Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

wtorek, 17 marca 2009
Kolejny konflikt w Strefie Gazy na szczęście (i pewnie, nie na długo...) za nami. Współczesne pole walki i sama taktyka w związku z tym zmieniają się w szybkim tempie. Nie jestem ekspertem od wojskowości, ale nawet ogólnodostępna, popularna wiedza na ten temat pozwala zrozumieć te zmiany. Takie zjawiska jak terroryzm czy ekstremizm islamski sprawiają, że tabuny żołnierzy i otwarte fronty odchodzą do lamusa.

Dzisiaj pole walki to domena jednostek specjalnych, punktowych ataków na strategiczne cele. Wszystko to jest także podporządkowane w coraz większym stopniu propagandzie. Występujący w telewizji mułłowie nawołujący do kolejnej krucjaty przeciwko zachodowi, czy zamieszczane w sieci filmy z egzekucji nikogo już (niestety) nie dziwią.

Zmieniają się więc także same relacje medialne z rejonów konfliktów. Jeszcze nie tak dawno infografiki pokazujące rozmieszczenie i przemieszczanie się sił koalicji antyterrorystycznej w Iraku czy Afganistanie stanowiły swoiste novum. Dziś, w dobie powszechnego dostępu do szybkiej, mobilnej, bezprzewodowej sieci, takie medialne zabiegi wydają się zdecydowanie trącić myszką.

Od pewnego czasu możemy zaobserwować w mediach kolejny nowy trend. Fascynujący i przyciągający uwagę odbiorcy. Jak nietrudno się domyśleć, chodzi o publikowanie materiałów bezpośrednio z pola walki.

Dlaczego jest to dla widza tak absorbujące? To oczywiste - nawet najlepsza, trójwymiarowa, bogata w najbardziej "wybuchowe" efekty specjalne infografika nie może się równać z tego typu materiałem, który jest po prostu PRAWDZIWY. To kolejny krok który czynimy jako widzowie na drodze do jak najpełniejszego, możliwie najbardziej wiarygodnego odbioru płynących z mediów informacji. I media doskonale o tym wiedzą. Robią więc wszystko aby zaspokoić te oczekiwania. A niekiedy nawet więcej, niż przeciętnemu amatorowi newsów ze Strefy Gazy mogło się wydawać!

Telewizja Al Jazeera uruchomiła niedawno specjalne repozytorium, w którym zamieszcza unikalne materiały ze Strefy Gazy, na dobre zrywając z wizerunkiem stacji-tuby propagandowej terrorystów, na jaki pracowała przez ostatnie lata. Zamieszczenie tych materiałów na wolnej licencji Creative Commons stawia Al Jazeera'ę bardziej w roli bliskowschodniego CNN - nowatorskiej, innowacyjnej telewizji, która nie tylko informuje, ale i dzieli się swoimi zasobami z innymi stacjami. Bliski wschód jest dosyć newralgicznym miejscem na mapie świata. Takie repozytorium, sukcesywnie rozwijane może uczynić z Al Jazeer'y prawdziwe centrum multimedialne dla reszty świata. A poza tym wszystkim, krew, płacz i wojenka zawsze w mediach są i będą w cenie.

No właśnie. Globalizacja, szeroki dostęp do tego typu materiałów czyni wręcz z wojny kolejną dawkę rozrywki dla widza. Bo jak inaczej nazwać publikację przez izraelską telewizję, nakręconego przez samolot szpiegowski filmu z zasadzki przeprowadzonej przez Hamas na żołnierzy izraelskich? Prawdziwi - z krwi i kości przecież - żołnierze, wyglądają na owym materiale jak jednostki, którymi kierujemy na ekranach naszych monitorów grając w gry strategiczne. Pojawia się nawet "koliste" zaznaczenie! Czy w tym kierunku zmierzają relacje medialne z pola walki?

Chyba jednak wolałbym, aby dziennikarz telewizyjny nigdy nie zakończył zapowiedzi takiego filmu słowami "miłej zabawy". Bo tam, daleko od naszych granic, zabawa dawno się skończyła.
poniedziałek, 16 marca 2009
Blogi i sieci społeczne coraz gęściej wypełniają połacie naszego i tak kurczącego się wolnego czasu. Zastępują relacje w "realu". Stają się źródłami informacji. Bawią, uczą, a niektórym pozwalają nawet się utrzymać. Nie ma co owijać w bawełnę - blogi i społeczności trafiają pod strzechy.

Jeszcze kilka lat temu internet był dla wielu, szczególnie starszych ludzi dziwnym miejscem, przed którym należy chronić dzieci dla ich własnego dobra, a jeden z posłów SLD utożsamiał sieć z szemranymi "stronami porno".

Dzisiaj za pomocą blogów wyrażamy szeroko swoje zdanie, poznajemy zdanie innych. Mikroblogi coraz częściej służą nam do komunikacji z bliskimi, którzy nie muszą już dzwonić i pytać co i rusz "co u nas słychać". Sami wypuszczamy w ich stronę krótkie, lapidarne "newsy" z naszego życia. Wreszcie za pomocą portali społecznościowych szukamy pracy. A kiedy już ją znajdziemy, tracimy w niej czas na przesiadywanie na Naszej Klasie i uskuteczniamy dalsze podglądanie życia innych ludzi. Oczywiście, dopóki pracodawca nie zablokuje nam tej wspaniałej możliwości.

Dlatego cała dyskusja na temat kondycji blogerów, blogowania i samych blogów, jaka ostatnio miała miejsce w sieci wydaje się być burzą w szklance wody. Bo przecież blogi, to nie są już tylko pamiętniki pisane "do szuflady". Dziś są to miejsca, które mają swoją, skorą do komentarzy stałą publiczność, wyznawców i przeciwników. The Economist zamieścił ostatnio ciekawy artykuł na temat rosnącej roli blogów. Oprócz potwierdzenia wejścia blogów do mainstreamu mediów autor wspomina kwestię głośnego "przejścia na emeryturę" jednego z największych autorytetów (a na pewno postaci bardzo poczytnej) w świecie internetu - Jasona Calacanisa. Jego odejście od blogowania powodowane było więc rzekomą bezosobowością i brakiem bliskości, jakie cechują współczesne blogi. W skrócie - kiedyś blogowało się dla funu, bez krępujących reguł gry, a towarzystwo wzajemnej, blogerskiej adoracji było na tyle wąskie, że swojska atmosfera jaka w nim panowała pozwalała na bezstresową zabawę. No a teraz mamy do czynienia wyłącznie z wzajemnym podgryzaniem się, podziałem środowiska i sieciowym "hejtingiem".

Czyli co - kończymy, Panowie? Po takim wyroku Calacanisa wypadałoby grzecznie wyjść po angielsku. Tymczasem - nic z tych rzeczy! Z pionierami blogowania jest trochę tak, jak z budowniczymi "Solidarności" i pierwszych rządów wolnej Polski po '89 roku. Mieli ideały i wizje, które następna generacja polityków brutalnie zniszczyła oddając się PR-owskiej, nowoczesnej walce wyborczej. Dla pierwszych blogerów sprawa była jasna - blogi to regularnie aktualizowane o nowe wpisy strony, na których zamieszcza się swoje przemyślenia, a czasami jakieś zdjęcie, czy film. No i oczywiście świadomość, że jest się blogerem.

Tymczasem dzisiejsi użytkownicy sieci wcale nie muszą mieć tej świadomości! Ba, mogą na co dzień blogami gardzić, uważając je stereotypowo za dziecinadę. Tak naprawdę mogą nie mieć o "blogowaniu" zielonego pojęcia. Przecież aktualizując swoje profile na MySpace, czy dodając nowe zdjęcia na Naszą Klasę, w rzeczywistości nie robią nic innego jak blogują. Zdjęcia są? Są. Krótkie historie je opisujące, wspomnienia z wakacji? Też. Komentarze? A jakże. A zatem jest to blogowanie. Tylko inne. Bo przecież w sieci wszystko płynie i ulega zmianom znacznie szybciej. Zapewne kolejnym przystankiem będzie upowszechnienie się mikroblogów (w USA już panuje Twitteromania, a co ma miejsce w USA, prędzej, czy później dotrze i do nas) które stanowią nowoczesny powrót do prehistorycznych czasów blogów osobistych, na których informowaliśmy o właśnie zjedzonym śniadaniu.

Przykład idzie z góry. Dziś nawet Biały Dom bloguje. Gros redaktorów największych dzienników w Polsce prowadzi blogi. Wpisy z ich blogów trafiają na łamy prasy. Ciężko uwierzyć, ale blogi powoli stają się "tradycyjnym" medium. I tak jak inne tradycyjne media dotyka ich kryzys, o czym The Economist wspomina w odniesieniu do zwolnień w blogowym, plotkarskim imperium jakim jest Gawker.

A zatem, blogowanie bynajmniej się nie kończy. Blogowanie staje się prostsze, bardziej zrozumiałe, niezauważalne. A przede wszystkim akcent z osobistych wynurzeń przesuwa się zasadniczo w stronę społecznych interakcji.
Jako fascynat nowych mediów, wielokrotnie pisałem z pozycji zwolennika mediów obywatelskich, czasami nawet amatorskich, jako wiarygodnego źródła lokalnych i nie tylko informacji. Poruszając temat gazet, a raczej ich upadku zastanawiałem się, co będzie "po". Koniec prasy drukowanej, wzrost znaczenia blogów i dziennikarstwa obywatelskiego, upadek tradycyjnych redakcji? Rzeczywiście według ostatnich prognoz coraz mniej ufamy tradycyjnym mediom. Czas spędzony przed telewizorem czy w fotelu z gazetą sukcesywnie zmniejsza się na rzecz pochłaniania informacji z Internetu.

Pomyślałem jednak - a co stracimy, jeśli gazety rzeczywiście odejdą do lamusa, albo przynajmniej ich rola w kształtowaniu opinii społecznej drastycznie spadnie? Przede wszystkim należy rozróżnić jaką prasę mamy na myśli. Bo jest to niemal równorzędne z tym, o jakich dziennikarzach mówimy. Oczywiście nie zamierzam nikogo wskazywać palcem jako nie-dziennikarza, ale pewien podział jest widoczny nawet dla takiego codziennego zjadacza Internetu i prasy jak ja. Osobiście nie ronił bym krokodylich łez, gdyby ktoś jutro rano obudził mnie z hiobową wieścią, iż "Fakt", "Super Express" i tuzin redakcji kolorowych pisemek o życiu "gwiazd" zamykają swe podwoje. Prawdopodobnie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego. Są przecież Pudelki, Kozaczki i inne plotkarskie portale o równie dziwnych nazwach gdzie mogę śledzić te tematy. I co ciekawe, owe redakcje śpią dotychczas względnie spokojnie.

Jednak gdyby na chwilę głębiej się zastanowić, dojdziemy do wniosku, że istnieje jeszcze inny świat dziennikarstwa prasowego, dziennikarstwa przez duże D. Świata reporterów, takich jak ś.p. Ryszard Kapuściński (to już dwa lata od jego śmierci - jak ten czas leci!), czy osobiście przeze mnie ceniony Mariusz Szczygieł. Ludzi o zgoła odmiennym podejściu do zawodu niż "pracownicy mediów", jak trybiki uwijający się podczas masowej produkcji kolejnych krzykliwych newsów. Co z nimi? Owszem, mogą wydawać książki. To jednak nie to samo, co cykliczna korespondencja, związek z czytelnikiem i tytułem prasowym.

No właśnie. Bardzo często podczas zachwytów nad osiągnięciami nowych mediów zapominamy o tym ostatnim. O ile nie posądzam nikogo o związek emocjonalny z prasą brukową, tak chyba każdy czytelnik gazet ma jeden, ulubiony tytuł, z którym czuje się związany, ceni jego autorów i ich opinie. Mowa najczęściej o tygodnikach, czy prasie branżowej. Tak naprawdę to oni muszą uwijać się jak w ukropie, aby pozostać na powierzchni. Tabloidy (w dobie tabloidyzacji mediów przecież!) sobie poradzą. Przyznam jednak, że paru poważniejszych tytułów byłoby mi osobiście szkoda i dlatego zastanawiam się, w którą stronę powinny zmierzać. Powiem wprost: dla zdrowia i z szacunku dla prawdziwych tuzów dziennikarstwa nie można zmusić ich do nagłej zmiany środowiska, tematyki i obniżenia poziomu. A nawet do skrócenia form twórczości dziennikarskiej tylko dlatego, że teraz trzeba mniej, szybciej, łatwiej. Po prostu musi istnieć pewna elitarna grupa tytułów, którą odbiorcy traktują bardziej jako przynależność do pewnej snobistycznej nieco i schyłkowej raczej kasty "czytelników prasy". Tytułów, w których pojawiają się głębsze analizy, publikacje naukowców, szerokie raporty z różnych dziedzin. Takie rzeczy, co nie jest tajemnicą, lepiej czyta się zresztą tradycyjnie, na papierze, niż przedzierając się przez kolejne strony PDF, czy portali. Tytuły te są więc traktowane bardziej jako źródło wiedzy o świecie, niż źródło "informacji" - bo dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach informacja informacji nierówna.

Pomijam nieco etatystyczne (jak zwykle) podejście Francuzów, którzy w "Zielonej Księdze Prasy" doszli do wniosku, że dziennikarstwo obywatelskie to utopia, a profesjonalny "pośrednik" jest niezbędny, dlatego trzeba dotować podupadające tytuły z publicznych pieniędzy. Chyba nie tędy droga. Zgodnie z przysłowiem - lekarzu, lecz się sam - to prasa sama musi dostosować się do nowych warunków. Przede wszystkim najwięksi redaktorzy MUSZĄ być obecni w sieci. Muszą znać i rozumieć nowoczesne narzędzia - blogi, mikroblogi. To jest przecież przyszłość mediów i nie mogą zaklinać bez końca rzeczywistości twierdząc, że "obejdą się bez". E-gazety to też dobry pomysł na przyszłość. Ale pewne jest, że marka gazety nie może utonąć w morzu potoku informacji agregowanych przez kanały RSS. Musi żyć w sieci nadal jako znany z saloników prasowych periodyk. Dzisiaj poważny tytuł prasowy musi żyć w dwóch równoległych światach. Musi je przenikać. Inicjować tematy w sieci, rozszerzone diagnozy publikować w prasie i w ten sposób budować swoją społeczność czytelników. Kto pierwszy dostosuje się do nowych warunków, ten szybciej wyjdzie z kryzysu w jakiej znalazła się prasa drukowana. Chyba zmienia się też nieco profil czytelnika. Od prasy coraz częściej nie oczekujemy mielenia "bieżączki" (od tego mamy szybką sieć), ale właśnie pogłębionych, naukowych, stojących na wysokim poziomie publikacji. I to może uratować gazety - ich doświadczonych ludzi i markę.

Trzymam za nich kciuki, bo czytanie prasy to poza tym wszystkim bardzo przyjemne zajęcie, kultywowane od pokoleń jako przejaw pędu za wiedzą i rzetelną informacją. Tak, tak, poza monitorem też się takie jeszcze trafiają...
sobota, 24 stycznia 2009
Żyjemy w kulturze obrazkowej. Codziennie przez media, na własne życzenie (bo przecież to lubimy!) jesteśmy atakowani niezliczoną ilością różnych "obrazków". Wartość samej, czystej informacji bez ładnego opakowania jest dzisiaj żadna. Dlatego jako widzowie serwisów informacyjnych, czytelnicy portali i coraz częściej blogów - czyli odbiorcy informacji, dostajemy w pakiecie razem z newsem swoiste pocztówki z różnych zakątków świata. Niestety, częściej z tych mniej spokojnych, ogarniętych konfliktami, wojnami, niszczonych przez biedę i tyranów. Ale cóż, taki jest świat, a media są od tego, żeby informować co się na nim dzieje.

Zawsze przy podawaniu tego typu newsów pojawia się magiczne słowo - zdjęcie. "Mamy dla Państwa unikalne zdjęcia", "uwaga, zdjęcia są drastyczne", agencja taka, a taka opublikowała "zdjęcia z rejonu konfliktu". Skąd my to znamy?

Niewątpliwie fotografia i film zmieniają media. Dobry news bez chociaż marnej jakości fotografii czy filmu nie ma racji bytu we współczesnych mediach (no bo co to za frajda opowiedzieć o odpaleniu przez Hamas kolejnej rakietki i jednocześnie nie pokazać tego wydarzenia?). Wszelkie mobilne urządzenia, jak aparaty w telefonach komórkowych pozwalają reporterowi opakować newsa zawsze i wszędzie - a szczególnie wtedy, jeżeli nie ma innej możliwości, czyli sprzętu lub czasu na namysł, jakiego obiektywu użyć.

W ogóle fotografia prasowa zmienia się na dobre. Tim Hetherington, zwycięzca ostatniego konkursu World Press Photo uważa nawet, że tradycyjne pojęcie zawodu fotografa zanika. Hetherington, który jest korespondentem z rejonu konfliktów, sam woli być nazywany dokumentalistą, bo znany jest z tego, że na linii frontu w jednej ręce trzyma aparat, a w drugiej kamerę. "Gdzie tu jakość zdjęcia?!" - oburzą się pewnikiem fascynaci "tradycyjnej" fotografii. Riposta Hetheringtona jest jasna, prosta i podzielam ją w stu procentach - artyści na wystawy! Uważa bowiem, że w mediach jakość przestała się liczyć. Najważniejsza jest treść i kontekst zdjęcia, a to, jakim aparatem zostało wykonane jest sprawą drugorzędną.

Trzeba przyznać, że jest to dosyć nowatorskie podejście. Ale skoro Hetherington mówi wręcz o wycinaniu klatek z filmów celem uzyskania "zdjęcia" dla prasy, to widocznie w takim kierunku to zmierza. Nie mniej ciekawym zagadnieniem jest przyszły los działów fotografii w mediach. Może rzeczywiście zostaną zastąpione przez w pełni rozproszone i mobilne oddziały mojo (mobile journalists)?

"Zdjęcia" w mediach są ostatnio modne także z innego powodu. Microsoft zaprezentował niedawno technologię Photosynth. Jest to świetna zabawka służąca do łączenia ze sobą wszystkich zdjęć z internetu i "nakładanie" ich na wirtualny model ziemi. Trochę to skomplikowane, ale chodzi o to, że spośród tysięcy zdjęć - dajmy na to - Rzymu, jakie gromadzą np. zasoby Flickra, po ich połączeniu ma w przyszłości zostać zbudowany w pełni wirtualny świat. Ostatnio eksperyment z Photosynth przeprowadziła podczas ceremonii zaprzysiężenia Baraka Obamy telewizja CNN. Zdjęcia przesyłane przez ludzi obecnych na uroczystości natychmiast zostało zsynchronizowane w jeden, zwarty model i zaprezentowane jako całość. Ów "bajer" fajnie podsumował na swoim blogu Mediafun, a ja polecam dodatkowo obejrzeć prezentację Blaise Arcasa z TED Talks (znalezioną na blogu MindBlowing). Fascynujące!



Być może jesteśmy w przededniu kolejnej wielkiej rewolucji medialnej. Rewolucji, w której zawodowych fotoreporterów zastąpi w ich pracy globalna społeczność i jej zmiksowane zdjęcia świata. Oczywiście, droga do tego daleka, ale warto mieć na uwadze, że także w tej materii zwykły obywatel będzie miał coraz więcej do powiedzenia jako twórca, a nie jedynie bierny odbiorca mediów.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Kiedy czytamy newsy o rosnących od nowego roku cenach gazet, na myśl przychodzi już tylko jedna, stara śpiewka - kryzys, panie, a poza tym rola prasy papierowej sukcesywnie spada na łeb na szyję. Masowe zwolnienia w Agorze zdają się potwierdzać tę tezę. Parafrazując słowa ministra Sikorskiego można rzec, że internet właśnie dorzyna prasową watahę. Brzydko, prawda?

Nie wszędzie jednak takie postawienie tematu jest wersją obowiązującą. Fakt, że współpraca pomiędzy papierowymi gazetami, a sferą sieciową będzie się zacieśniać jest bezsprzeczny. Konwergencja mediów to wręcz słówko-wytrych ostatnich miesięcy. Rośnie rola blogerów, dziennikarzy-amatorów z komórkami w dłoniach. Tak zwani Mojo (mobile journalists) coraz częściej stanowią mainstream twórców newsów. Nawet dziennikarze Reutersa wyposażani są w Nokie N82 w celu lepszego uprawiania mojo. W TVN24 filmy przysyłane przez widzów na platformę "Kontakt" to już standard. Telewizje są więc krok z przodu. Co w takim razie z prasą, która zdaje się być uwięziona w ciasnych okowach solidarności zawodowej piszących tam autorów (vide ostatnia awantura o przyznanie nagrody "Dziennikarza Roku' Bogdanowi Rymanowskiemu z TVN24 zapoczątkowana przez tekst Piotra Pacewicza z "Gazety Wyborczej")? Czy jest skazana na zwolnienia, podnoszenie cen - a w efekcie stopniową utratę czytelników?

Ciekawe rozwiązanie problemu przed jakim staje współczesna prasa przynosi przykład amerykańskiej Oakland Press (z kraju, gdzie całe dzienniki przenoszą się do sieci!) która właśnie otworzyła w swoich podwojach specjalne biuro przeznaczone dla... dziennikarzy obywatelskich! Jaka dewiza przyświeca pomysłodawcom tej zacnej inicjatywy? Bardzo prosta - jeśli uważasz, że pewne lokalne i nie tylko sprawy jesteś w stanie wyjaśnić i opisać lepiej niż my, to przyjdź i po prostu to zrób! Proste? Oakland Press oferuje więc każdemu, kto tylko zechce - od ucznia po emeryta wszelkie możliwości współpracy, łącznie z krótkim szkoleniem (także w formie wideo) na temat schematu informacji, również np. sportowych. Wygląda to na znane nam wszystkim warsztaciki dziennikarskie urządzane przez lokalnych dziennikarzy dla autorów gazetek szkolnych. Tylko, że w tym wypadku mówimy o pełnoprawnym tytule i pełnoprawnych informacjach od obywateli.

Oczywiście autorzy muszą się stosować do wspomnianej instrukcji. Jakiś porządek musi rzecz jasna obowiązywać. Ale jeżeli materiał okaże się wartościowy trafia na łamy internetowego, bądź, co najważniejsze, papierowego wydania Oakland Press. Niektórzy autorzy stają się w ten sposób stałymi współpracownikami i - dzisiaj, w dobie "kultu amatora" - dziennikarzami tej gazety. Co ciekawe, nie jest to jakaś skrócona wersja kursu dziennikarskiego, a zbiór zasad, które respektuje sama redakcja. Żadnych tajemnic, moralizowania, ewangelizowania. Po prostu - dajemy Wam swoją wiedzę, z której sami korzystamy, a teraz zróbcie to Wy, dla dobra wspólnego. Typowa sytuacja w której wygrywa każdy. A szczególnie dziennikarze obywatelscy, którzy mają szansę podnieść swoje umiejętności. Jest to niewątpliwie świetne rozwiązanie - nie dość, że edukujące społeczeństwo, to jeszcze zbliżające je (i vice versa) do światka dziennikarzy. Dziennikarze budują z ludźmi zaufanie od podstaw, korzystając z wzajemnych relacji. A że zaufanie to podstawa sprawnie funkcjonującej, nowoczesnej machiny społecznej, to wiemy już od prof. Sztompki.

To wszystko tworzy zbiorową redakcję, która jest na bieżąco wszędzie - na miejscu wypadku, w sklepie z bułkami, w przedszkolu. Swoisty rodzaj kawiarni, w której można podzielić się nowinkami. Kawiarni rozproszonej, a jednocześnie skupionej wokół pomieszczenia dla dziennikarzy obywatelskich, gdzie wszelkie newsy z terenu spotykają się i są według fachowych reguł obrabiane.

Taki związek społeczeństwa z dziennikarzami może być również zalążkiem nowego modelu biznesowego dla gazet. Bo skoro te, nie mogą sobie poradzić na rynku, muszą zwalniać pracowników, podwyższać ceny, to niech będą instytucjami zaufania publicznego. Niech budują swoją pozycję rynkową razem z obywatelami i czytelnikami. I być może to jest wielka rola internetu w przyszłości?
niedziela, 14 grudnia 2008
No to się doigrałem. W TVN zakończyła się niedawno pierwsza edycja, skądinąd bardzo dobrze zrealizowanego show "Mam Talent". Sobotni finał był jednak niezwykle skromny. Nawet na ceremonię wręczenia drugiej nagrody niejakiej Klaudii Kulawik zostałem odesłany do...internetu!

Gdzie te czasy pierwszej edycji "Big Brothera"? Finał ciągnął się wtedy niemiłosiernie długo. Prawie do północy trwało podgrzewanie atmosfery przez Pana Grzegorza Miecugowa. Koperty, liczenie głosów, zatkane linie. A kiedy w końcu okazało się, że wygrał pewien strażnik miejski, a dzisiaj poseł na Sejm z ramienia PO - Janusz Dzięcioł, rozmów z rodziną, nim samym, sąsiadami, kolegami z pracy nie było końca. Całość imprezy zakończył pokaz sztucznych ogni i występ gwiazdy estrady.

Ale wtedy nie było internetu.

Odniosłem wrażenie, że tamten weekendowy finał "MT" ledwo się zaczął, a już mogłem bez skrupułów przełączyć się na galę bokserską. Intensywnie, kolorowo i szybko. Doszło nawet do tego, że prowadzący finałową galę Marcin Prokop wespół z Szymonem Hołownią odprawili z kwitkiem liczną widownię czekającą na uhonorowanie skromnej ulubienicy mam i babć wysyłających nań SMS - Klaudii Kulawik. Kazali jej klikać w internecie, bo w TVN pokazano tylko skromne, rodem z "Milionerów" - wręczenie czeku zwycięskiemu duetowi Merkalt Ball.

Czy taka konwergencja (modne słówko) mediów ma sens? Czy ktoś przeprowadził badania ilu widzów rzeczywiście ruszyło się z foteli przed ekrany monitorów? Owszem, ten trend jest nieunikniony. Obserwujemy go na co dzień. A to internetowa "dogrywka" publicystycznego programu "Teraz My". A to "oglądanie już teraz w sieci następnego odcinka serialu, zanim pojawi się w telewizji". Wszystko rozumiem.

Ale moim zdaniem istnieje spora część widowni, która nie jest z takiego obrotu sprawy zadowolona. "Oj, szkoda, że nie pokażą" - taka reakcja, wśród starszej części widowni jest jeszcze całkiem częsta. Bo te internety...

Oczywiście internetowe piony muszą przyciągać widzów. Czasami działania te są jednak pozbawione sensu. Widownie się różnią. Ostatnio przeczytałem bez specjalnego zdziwienia, że emitowany przez ten sam TVN hitowy amerykański serial p.t. "Dexter" nie przypadł Polakom do gustu. Nie przypadł, bo nie mógł. Główne powody to lektor (skutecznie psujący w przypadku tej produkcji całą dramaturgię), przerywanie reklamami kluczowych scen, oraz pora emisji. Agnieszka Holland powiedziała ostatnio w "Dzienniku", że współczesne seriale, jak "The Wire", czy "Dexter" właśnie, to odpowiedniki XIX-wiecznych powieści. A nikt nie lubi, jak mu się przeszkadza w czytaniu szczególnie ciekawego rozdziału.

Kogo miał "Dexter" zainteresować, tego zainteresował. Nie jest tajemnicą, że prawdziwi fani oglądają serial na bieżąco (razem z USA, gdzie emituje go stacja Showtime) po prostu ściągając kolejne odcinki z internetu. Jest to inny, nowy typ widowni. A czasami po prostu coś "nie styka" i wychodzą niepotrzebne kwiatki, jak "zdjęcie" z wizji uhonorowania małej Klaudii.

Ciekawe, jak daleko stacje zamierzają się posuwać w tym kierunku w najbliższym czasie? "Mam Talent" jest świeży, skierowany jednak do młodszych widzów. Czy finałowe tańce w kolejnej (pogubiłem się już której) edycji "Tańca z gwiazdami" też zostaną wyemitowane tylko w sieci?

Obawiam się, że mało kto to będzie oglądał, bo cały czas jesteśmy dosyć konserwatywnymi odbiorcami tego typu show. No, chyba, że w finale zatańczy Dexter.
czwartek, 04 grudnia 2008
Było trochę o muzyce, będzie o polityce ( i trochę o Wiśle, o przemyśle - spokojnie, na razie nie ;)).

Nareszcie w sferach rządowych zaczyna się otwarcie i co najważniejsze głośno mówić o szansach i możliwościach, jakie daje społeczeństwu internet. Internet tani i powszechnie dostępny. A zaledwie kilka lat temu postulaty wprowadzania internetu pod strzechy były przecież traktowane jako dziwna aberracja narodu, który wymaga od rządu prawnego zezwolenia na tanią, szemraną rozrywkę.

Bo przecież jeszcze nie tak całkiem dawno, jeden z posłów SLD utożsamiał internet ze stronami porno. Potem były premier nazwał internautów najbardziej podatną na manipulację grupą popijającą piwo podczas oglądania tychże. Można by rzec - koń, a raczej polityk polski jaki jest - każdy widzi.

Na szczęście coś w tej materii zaczyna drgać. Może dzięki integracji z Europą zachodnią, może po prostu dzięki upowszechnieniu się sieci? Nieważne. Liczy się fakt, że na Wiejskiej, poza oryginalnym pomysłem pod tytułem "przecież my też możemy blogować i jeszcze jednym kanałem docierać do umysłów szacownych wyborców!", zorientowano się, iż internet to rzeczywiście przyszłość. To medium, które wpływa i w coraz większym stopniu będzie wpływać na kolejne dziedziny życia społecznego: gospodarkę, kulturę, czy wreszcie samą politykę.

Nie jestem jakimś specjalnym faworytem obecnej koalicji. Trzeba jednak przyznać, że poza doraźnymi gierkami, które na stałe wpisały się w krajobraz pola walki na której toczy się podjazdowa wojenka pomiędzy małym i dużym pałacem (ależ politologiczny sznyt), działania w kwestii szerszego wykorzystania internetu na co dzień trwają. Wygląda na to, że są to działania coraz sprawniejsze. Trochę ponad dwa tygodnie temu, wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld poinformował, że od 1 kwietnia przyszłego roku nie trzeba będzie rejestrować firmy. Wszelkie formalności zostaną załatwione w "jednym okienku", zaś od roku 2011 będzie to okienko przeglądarki internetowej, bo działalność gospodarczą będzie można zgłosić za pomocą sieci. Trzymamy za słowo! Następnie premier Donald Tusk poinformował, że korzystając z pomocy fundacji niejakiego Billa Gatesa zamierza reanimować upadające, polskie biblioteki. Mają one zostać wyposażone w czytelnie internetowe i stać się instytucjami kultury na miarę XXI wieku. Takie projekty amerykańska fundacja wdraża także w innych krajach byłego blogu wschodniego oraz w innych rozwijających się państwach. W Polsce za ich realizację odpowiedzialna będzie Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego.

No właśnie - społeczeństwa informacyjnego. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powstała nawet strategia rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce do roku 2013. Czytamy w nim między innymi, że lepsze i szybsze wykorzystanie informacji oraz usług świadczonych drogą elektroniczną jest efektem coraz dynamiczniejszego rozwoju technologii informacyjnych. Przyczynić się to ma do szybkiego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego i społecznego. W dłuższej perspektywie zaś, umożliwić ma Polakom efektywne wykorzystanie wiedzy i informacji zarówno w wymiarze społecznym, ekonomicznym, jak i osobistym. Efekty? Według założeń, miały by nimi być przede wszystkim budowa zaufania społecznego - niewątpliwe fundamentu współczesnej, nowoczesnej demokracji. W dalszej kolejności zaś kształtowanie postaw otwartego i różnorodnego społeczeństwa, umiejętność szybkiego i bezpiecznego dotarcia do informacji i efektywne sprzężenie trzech czynników - człowieka, gospodarki i państwa.

To wszystko są piękne słowa. Jednak już dziś obserwujemy stopniowe poszerzanie oferty edukacyjnej o niezbędne programy kształtowania społeczeństwa informacyjnego. Również rynek pracy szybko ulega zmianom, czego efektem chociażby jest stopniowy wzrost roli telepracy. Gminy też nie próżnują. To wszystko dzieje się na razie niejako "obok" rządu. Internauci, którzy tak mocno "zaufali Tuskowi" przed rokiem powoli zaczynają tracić cierpliwość. Dostrzegają brak efektów i opieszałość. Niestety, w polskiej sieci standardem stali się okopani w twierdzach i zwalczający się wzajemnie żołnierze przeciwstawnych obozów ;). I ta walka (na forach, blogach, w komentarzach - czy raczej należało by rzec "komciach") będzie trwała.

Ja mam nadzieję, że rzeczywiście za kilka lat będę mógł powiedzieć, że to za kadencji tego rządu nauczyliśmy się ze sobą komunikować, skupiliśmy się wspólnie wokół jednego, wspólnego celu. Być może jest to nadzieja płonna. Ale wolałbym, żebyśmy byli jednak w pełni zdrowym społeczeństwem informacyjnym. Pytanie, czy nas i czy przede wszystkim ICH na to stać?
środa, 26 listopada 2008
Będzie o muzyce. Słucham, interesuję się, nie-mogę-żyć-bez.

Scena muzyki alternatywnej przeniosła się właściwie w całości do internetu i skupiła w znacznej części wokół portalu MySpace. Nie pamiętam, kiedy ostatnio premiera jakiegoś wartościowego tytułu była szeroko komentowana w telewizji. O wszystkim, co interesujące, dowiaduję się z sieci. Druga strona oferuje niewiele.

Jesteśmy świadkami narodzin dwóch światów równoległych. Z jednej strony mamy świat Dody i Feela, świat liderów list sprzedaży. Z drugiej - świat liderów liczby znajomości na portalach społecznościowych typu MySpace. Autentycznych, wydających często swoje płyty własnym sumptem artystów. Z oddanymi rzeszami fanów. W telewizji i największych stacjach radiowych nie ma dla nich miejsca.

I taki podział jest całkiem w porządku. Wszystko w życiu ma swoje miejsce. Poza tym o gustach się nie dyskutuje (podobno, w przypadku gustów większości Polaków sprawa jest do dyskusji jak najbardziej - ale to tylko moje zdanie ;)).

Mnie ciekawi jednak linia podziału dzieląca te dwie strony barykady. Wydaje się, że przesuwając się w stronę mainstreamu, połyka ona coraz większe połacie terytorium zarezerwowanego do tej pory dla tzw. artystów z pierwszych stron gazet. Coraz częściej prezentowana przez masę tych ostatnich oferta nie wystarcza. Jeśli zespół, parafrazując słowa posłanki Kruk mówi - umiemy coś tam, coś tam - to jest to zdecydowanie za mało dla przeciętnego słuchacza. MySpace, mimo swojego pięknego, stylistycznego, acz ciągle bałaganu, potrafi jednak poszerzać muzyczne gusta.

Jestem fanem nowych brzmień. Pamiętam, jak pierwszy raz wszedłem na wspomniany wyżej portal. Ściślej rzecz ujmując, była to strona jakiegoś zagranicznego artysty. Kiedy zobaczyłem setki jego znajomości, kolejnych, podobnych wykonawców, pomyślałem - to jest to!

Potem był Last.fm i historia właściwie się powtórzyła. Chyba żaden fan alternatywnych brzmień nie wyobraża sobie dzisiaj życia bez tego portalu. A przecież jeszcze nie tak dawno o rockowych nowościach informował w VIVIE Polskiej niejaki Wit Dziki. Zawsze w piątki o godzinie 22. Czego dzisiaj mogę się tam dowiedzieć o tej porze? Chyba tylko tego, jak przedstawia się procentowa szansa na udany związek pomiędzy parą o imionach Zusia i Franek. Zamiast Last.fm-owego gustometru, działa tam bowiem coś podobnego, ale raczej mało związanego ze sferą muzyczną. Nazywa się to kochlik, czy jakoś tak. To chyba znak czasów.

Nie wylewam żalów. Chociaż Paktofoniki na VIVIE brakuje. No ale jest internet. Tutaj dopiero się dzieje! Kiedy wielkie wytwórnie muzyczne mówią debiutantowi - spadaj, nie pasujesz do naszego wyobrażenia gwiazdy, nie zarobimy na tobie! - ten idzie do internetu. Po czym rejestruje się na MySpace i ordynarnie umieszcza tam swoje kawałki, które odsłuchują miliony. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że prędzej czy później zyskuje taką popularność, że i tak wydaje krążek w jakiejś niezależnej wytwórni. Tak było w przypadku Czesława Mozila, znanego pod pseudonimem Czesław Śpiewa. Inny artysta - niejaki Dizky - raper, jeden z pierwszych polskich artystów na MySpace wyznał kiedyś w wywiadzie dla portalu Wersalka, że skoro tworzy muzykę dla swoistej zajawki, to będzie komunikował się ze słuchaczami tylko za pomocą MySpace.

A Julia Marcell? Ta jazzowa wokalistka nie tylko wypromowała się w sieci, ale za jej pomocą zdołała zebrać wśród fanów fundusze na wydanie albumu! Teraz gra koncerty w całej Europie. Dla wytwórni muzycznych grała podobno zbyt ambitnie.

Ktoś powie - czas wytwórni mija. A moim zdaniem on dopiero się zaczyna! Wcale nie jesteśmy skazani na bezduszne MP3. Skoro sieć potrafi wygenerować tak duże pieniądze i ciągle się rozwija, dociera do coraz większej ilości odbiorców, to i liczba niezależnych artystów będzie rosła. Z pominięciem wielkich koncernów muzycznych, rzecz jasna.

A co z drugą stroną? Cóż, "nie myl kultury z blichtrem", jak to ktoś mądry powiedział. Niektórym blichtr wystarczy. Takie uroki młodego wieku, który zdaje się jest obecnie targetem większości stacji muzycznych Z mojej strony - na zdrowie. Przeżyją. Jeżeli nie nastąpi jakieś niespodziewane odwrócenie biegunów, masowe opamiętanie, kolejny kryzys nie zniszczy wielkich wytwórni, stacji radiowych i telewizyjnych, to słuchacze się znajdą.

W końcu Zuzia i Franek dopiero dorastają.
sobota, 22 listopada 2008
Krótka piłka - jest inicjatywa, mająca na celu przetłumaczenie książki "We the media" Dana Gillmora.

Wszystko wyjaśnione jest na tej stronie.

"Głównym celem (...) jest przetłumaczenie na język polski i udostępnienie czytelnikom polskojęzycznym książki Dana Gillmora "We the media". Książka ta ukazuje możliwości, jakie stwarzają nowe rozwiązania komunikacji internetowej dla użytkowników sieci - autor pokazuje w jaki sposób każdy z nas może przeistoczyć się z biernego konsumenta w aktywnego twórcę. Uważamy, że książka jest na tyle interesująca, że przydałaby się jej polskojęzyczna wersja - dlatego powstał ten projekt."

Fajnie, gdyby się udało. Przeczytajcie więcej na podanej stronie i podajcie dalej.
poniedziałek, 17 listopada 2008
No dobra, podobno przed blogami, blogerami, dziennikarzami obywatelskimi (internetowymi) przyszłość jawi się świetlana. Sam o tym pisałem wielokrotnie. Prasa traci na znaczeniu, nowe media zyskują. Blogerzy coraz częściej biorą udział w kształtowaniu opinii publicznej. Pojawiają się w prasie, a nawet niekiedy w telewizji. Jest super, jest super, więc o co Ci chodzi? - jak śpiewał Muniek Staszczyk.

Ano o to, że niekoniecznie musi być tak pięknie. I prawdopodobnie nie będzie. Mało tego - to raczej dobrze. Bo czy rzeczywiście byłoby to tak piękne, jak się na kanwie rosnącej roli nowych mediów wydaje? Obawiam się, że nie. Kiedy tak któregoś dnia przeglądałem sobie kanały RSS, stwierdziłem, że blogi i prasa to jednak zasadniczo różna zabawa. Odkrywcze, nieprawdaż? Ale ja lubię się czasami zdziwić i pomyśleć nad w zasadzie zamkniętym tematem.

No bo przecież sieć-powoli-zabija-prasę i już. W tym blogi. A to przecież trochę inne buty i co tu dużo mówić - w sandałach ciężko brodzić w błocie po kostki. Znacznie lepiej nadają się do tego kalosze. W tych z kolei nie biegamy po parku, a w biegówkach nie chodzimy do cioci na imieniny. Wszystko ma swoje miejsce.

Podobnie z blogami. W sieci dominują mimo wszystko treści krótkie i zwięzłe. Lubicie czytać sążniste elaboraty na 10 ekranów monitora? Ja zazwyczaj na takowe tylko rzucam okiem. Kiedy np. w Dużym Formacie pojawi się jakiś ciekawy, acz dług wywiad, który czytam w sieci, pluję sobie w brodę, że nie kupiłem tego egzemplarza GW i muszę się teraz męczyć przed monitorem. Bo nad czymś takim dużo wygodniej poślęczeć w fotelu. Tak mam.

Czy to znaczy, że blogi są powierzchowne? Częściowo tak. Na pewno prezentują treść dużo silniej skondensowaną. Chociażby za pomocą linków. Zamiast wyjaśniać wszystko co do joty, jak w prasie, wystarczy odesłać czytelnika do źródła. Podobnie cytując czyjąś wypowiedź, co w prasie zajmuje całe akapity. No bo przecież jeśli to jest coś ważnego, a powiedział to rzecznik firmy X - "to trzeba go zacytować". W sieci wystarczy czytelnika do owej wypowiedzi odesłać. Czasami blogi mają przewagę, bo wypowiedzi są niepełne, wyrwane z kontekstu, trzeba je brać na wiarę etc.

Co się z tym wiąże, w sieci pisze się innym językiem. To znaczy - należy odróżnić przeklejane z PAP komunikaty prasowe od autorskich treści. Mam na myśli oczywiście te drugie. Tu różnica jest już zasadnicza. Z reguły blogujemy przecież - nawet jeśli jest to poważny blog ekspercki - dla przyjemności. Dla siebie, dla innych czytelników. Ważne jest nasze zdanie, a nie budowa zdania, konstrukcja tekstu. Mamy emotikony. Wyrażamy emocje. Dyskutujemy w komentarzach, stosujemy osobiste przytyki i wtrącenia ("co prawda xxx napisał u siebie na blogu, że (...), ale myli się zasadniczo, bo (...) itd). Pomijam już tak ekstremalne przypadki jak wypunktowane wpisy na Netto ;) które do prasy nie pasują ani trochę. Co nie znaczy, że bloger, jeżeli ma swoje zdanie, nie może wyrazić go w innych mediach. Jeśli potrafi? Proszę bardzo - obrabia tekst, wypowiedź i voila. Bo tak trzeba idąc do kogoś w gości. Przyjmujemy jego zasady. Ale na blogu to my je ustalamy.

Ważna jest też interakcja. Komentarze i dyskusje o których wspomniałem odgrywają tutaj zasadniczą rolę. Bardzo lubię aranżowane przez "Dziennik" debaty na różne tematy. Publicyści spierają się tam ze sobą ze swoich wypracowanych przez lata pozycji. Jednego dnia tezę stawia konserwatysta, za trzy dni odpowiada mu liberał, w między czasie pojawia się felieton centrysty. Czytelnik mniej więcej wie, czego się po kim może spodziewać, ale dostaje gruntowny wykład. W sieci dyskusje, a niekiedy kłótnie są dynamiczne, odpowiedzi natychmiastowe. Żywsze, bo nie zastanawiamy się przecież nad nimi godzinami.

Krótko mówiąc - blogi to inna para kaloszy niż prasa. Na pewno konwergencja nowych mediów z tradycyjnymi postępuje. Blogerzy inicjują tematy i rozmawiają między sobą. Ale prasa nie podejmuje ich na poziomie sieci. TU i TAM toczy się dyskusja, ale według zupełnie innych zasad. Można rzec, że blogi są coraz częściej iskrą wzniecającą pożar. Ale to od mediów tradycyjnych zależy, czy użyją butelek z benzyną, czy gaśnicy. Coraz częściej śledzą jednak sieciowe dyskusje i decydują się ich nie gasić, a wręcz przeciwnie. I chyba dopiero tutaj blogerzy mają okazję być bardziej słyszalni.

Bo blogi i prasa w jednym stały domku. Blogi na dole, a prasa na górze.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8