Jako żyjący nad Wisłą Europejczycy lubimy równać do największych. Ale czasami nawet bliższe, francuskie przykłady "problemów z prasą" nijak nie przystają do naszej rzeczywistości.

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w naszym mniemaniu opinią i na jaki temat jest ona formułowana? Sieć jest świetnym miejscem do zajmowania się branżą IT, medialnymi nowinkami, rozrywką elektroniczną, telekomunikacją i wszystkim co związane ze światem szeroko pojętych nowych technologii. To fachowców z tej branż w sieci jest najwięcej. I są zdecydowanie najbardziej opiniotwórczymi jednostkami. Sieć jest ich środowiskiem naturalnym. To w internecie dostęp do technologicznych newsów jest najszybszy. Tutaj toczą się dyskusje, wymiany poglądów, najszybciej publikowane są wyniki rozmaitych testów. Sieć - w przeciwieństwie do papieru - jest niejako z gumy. Świat technologii wymaga sążnistych opisów, wyjaśniania przykładów - także za pomocą dźwięku i obrazu. Tutaj liczą się przede wszystkim maksymalnie wyjaśnione, rozdzielone na najdrobniejsze czynniki pierwsze treści. Z pewnością przykładowe porównanie przeglądarek internetowych ma szansę zostać przeprowadzone znacznie dokładniej właśnie w sieci, niż w ograniczonym ilością stron magazynie. Często też "lekkie pióro" autora interesuje odbiorców zgoła mniej, niż czysta informacja. Taka jest specyfika tego światka. Sieć lubi pisać o sobie - i u siebie. Wydaje się wręcz do tego stworzona. Dlatego też magazyny komputerowe znikają z rynku lub zwalniają pracowników jako pierwsze. Zostawiając „na lodzie” takich fachowców jak Paweł Wimmer, który świetnie radzi sobie jednak w roli blogera. Sam, zaglądając do swojego czytnika RSS zauważyłem ostatnio, że dział "Sieć i technologie" jest tam zdecydowanie najbardziej rozbudowany. Ta dziedzina została więc niemal w całości "odbita" prasie.

No właśnie. Co w takim razie z opiniotwórczą rolą piszących w sieci na inne tematy? Polityka, gospodarka, sport? O ile, jak na każdy inny temat, pisać może o nich każdy, to przynajmniej pierwsze dwie dziedziny wymagają jednak sporego doświadczenia i często naukowej wiedzy. Dopiero wówczas można kogoś uznać za wpływowego i opiniotwórczego komentatora. Bariera wejścia jest w tym wypadku dużo wyższa niż w przypadku fachowców od IT. Oczywiście nikomu nie umniejszając. Jednak Piotr Zaremba na swój autorytet fachowca w dziedzinie polskiej, współczesnej polityki pracował latami, spędzając kawał życia w świecie polityki (lub bezpośrednio obok niego). Bartosz Węglarczyk nie został zatrudniony na stanowisku szefa działu zagranicznego "Gazety Wyborczej" odpowiadając na ogłoszenie o pracę, tak jak to często dzisiaj ma miejsce podczas łowienia narybku do działów "Internet" w rozmaitych portalach towarzyszących prasie (co niestety często-gęsto odbija się na ich poziomie). Są to fachowcy najwyższej próby i raczej ciężko jest ich przeskoczyć. Nawet o kryzysie piszą wszyscy, a jednocześnie najdłużej pochylamy się mimo wszystko nad tekstem Witolda Orłowskiego w "Polityce".

Internet daje wiele możliwości publikacji dla amatorów. Jednak nasz rynek mediów skonstruowany jest w taki sposób, że pewne sfery pozostaną jeszcze długo domeną fachowców z prasy. Wydaje się, że w ogóle prasa jest również najbardziej opiniotwórczym medium w Polsce. Wystarczy zerknąć na pasek TVN24, gdzie treść newsa poprzedza zazwyczaj zakończony dwukropkiem tytuł gazety. Dopiero te opracowane w redakcjach prasowych newsy przetwarzają telewizje, a na końcu portale. To w prasie rodzą się tematy, tygodniami rozpracowywane są afery, które żyją potem w mediach elektronicznych. To prasa posiada najszerszy dostęp do źródeł i największe zespoły zajmujące się konkretna działką. No i posiada autorów, którzy muszą umieć pisać z polotem o sprawach ważnych.

Polska sieć jeszcze długo bazować będzie na opracowaniach przygotowywanych przez prasę papierową. Ciężko też, w przeciwieństwie do świata technologii, znaleźć w internecie autorytety piszące lekko, ale dobrze na wspomniane tematy. Dość powiedzieć, że najlepszy moim zdaniem polski blog o polityce zagranicznej - "Świat Inaczej" - prowadzi Maciej Kuźmicz - dziennikarz, rzecz jasna, prasowy ("Gazeta Wyborcza", "Polityka"). Nawet niekwestionowanym królem (chociaż niektórych jego prawie że poetycki styl drażni - mnie nie) piłkarskiej blogosfery jest przecież Rafał Stec. Czasami bowiem oprócz chęci liczą się także wiedza, źródła i talent szlifowany pod okiem najlepszych. A takie rzeczy na razie dostępne są "tylko w prasie". Dopiero "zejście" jej przedstawicieli na poziom sieci udowadnia, jak wiele dzieli amatorów od dziennikarzy zawodowych. I tylko wówczas, kiedy Ci ostatni zaczną masowo publikować w internecie, będzie można mówić o jego opiniotwórczej roli. Do tego czasu sieć będzie jedynie wielkim agregatorem informacji.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8