Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

czwartek, 06 listopada 2008
Powoli opada kurz po bitwie jaka do wtorku 4 listopada toczyła się z okazji kampanii wyborczej i samych wyborów prezydenckich w USA. Sztaby zrywają plakaty, zdejmują billboardy. Tak...

Ta kampania toczyła się jednak głównie w sieci. Przez ostatnie pół roku, to właśnie w internecie, zwłaszcza z wykorzystaniem społeczności, virali i wszelkich sieciowo-marketingowych nowinek, kandydaci zabiegali o głosy wyborców. A raczej robiły to w ich imieniu idące w miliony rzesze zwolenników. Ta kampania to był wspaniały festiwal oddolnej, obywatelskiej demokracji opartej na dialogu, działaniu i masowej komunikacji. Chociaż sam finisz należał zdecydowanie do mediów tradycyjnych. Ale po kolei.

Można by rzec - jeszcze nigdy tak wiele, nie zależało od tak wielu. Ta kampania tak naprawdę w pełni pokazała siłę, jaka drzemie w sieci. I jak wszystkiego, co przychodzi do nas zza wielkiej wody, podobnych kampanii w przyszłości możemy spodziewać się w Polsce. Raczej później, niż prędzej, ale przed internetem nie ma ucieczki.

Oczywiście standardem stała się obecność kandydatów na portalach społecznościowych. Facebook, MySpace, Linkedin. Nieobecność tamże jest już dzisiaj postrzegana jako swoiste faux pax. Bycie "znajomym Obamy" lub "znajomym McCaina" tłumaczyło w tej kampanii preferencje wyborcze, skupiało zwolenników, mobilizowało do działania.

Druga kwestia to właśnie zbiórka środków na rzecz kampanii. Przysłowiowy jeden zielony przelany przez zwykłego obywatela na konto kandydata przerodził się w swojej masie w ogromną sumę pieniędzy. Ron Paul, zanim odpadł z rywalizacji o Biały Dom, za pośrednictwem serwisu Meetup, służącego do organizowania eventów z udziałem wyborców poza siecią, zebrał ogromne fundusze, dzięki którym ten niszowy kandydat z ogromnym poparciem w internecie, zyskał spore grono zwolenników również poza nią.

Można oczywiście założyć, że Barack Obama wygrał dzięki wsparciu mediów lub innych cudów techniki. Nie mniej kluczową rolę w jego zwycięstwie odegrali po prostu ludzie.

Przede wszystkim w USA zmieniło się samo podejście obywateli do nowych technologii, internetu. Rola sieci w tych wyborach, w porównaniu z poprzednimi znacznie wzrosła. Zresztą rząd USA również nie śpi, a Barack Obama będzie miał prawdopodobnie doradcę do spraw nowych technologii. Czy Lech Kaczyński, który jako jeden z niewielu przywódców na naszym pięknym świecie nie ma doradcy do spraw ekonomii, w ogóle kiedykolwiek pomyśli o tego typu stanowisku?

Jeżeli chodzi o źródła informacji o wyborach, to Amerykanie znacznie bardziej od gazet polubili internet. Jak powiedziała w poniedziałek Arianna Huffington, to właśnie internet został prawdziwym zwycięzcą tych wyborów. Internet nie jako narzędzie wielkich agencji reklamowych, ale zwykłych obywateli. Niesamowite, ile (głównie pozytywnych) treści popłynęło od ludzi do sieci podczas tej kampanii. Tego nie przewidziały chyba najlepsze podręczniki traktujące o marketingu politycznym. Zresztą właśnie chyba skończył się czas spin-doctorów jako jednostek kontrolujących kampanię. Teraz będą oni musieli nauczyć się współpracować z ludźmi.

Żeby zawęzić tę dziwną rolę internetu do jednego słowa, wystarczy rzucić hasło - Youtube. Youtube był zdecydowanym "centrum", "areną walki" podczas tej kampanii. Masa filmów, wystąpień, reklamówek wyborczych - Youtube był w ich przypadku pierwszym przystankiem. To za jego pomocą kandydaci komunikowali się ze społeczeństwem (chociaż Barack Obama prowadził również mikrobloga na Twitterze). Dopiero stamtąd, obejrzane już przez tysiące internautów "filmiki" trafiały do telewizji, gdzie w najlepszym czasie antenowym podczas wieczornych magazynów mogli zobaczyć je wszyscy "nie-sieciowi" obywatele. Ale to Youtube był pierwszy, ostatecznie detronizując dotychczasową królową mediów - telewizję. Edwin Bendyk nazwał te wybory "pierwszą elekcją epoki 2.0". Nie sposób się nie zgodzić.

Ale sama końcówka kampanii należała jednak do mediów tradycyjnych. Konkretnie do telewizji CNN. Zastosowała ona w studiu wyborczym technologię, znaną do tej pory z filmów fantastycznych w stylu "Gwiezdnych Wojen". Oto prezenter Wolf Blitzer rozmawiał z Jessicą Yellin, która w studio była reprezentowana za pomocą trójwymiarowego hologramu.

Była to swoista wisienka na torcie podczas tej kampanii. Zachwyciła chyba każdego fana internetu, nowych mediów i nowoczesnych technologii, dla którego ta kampania była świetnym widowiskiem.

niedziela, 26 października 2008
Kilka dni temu Engadget Polska, za Technology Evangelist opublikował artykuł-listę umiejętności jakie należy posiadać, aby zostać dziennikarzem w 2008 roku. Bariera wejścia jest dzisiaj oczywiście dużo niższa niż kiedyś.

Nie trzeba być członkiem wielkiej redakcji wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt. Wystarczy domowy PC, laptop, a coraz częściej nawet komórka oraz pewien zasób wiedzy na temat wykorzystania narzędzi dostępnych w internecie. Niewielkim nakładem finansowym i czasowym można zorganizować sobie dzisiaj samemu, domową redakcję. Stąd tak prężny rozwój dziennikarstwa obywatelskiego, rosnąca liczba fachowych blogów etc.

Jedyne, za co nie zapłacimy pieniędzmi to lekkie pióro i rzetelność. Wszystko inne załatwimy dzięki cloud computing - chmurze narzędzi internetowych, za pomocą których napiszemy tekst, opublikujemy w sieci zdjęcie, film - a dodatkowo będziemy mieli do tych danych dostęp z każdego komputera, jaki trafi nam w ręce.

Jak wygląda dzisiaj praca nowoczesnego (a co, wszak z RSS korzysta tylko 11% internautów, więc jest to swoista elita! :)) dziennikarza obywatelskiego?

Jest łatwa i przyjemna, dostarcza sporo funu, a przy okazji spełnia moim zdaniem ważną rolę społeczną w postaci zaangażowania w sprawy publiczne. Buduje więzi społeczne i społeczeństwo obywatelskie. Czego zatem konkretnie potrzeba, aby zacząć? Opierając się miejscami na liście Technology Evangelist postanowiłem poprzeć własnym doświadczeniem osobiste zestawienie umiejętności i niezbędnych narzędzi. Z góry przepraszam bardziej zaawansowanych dziennikarzy i blogerów. Są to swoiste podstawy:
  • Pisanie artykułu. Jeszcze nigdy nie było tak łatwe, jak teraz. Dzięki Dokumentom Google z których sam korzystam i polecam, napiszemy artykuł z każdego miejsca na Ziemi. Wystarczy założyć konto w usłudze Google. Zapomnijmy o Wordach, przenoszeniu plików na pendrive'y, wysyłaniu niedokończonych materiałów. Teraz zacząć pisać możemy w domu, kontynuować w pociągu, a skończyć w redakcji, jeśli z jakąś współpracujemy. Wszystko odbywa się online, tekst jest na bieżąco zapisywany, więc nie ma mowy o nagłym skoku napięcia, niespodziewanym restarcie komputera, a następnie biciu głową o ścianę bo-właśnie-skasowało-mi-prawie-skończony-tekst! Oczywiście wielka zaletą dziennikarstwa uprawianego w sieci jest możliwość edycji, uzupełnienia tekstu. Słuchajmy innych i doskonalmy nasze informacje. Kliknięcie przycisku "Publikuj" nie zamyka możliwości wpływania na treść. Sieć tym się różni bowiem od prasy tradycyjnej, że posiada również możliwość wciśnięcia przycisku "Edytuj". Sam nie pamiętam już, kiedy napisałem coś nie korzystając z Dokumentów Google. Oczywiście narzędzie posiada możliwość zapisu dokumentu do formatu Worda, więc w razie co jesteśmy zawsze w domu. Dokumenty Google są zintegrowane z pocztą Gmail, a zatem od razu możemy również wysłać co trzeba.
  • Linki. Sieć jest takim fajnym miejscem, które od swego zarania opiera się na linkach i linkowaniu. Internet czyta się trochę inaczej niż papierowe gazety. Pamiętajmy, żeby jeżeli tylko jest taka możliwość, dać czytelnikowi szansę poszerzenia wiedzy o wydarzeniu, na temat którego piszemy materiał. Jeżeli jest to inicjatywa jakiejś NGO, która przypadkiem posiada własną stronę - linkujmy!
  • Zdjęcia i filmy. Do zdjęć publikowanych w sieci wystarczy najprostszy aparat cyfrowy, a w skrajnych przypadkach, kiedy nie mam takowego pod ręką, nawet aparat w telefonie komórkowym. Liczy się mobilność, a mojo, czyli mobile journalism to trend obowiązujący w największych mediach świata. Zdjęcie musimy opublikować w internecie. Można to zrobić znowu dzięki Google'owej usłudze Picasa, ale moim zdaniem ciekawszy jest Flickr. Załadujemy tam szybko nasze fotografie, a następnie bez problemu podlinkujemy do nich tworząc materiał w innym miejscu w sieci. Analogicznie sprawa wygląda z filmami i serwisem Youtube.
  • Kanały RSS. Dzisiaj posiada je już niemal każdy szanujący się serwis, blog. Niezwykle pomocnym narzędziem do segregacji treści spływających z kanałów RSS jest Czytnik Google. Ciekawym rozwiązaniem jest także polski Cafe News. Dodajemy kanał z interesującej nas strony internetowej klikając na charakterystyczny, pomarańczowy kwadracik który znajdziemy pewnie gdzieś w górnej części jej menu. Kiedy jakaś nowa informacja pojawi się na tej stronie, czytnik RSS poinformuje nas o tym. Korzystając z tego narzędzia oszczędzamy czas - nie "biegamy" po witrynach w poszukiwaniu interesujących nas treści gorączkowo sprawdzając, czy pojawiły się jakieś newsy. Jednym słowem - wszystko pod kontrolą
  • Warto również założyć mikrobloga. Np. na Twitterze lub polskim Blipie. Dzięki nim możemy publikować szybkie, krótkie, jedno-dwu zdaniowe informacje. Czasami nie mamy możliwości, czasu lub okoliczności nie sprzyjają pisaniu dłuższego tekstu. Na przykład kiedy jesteśmy świadkami wypadku drogowego. Wówczas wystarczy, że zrobimy zdjęcie telefonem komórkowym, napiszemy krótką informację i opublikujemy za pomocą SMS na naszym mikroblogu. Możemy potraktować to jak nasz "czerwony pasek" na którym zamieszczamy breaking news'y (ostatnio podczas orkanu Emma który hulał po Polsce użytkownicy Blipa informowali "gdzie" i "jak" wieje, podobnie jak wcześniej Amerykanie relacjonowali swoje huraganowe przeżycia za pomocą Twittera).
No i najważniejsze:
  • Entuzjazm, zaangażowanie, lekkie pióro, kultura słowa i kultura osobista. Tego już nie nauczy nas Google :) Interesujmy się tym, co się dzieje w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Porzućmy typowo polskie "polityką to ja się w ogóle nie interesuje". Bądźmy zaangażowani w sprawy publiczne, bo zarówno parlament, jak i rady miejskie są przecież lustrzanym odbiciem społeczeństwa. Piszmy składnie, rzetelnie, potwierdzajmy źródła. Dużo czytajmy, ucząc się od najlepszych. Rada osobista - starajmy się nieść dobre wieści. Złymi niech zajmują się inni - i tak jest ich aż nadmiar.
To właściwie wszystko. Jak widać, pisać i blogować każdy może. Tylko od nas zależy, czy nasze materiały będą miały wpływ na mniejszy, czy większy fragment rzeczywistości. Najfajniejsze jest jednak to, że możemy ją opisywać i zmieniać.
piątek, 17 października 2008
Ostatnimi czasy sporo mówi się o ciągle malejącej roli prasy, czy wręcz o jej rychłej śmierci. Przytacza się spadające dane sprzedaży, snuje prognozy na przyszłość. Wydaje się, że prasa jest skazana na pożarcie. Sieć rośnie w siłę i "wysysa" młodych, potencjalnych czytelników papierowego słowa pisanego. Starych, wychowanych jeszcze w erze przed internetowej szybko zaś ubywa. W efekcie jedynym sensownym rozwiązaniem dla prasy jest poszukiwanie czytelnika w nieco innych rejonach. Czyli tabloidyzacja.

Ale czy prasa rzeczywiście będzie się już tylko "staczać" w tym kierunku? Niekoniecznie. Moim zdaniem znacznie bardziej prawdopodobna jest konwergencja mediów papierowych z internetowymi, a konkretnie z blogami. Liczba nowych blogów rośnie w zastraszającym tempie. O ile jeszcze kilka lat temu ich liczbę można było mierzyć w setkach tysięcy, tak teraz na całym świecie blogi pisze już ponad 70 milionów ludzi. Prawdopodobnie w czasie pisania tego zdania, gdzieś na Ziemi, jakieś kilkadziesiąt osób kliknęło na tej, czy innej platformie blogowej w przycisk "załóż bloga" lub opublikowało właśnie swój pierwszy wpis. Znakomitej większości z nich nigdy nie przeczytamy. Nie dowiemy się kto i że w ogóle pisze bloga na dany temat. Ale mimo wszystko, z tej masy ludzi, stanowiącej w swej liczbie prawie podwojoną populację Polski, musi wyłonić się całkiem spora rzesza pasjonatów, fachowców, czy artystów, którymi wyrażą zainteresowanie tradycyjne media.

Może nie będzie to zbyt odkrywcze (sam żadnym fachurą od nowych mediów nie jestem, ale pasjonatem i owszem ;)), ale zauważyłem, że media, a szczególnie telewizja, od pewnego czasu zaczynają rozwijać się dwutorowo. Z jednej strony postępuje właśnie tabloidyzacja - pogoń za skandalem, gestem, śledzenie rzeczywistości nie od strony merytorycznej, ale socjotechnicznej. Tutaj blogerzy nie mają czego szukać. Z drugiej strony media są coraz bliżej "zwykłych ludzi". Stają się coraz bardziej lokalne. Powstają kanały regionalne (ośrodki TVP Info, świeży TVN Warszawa, w siłę rosną również dodatki lokalne do gazet), a reporterzy terenowi stanowią silną przeciwwagę dla dziennikarskiej śmietanki grasującej na co dzień po Sejmie. Wydaje mi się, że te kierunki rozwoju będą się pogłębiać. Do tego dochodzi kwestia zmiany "stylu" odbioru mediów. Szukamy tylko tego, co NAS interesuje, a nie jak kiedyś, jesteśmy zdani na ramówkę danego kanału. Do tego coraz częściej lubimy sami brać udział we współtworzeniu informacji. To wszystko sprawia, że nowe media, takie jak jak blogi (ale także lokalne portale, stowarzyszenia) będą brać odgrywać coraz większą rolę w kształtowaniu rzeczywistości.

Blogi śledzące np. lokalną scenę polityczną mają szansę być bardzo kompetentnym współpracownikiem i źródłem informacji dla dużych mediów krajowych. Bo kto lepiej niż one zna i rozumie złożoność danej sytuacji? To one na co dzień zajmują się problemami w danym mieście czy miasteczku. Kiedy wychodzi na jaw afera, czy żeby nie być pesymistą - inicjatywa, która nagle trafia do mainstreamu informacji, to ów lokalny serwis, blog typu "watch" wie najwięcej. Już dzisiaj prezentując informacje z regionów, duże media cytują lokalne. Są to najczęściej króciutkie "setki" rzucane do kamery, a kończące się wyjaśnieniem typu - "... - mówił Jan Kowalski z portalu E-Szczebrzeszyn.pl" albo "... - uważa Piotr Nowak, twórca bloga Mój Pcim Dolny.pl". Co stoi na przeszkodzie, aby Ci lokalni "kontrolerzy" stali się pełnoprawnymi uczestnikami dyskursu? Żeby zapełnili gazetowe szpalty? Wprost już teraz łowi w swoim Blogboxie co ciekawsze komentarze i drukuje je w papierowym wydaniu gazety. Myślę, że to jak najbardziej słuszny, ale i konieczny kierunek działań. Tradycyjne media muszą się odświeżać, dostosowywać do nowych warunków, aby zdobyć nowych czytelników.

Pozostaje kwestia wiarygodności tego typu nowych mediów. Przyjęło się przecież, że bloger może napisać każdą głupotę, popełniać kardynalne błędy merytoryczne, nie potwierdzać informacji w kilku źródłach, bo... po co? Blog jest przecież tylko blogiem, dodatkiem, zabaweczką. To stereotypy. Po co niby bloger miałby bruździć na swoim własnym podwórku? Po to stworzył bloga i regularnie patrzy na ręce lokalnym urzędnikom? Pomijając nieliczne przypadki zawistnych trolli, raczej ciężko obronić taki pogląd. Ci ludzie informują dlatego, że uważają swoją działalność za potrzebną, a poza tym sprawia im to frajdę. W przeciwieństwie do - jak to się niekiedy brzydko mówi - pracowników mediów - mówią o swoich sprawach, bo bezpośrednio ich one dotyczą. Nagłaśniają sprawę spleśniałej kiełbasy w pobliskim spożywczaku, bo codziennie robią w nim zakupy, sprawę ścieków zanieczyszczających pobliski staw, bo co roku w lato nad nim wypoczywają, czy wreszcie sukces lokalnych wolontariuszy którzy wyremontowali przedszkole, bo - no właśnie - "patrzcie, to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!". Ot, dziennikarstwo oddolne. Które w moim mniemaniu ma szansę uratować podupadającą prasę.

Jeszcze prasa nie zginęła, póki blogi żyją. Tak myślę.
11:33, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 października 2008
Co jakiś czas ktoś decyduje się sformułować dosyć smutną tezę, iż wraz z rozwojem internetu miałoby jakoby zanikać czytelnictwo wyczerpujących temat, prawdziwych, naukowych pozycji. Książek, czasopism, gazet. Zamiast uporządkowanej wiedzy, sprawdzonej i przemielonej przez redakcyjne gremia informacji, czy sążnistej analizy czegoś tam, internauci wolą treści krótkie i skondensowane. Fachowe czasopisma upadają, gdyż cała wiedza i informacja spływa w całej swej nieuporządkowanej masie przez czytniki RSS wprost na monitory coraz bardziej uzależnionych od niej czytelników. Informacje podawane na blogach, szybkie newsy, mimo iż wyrywkowe i ledwo ślizgające się po temacie, często wygrywają z rzetelnymi opracowaniami dziennikarzy w prasie tradycyjnej. "Tabloidowa nieco maniera upowszechniania wiedzy", jak nazwał tę prawidłowość Paweł Wimmer zdaje się brać górę.

Skoro jednak pewne informacje można mieć znacznie szybciej i do tego za darmo? Nic dziwnego, że kusi. Przede wszystkim zmienił się sposób jej podawania. Nie jest prawdą, że sieć nie dostarcza uporządkowanej wiedzy. Dostarcza, tyle, że rozproszoną. Istnieje masa fachowych blogów. Rzecz w tym, że rolę redaktora naczelnego przejmuje sam czytelnik. Sami wybieramy, których ekspertów i na jaki temat zdanie mamy zamiar poznać. Mało tego - zebrana w ten sposób wiedza jest pełniejsza, gdyż sieć pozwala na szybkie aktualizacje, uzupełnienia danej kwestii.

Poza tym - czy nie jest odwrotnie? Czy to aby nie czasopisma muszą się ograniczać z powodu swojej stałej objętości? Czy nie muszą maksymalnie skracać informacji w tym celu? Papierowe media nie znają pojęć takich jak edit, czy update. Poza tym, czy ci "prawdziwi dziennikarze" w redakcjach nie korzystają z internetu? I to jeszcze jak! Wyobrażacie sobie działanie średniej nawet redakcji, bez możliwości weryfikacji informacji w sieci? To chyba standard. Inna sprawa, że niekiedy po prostu "nie ma co zbierać". Życie w sieci płynie szybko i równie szybko jest wyjaśniane. Zanim redaktor czasopisma zdąży dobrze rozsiąść się na krześle celem poszukiwania w sieci opinii na temat startu nowego portalu, szybko zorientuje się, że jest już "pozamiatane". Bo w sieci ów portal został zrecenzowany na wszystkie sposoby. Dziękuję, może Pan iść na kawę.

Każdy, kto miał do czynienia ze składaniem gazety lub czasopisma na określony termin wie, że deadline wymusza niekiedy puszczanie do druku totalnych, za przeproszeniem "pierdów". Po prostu musi się znaleźć jakaś zapchajdziura. Bloger (za wyjątkiem "pracowników" blogoidów etc) nie ma tego problemu. Publikuje, kiedy chce.

Owszem, zdarzają się w sieci nieścisłości. Ale czy nie ma słabych książek na półkach księgarń? Internet ma o tyle przewagę nad innymi mediami, że podawana w nim informacja nie jest skończona. To nie jest artykuł raz opublikowany w gazecie i puszczony do kiosków w całej Polsce. Bo to w ogóle nie są artykuły. Jak uważa Jeff Jarvis, w sieci, na blogach publikujemy wpisy, posty - jako całkiem nowy gatunek. Zawierają linki, możliwość szybkiego komentarza, dyskusji z autorem, korekty, uzupełnienia. Tym samym śmieci łatwo jest wyeliminować.

Oczywiście uporządkowana wiedza gazetowa ma swoją wartość. Przede wszystkim np. wielką analizę strategiczną konfliktu w Gruzji lepiej czyta się spokojnie przy biurku lub w fotelu, niż łypiąc przekrwionymi oczyma na monitor. To niewygodne i męczące. Kwestia komfortu. Poza tym są jeszcze zwykłe przyzwyczajenia i chęć pewnego kultywowania codziennego rytuału czytania gazety. To tak samo, jak z MP3 i albumami na CD. Jako fan i słuchacz tego, czy innego wykonawcy, lubię mieć fizycznie jego płytę na półce. Zachwycić się okładką, odpalić nośnik w odtwarzaczu. W każdym z nas jest coś z tradycjonalisty.
poniedziałek, 15 września 2008
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (przyznaję, że nie bardzo wiem czym się ta instytucja zajmuje i po co istnieje; to znaczy mniej więcej tak i mógłbym doczytać w Wiki, ale nie mam za bardzo takiej potrzeby) wymyśliło, że dziennikarzem będzie można być tylko wtedy, kiedy skończy się dziennikarstwo (jako kierunek studiów, minimum licencjat) i odbębni czteroletni staż pracy.

Dziennikarzem zawodowym, rzecz jasna. Bo reszta, to wiadomo - amatorka. Ponoć w Ministerstwie Kultury trwają prace nad zmianą prawa prasowego, w którym ma się znaleźć taki zapis.

SDP twierdzi, że dziennikarz jest zawodem zaufania publicznego. Dlatego należy go zamknąć jak kilka innych. De facto proponuje więc stworzenie kolejnej korporacji, podwyższenie progu wejścia doń i ograniczenie normalnych reguł "rynkowej gry" na giełdzie dziennikarskich głów. Oczywiście w dzisiejszych czasach internetu, blogów i portali obywatelskich, jest to pomysł przed-przedpotopowy i wywołujący wśród internautów zainteresowanych mediami uśmiech politowania (oczywiście szanuję zdanie nielicznych zwolenników "uporządkowania prawa" ;)).

Moim zdaniem jest to postawienie idei dziennikarstwa na głowie, bo uważam, że dobry dziennikarz powinien przede wszystkim mieć lekkie pióro, ciekawość świata i pasję w tym, czym się zajmuje. Dziennikarzem można być przecież zarówno po fizyce i pisać do magazynów naukowych świetne artykuły, jak i po turystyce i pisać świetne reportaże z podróży, a nawet i po AWF - zajmując stołek szefa redakcji sportowej w tej, czy innej gazecie. A co - skoro ciekawie pisze i się zna? Studia to powinien być rozwój zainteresowań, a nie furtka do tej, czy innej korporacji.

Zresztą przed II wojną światową mało który dziennikarz miał wykształcenie dziennikarskie. Polecam świetny wpis na ten temat na blogu Grudeq'a. Przytoczę tylko jeden fragment w całości:

"Spogląda człowiek na przedwojenne życie prasowe. Jakie nazwiska! Jakie polemiki. I tutaj kolejne ciekawe porównanie. Żaden z nich nie ma wykształcenia dziennikarskiego. Są filologami, prawnikami, historykami, wojskowymi, lekarzami. Mój wykładowca od Prawa Prasowego Prof. Jacek Sobczak mawiał tak, że jak rodzice nie wiedzą co z dzieckiem swoim zrobić, albo dziecko nie wiem kim chce być to zostaje dziennikarzem. No bo co to znaczy być dziennikarzem? To znaczy znać się na wszystkim. A kto zna się na wszystkim nie zna się na niczym. Wmawia się studentom dziennikarstwa, że po tych studiach to będą dziennikarzami, a tak właściwie do pracy dziennikarskiej potrzebna jest tylko umiejętność zgrabnego pisania, pewnej ciekawości a przede wszystkim jakaś pasja, pasja życia i znajomości świata. Którą nabyć można na każdym kierunku studiów albo po prostu żyjąc tu i teraz. A tak mamy dziennikarzy przekonanych, że znają się na prawie, na ekonomii, na gospodarce, na historii. I wmów im, że jest inaczej."

Przecież w małych miasteczkach toczy się normalne, dziennikarskie życie animowane przez lokalnych "zajawkowiczów". Pomijając lokalne dodatki do "dużych gazet", wychodzą periodyki wydawane przez filantropów, przedsiębiorców drukujących takie tytuły za własne pieniądze. A kto tam niby pisze - zawodowi dziennikarze? Lekarz pisze, prawnik, nauczycielka, student. Mało tego - często taka gazetka jest jedynym tytułem prasowym tworzonym przez mieszkańców i poruszającym ich realne problemy.

Oczywiście nie wspominam nawet o lokalnych portalach, oraz o blogach, serwisach, dziennikarzach obywatelskich...

Odnoszę wrażenie, że SDP żyje w swoim świecie i nie bardzo orientuje się w zmianach jakie zachodzą w światowych mediach. Prawo prasowe trzeba zmienić, bo to które obowiązuje teraz, to jakiś koszmarek pozostały z czasów słusznie minionych. Ale po co zamieniać siekierkę na kijek? Nie wiem. Poza tym nie mam jakoś dziwnie zaufania do tych wszystkich stowarzyszeń - SDP-ów, ZAIKS-ów i tak dalej. Idźcież w końcu wszyscy krok do przodu :).
niedziela, 14 września 2008
Przynajmniej na razie.

Dominik Kaznowski zastanawia się u siebie na blogu, dlaczego w Polsce dziennikarstwo obywatelskie się nie rozwija. Pyta, co z internautami, którzy powinni kontrolować media. Tymczasem wrzucają jedynie zdawkowe "komentki" na blogach i forach.

Otóż moim zdaniem, dziennikarstwo obywatelskie rozwija się i ma się całkiem dobrze w terenie. To przede wszystkim działalność lokalna. Lokalne portale, prasa. Pomyślcie - znacznie większą ilość obywateli interesuje ich własne podwórko, a nie trójkąt "Sejm na Wiejskiej - pałacyk MSZ - Pałac Prezydencki". Słusznie Dominik Kaznowski pisze, że jest za wcześnie. Jest też zwyczajnie za głupio.

Polska to nie jest póki co Dania, Finlandia, czy choćby Francja, gdzie społeczeństwo obywatelskie działa sprawnie, angażuje się w rozliczne kampanie społeczne, ma realny wpływ na kierunek polityki państwa. My też chcemy superszybkiej sieci o wysokiej przepustowości bo zazdrościmy Skandynawom i co? Będziemy zamiast tego płacić haracz na KRUS bo taki jest wynik koalicyjnej gierki.

Koalicyjne gierki mało interesują przeciętnego Kowalskiego.

Musi upłynąć jeszcze trochę wody, zanim wykształcimy w pełni sprawne społeczeństwo obywatelskie zdolne wykształcić ruch dziennikarzy obywatelskich wpływających na władze centralne. Kiedy to nastąpi? Moim zdaniem wtedy, kiedy dzisiejsi - powiedzmy - trzydziestolatkowie, którzy robią obecnie biznesy, zechcą zająć się polityką. Coś jak Łukasz Foltyn. Jego kandydatura z list PSL to była moim zdaniem trochę śmiechawka, aczkolwiek rozumiem, że był jedyny. Wtedy będzie można mówić o prawdziwej reprezentacji w parlamencie ludzi młodych. Ja np. cały czas czekam na takie ugrupowanie. Mądre, rozumiejące reguły rynkowej gry jaką kieruje się biznes, aczkolwiek nie dogmatyczne, znające świat i potrzeby współczesnego, nowoczesnego państwa. A tymi potrzebami są minimalizowanie wykluczenia społecznego i informacyjnego poprzez oplatanie kraju siecią szybkiego internetu, edukacja i szeroko rozumiany dialog z partycypującymi we władzy organizacjami pozarządowymi.

Póki co mamy do czynienia (niezmiennie od '89) z czymś w rodzaju kolejnych planów czteroletnich. Wiecie na czym one polegają? Partie obmyślają co powiedzieć w telewizji i pokazać na billboardach, żeby przez 4 lata sobie porządzić. Po czym administrują przerzucając się bzdurnymi gadkami na konferencjach, tłumacząc ten fakt uczestnictwem w partyjnej grze w ramach demokracji medialnej.

Czy to może być ciekawe dla potencjalnego dziennikarza obywatelskiego, który chce pisać o sprawach kraju, kontrolować władze? Są blogerzy, różne Tusk Watch, albo Lech Kaczyński Watch, ale poziomem nie odbiegają zasadniczo od owych "komentków" na forach. Internauci często gęsto zachowują się jak klakierzy poszczególnych partii, a nie jak obywatele. I w internecie również liczy się błysk, news, "setka". Podziały w polityce odzwierciedlają podziały w społeczeństwie. Sieć to chyba również nie jest "miejsce na chwilę wyhamowania", a przynajmniej na razie i w tym temacie.

Czy kogoś interesuje rzeczywisty, oddolny ruch ze strony internautów na stworzenie takiego miejsca? Mnie tak i w gruncie rzeczy pytania Dominika Kaznowskiego skłaniają do refleksji. Myślę, że ten blog to dobre miejsce, aby zacząć od siebie, prawda? :)
niedziela, 31 sierpnia 2008
Blog Day 2008

Wiadomo, dzisiaj Blog Day. Każdy zainteresowany wie o co chodzi, albo może się dowiedzieć odwiedzając stronę całej akcji. Przejdźmy więc do rzeczy. Polecam od siebie następujące blogi:

Buzz Machine - Blog Jeff'a Jarvis'a. O nowych mediach, o dziennikarstwie obywatelskim, o przyszłości informacji. Bardzo ciekawe, analityczne spojrzenie na wiele spraw. Cholernie wciągający w tematykę.

Klocki Lego dla dorosłych - jestem z pokolenia klocków Lego kupowanych jeszcze w Pewexie. Którz z nas nie bawił się Lego? Kawał dzieciństwa. Dopóki nie odwiedziłem tego bloga po raz pierwszy, nie sądziłem, że istnieje tak prężna "scena" tzw. AFOL'i, czyli dorosłych fanów Lego. Cuda ludzie wyczyniają.

Polygamia - chyba najlepiej w tej części Europy poinformowany blog z dziedziny wspaniałej rozrywki, jaką są gry komputerowe. Linkują do niego najwięksi blogowi i nie tylko gracze w tym temacie na świecie. Pogrywasz? Czytaj Polygamię.

USA2008 - blog na czasie. Opisuje kampanię prezydencką w USA. Jeśli kogoś interesuje, jak "robi się" profesjonalną politykę lub po prostu lubi być na bierząco z dobrym serialem telewizyjnym p.t. Kampania prezydencka w USA - polecam. Jest to też po części blog o tym, co Nas czeka w Polsce za jakiś czas. Dobrze wiedzieć i być przygotowanym ;)

Świat Inaczej - "blog o zagranicy - ale dalekiej. Indie, Chiny, Brazylia, Bangladesz, Pakistan, Nepal i inne". Ciekawe spojrzenie na sprawy regionów, które czasami wydaja się nam odległe geograficznie. Ten blog dowodzi, że w dobie globalizacji są nam jednak niezwykle bliskie. Autor zamieszcza od czasu do czasu autorskie filmy, co jest sporym plusem tego bloga.
piątek, 22 sierpnia 2008
Zacznę może od tego, że wczoraj na Blipie uciąłem sobie z Markiem Millerem krótką "dyskusję" na temat dziennikarstwa obywatelskiego. Oto jej zapis:
  • mmiller: Definicja dziennikarza obywatelskiego? freelancer bez pensji. Dobre.
  • mmiller: Lepsze: ktoś, kto chce mieć przywileje dziennikarza, ale bez obowiązujących dziennikarza zasad i odpowiedzialności poprzez dodanie przymiotnika 'obywatelski'
  • mmiller: Nie mam nic do dziennikarstwa obywatelskiego. Po prostu chwytliwy slogan.
  • matesky: albo ktoś, kto nie chce zrzeszać się w bzdurnych i nie na te czasy stowarzyszeniach dziennikarzy oceniających, kto jest dziennikarzem, a kto nie ;]
  • mmiller: słuszna uwaga... Poza tym, być może to idealistyczne, ale ja wciąż uważam, że dziennikarstwo nie jest wykonywanym zawodem. Taka misyjność :)
  • mmiller: i nadal dziennikarz obywatelski pozostaje dla mnie pustym sloganem
  • matesky: no właśnie, dziennikarstwo to wolny zawód, a obywatelskie? bardziej wolny? :) od regulaminów, gdzie jedynym kryterium oceny są opinie czytelników?
  • mmiller: Gdzie się kończy dziennikarstwo obywatelskie?
Po czym Marek oczywiście wyjaśnił w stosownym wpisie, gdzie kończy się dziennikarstwo obywatelskie. Zastanawia się w nim, czy aby tradycyjnego dziennikarza, nie różni od obywatelskiego tylko fakt pobierania stałej pensji? Przytacza przykład serwisu dziennikarstwa obywatelskiego Allvoices, który zwodzi ochotników możliwością zarobku za publikowane teksty (przypomnę, że nasze Wiadomości24 też płacą za newsy). Nie uważam takiego działania za przekłamanie idei dziennikarstwa obywatelskiego czy coś podobnego, wręcz przeciwnie. Marek uważa jednak, że pobierający kasę za teksty amatorzy nie powinni nazywać się już dziennikarzami obywatelskimi, gdyż "ich cel ulegnie zmianie - z chęci bycia usłyszanym na chęć zarobienia paru groszy".

Komentujący ten wpis Maciek Lewandowski również zgadza się ze stanowiskiem autora
i twierdzi, że dziennikarz obywatelski "pisze w celu informowania innych, a nie w celu zarabiania pieniędzy".

Cóż, mam inne zdanie.

Według mnie należało by się zastanowić nie nad tym, gdzie kończy się dziennikarstwo obywatelskie. Raczej nad tym, gdzie się zaczyna. W tym celu pogrzebałem w sieci w poszukiwaniu interesujących mnie materiałów i pokusiłem o ułożenie definicji dziennikarza obywatelskiego.

Zacząłem od świetnego wpisu Dan'a Gillmor'a na Center for Citizen Media Blog p.t. Skąd wziął się (termin) "dziennikarz obywatelski"? Już na wstępie Gillmor stwierdza, że jest to wielkie pytanie i nie ma na nie równie wielkiej odpowiedzi. Po czym opowiada, jak puścił "tweet" na Twitterze z powyższym, w oczekiwaniu na informację zwrotną. Zdaniem Gillmor'a dziennikarstwo obywatelskie to przede wszystkim działanie dla dobra społeczności lokalnej (nie ma mowy o tym, czy za pieniądze, czy nie, chociaż dalej pada termin dziennikarstwa społecznego).

Gillmor datuje jego początek na końcówkę lat '80 ubiegłego stulecia i stwierdza, że jest efektem epoki cyfrowej. Postępująca "demokratyzacja mediów", coraz szerszy dostęp do narzędzi ich tworzenia (blogi są jednym z pierwszych i najpotężniejszych!) tworzy nowe stosunki na linii media-obywatel. Obywatel zaczyna uczestniczyć w tworzeniu mediów. Oczywiście nie każdy, chociaż Oh Yeon Ho, założyciel koreańskiego OhMyNews, pionier w dziedzinie internetowego dziennikarstwa obywatelskiego twierdził, że "każdy obywatel jest reporterem". Generalnie jednak chodzi o to, że każdy obywatel ma możliwość bycia częścią wielkiego medialnego ekosystemu.

Jeff Jarvis na BuzzMachine przytacza "najkrótszą" definicję dziennikarstwa obywatelskiego w wykonaniu Jay'a Rosen'a: kiedy ludzie, którzy dawniej byli bierną publicznością, wchodzą w posiadanie narzędzi do tej pory dostępnych dla prasy i zaczynają się za ich pomocą informować, stają się dziennikarzami obywatelskimi. Celne.

W innym poście Gillmor'a pojawia się m.in. problem "połączenia" dziennikarzy pracujących w dużych mediach z lokalnymi społecznościami. Czy są one wystarczające? A czy są one wystarczające u nas, w Polsce?

Moim zdaniem media po wielu tematach ledwie się ślizgają. Takie programy jak "Prosto z Polski" w TVN24 poruszają lokalne problemy, ale to zaledwie czubek góry lodowej. Nikt nie zna często-gęsto chorych sytuacji wynikających z istnienia skostniałych struktur lokalnej władzy lepiej, niż miejscowi. Żaden korespondent nie zajmie się tymi tematami lepiej niż lokalne, wyrastające ostatnio jak grzyby po deszczu lokalne portale, tworzone z reguły przez amatorów z zacięciem do społecznej kontroli. I te portale, szczególnie w mniejszych miastach, szybko stają się pełnoprawnym uczestnikiem lokalnej, medialnej gry. Coraz częściej też dobrym początkiem przy drążeniu jakiejś lokalnej sprawy przez duże media, jest zwrócenie się o pomoc do takich lokalnych portali. Swoisty pomost. Nie muszą od razu "łykać" tego, co pisze i uważa miejscowa ludność. Ale mają rozeznanie w temacie.

W efekcie i tak najlepsi dziennikarze obywatelscy, czy tego chcą, czy nie, będą trafiać do dużych mediów jako lokalni sprawozdawcy. Duże media będą przeciągać ich treści, a nawet ich samych. Lokalne portale "opowiadając historie" z własnych podwórek mimowolnie będą wychodzić z tej roli, wrastać w medialny ekosystem. Argument przeciw? Amatorzy mają za nic zasady etyki i rzetelności dziennikarskiej. Ale tu również działa selekcja naturalna. Najbardziej rzetelni, przejrzyści i fachowi przetrwają.

W tym momencie pojawia się poruszona na początku kwestia płacenia za materiały. Zdaniem Gillmor'a, duże media zechcą wypełnić luki w terenie po prostu płacąc lokalnym mediom za ich informacje. Moim zdaniem jest to tak oczywiste, że nie ma sensu zastanawiać się, czy przymiotnik "obywatelski" takim dziennikarzom jeszcze się należy, czy już nie.

Dziś natomiast natknąłem się w Wiadomościach24 na zaproszenie do udziału w konkursie Obywatel Reporter, gdzie stwierdzono, iż "dziennikarzem obywatelskim może być każda osoba, która jest uważnym obserwatorem i której bliska jest troska o jej społeczność i środowisko, w którym żyje. Mniejsza znaczenie ma, czy osoba taka potrafi pisać czy kręcić filmy - tego zawsze można się nauczyć! Ważniejsze jest to "coś", które powoduje, że widzi się więcej niż przeciętna osoba i chce się coś zrobić, żeby było lepiej".

Podsumowując, krótka definicja dziennikarza obywatelskiego mogłaby brzmieć:

Dziennikarzem obywatelskim jest osoba zainteresowana swoim lokalnym środowiskiem, informująca o jego sprawach z wykorzystaniem dostępnych narzędzi do publikacji tekstu, dźwięku i obrazu oraz szanująca prawo i zasady etyki dziennikarskiej, współpracująca z innymi dziennikarzami obywatelskimi, a także innymi mediami, w celu kontroli bądź przekształcenia tego środowiska.

Taka robocza wersja ;-). Jeśli chcielibyście coś dodać - to - poza komentarzami - zamiast "tweeta" puszczam "blipa" i pytam - gdzie zaczyna się dziennikarstwo obywatelskie? Kłamstwa, półprawdy i prawdy oczywiste zostaną spisane, opublikowane i poddane pod dyskusję ;-).
sobota, 09 sierpnia 2008
Sezon ogórkowy w pełni, więc będzie krótko i na luzie. Kilka miesięcy temu napisałem posta p.t. JK kocha internautów, który wywołał sporo szumu, bo przytoczyłem tam znane wszystkim słowa Jarosława Kaczyńskiego o "piwku i filmikach". Ostatnio natchnąłem się na Youtube na następujący "filmik" pochodzący z archiwum telewizji internetowej WPTV:

Jak widać na załączonym obrazku, nadal nie wszyscy doceniają zalety internetu. Jan Englert, to nie byle kto. Znany aktor, dyrektor teatru, a zatem rzec można - kwiat inteligencji.

Ten "filmik", to jest test na Waszą dorosłość. Czy dorośliście już do słuchania autorytetów? Jeśli tak, to weźcie sobie do serca jego słowa, wyłączcie sieć i idźcie na spacer. Ba, jeśli macie jakieś swoje "prywatne blogi", to pokasujcie wszystko w diabły! To źle działa na indywidualność. Żyjemy w podłych czasach. Wystarczy kliknąć i wszystko jasne.

Nie wiem, czy JE rzucił to ot tak, czy mówił na poważnie - ale jak to dobrze, że internet jest miejscem dla ludzi prostych, gdzie każdy może wyrazić swoje zdanie, założyć bloga, napisać newsa. Jakoś uspokaja mnie myśl, że nie mam do dyspozycji jedynie dwóch kanałów tv, które będą mnie na siłę edukować kulturalnie.

Być może niektórzy tęsknią...

czwartek, 24 lipca 2008
Czym dokładnie jest Google Knol, który właśnie wystartował, można przeczytać w wielu różnych miejscach, a zatem nie będę się powtarzał. Odsyłam na sąsiednie blogi oraz serwisy. W skrócie - Google Knol to najnowszy element ekspansji "wielkiego G" na kolejne połacie aktywności i życia w sieci. Ma za zadanie zakasować konkurencję - głównie Wikipedię - na polu gromadzenia wiedzy. Wolnej wiedzy - dodajmy.

Jest to więc kolejne narzędzie którym powinni zainteresować się wszyscy tworzący jakieś treści w internecie. Pisałem niedawno o współpracy sieciowych dziennikarzy z czytelnikami oraz innymi dziennikarzami. Ma ona polegać na publikowaniu artykułów, które następnie są rozwijane i poszerzane poprzez feedback płynący od czytelników. Taka informacja żyje, jest dokładniejsza, lepiej "sprawdzona", niekiedy bardziej fachowa.

Google Knol pozwala na pisanie artykułów i ich publikację. Niby nic nowego. Tym, co go jednak odróżnia od Wiki (poza kwestią możliwości umieszczania reklam AdSense obok tekstów - którą pominę) jest przypisanie materiału do autora (Google Knol jest bowiem narzędziem dla użytkowników posiadających swoje konto w Google). A, jak wiemy - każdy tego typu autor, bloger, dziennikarz obywatelski - jest twórcą lub współtwórcą nowych mediów. Stąd już niedaleko do tworzenia zbiorowej, otwartej skarbnicy wiedzy. W Google Knol możemy bowiem określić, czy tworzymy zamknięty materiał, pozwalamy zgłaszać ewentualne poprawki (autor działa wówczas jako moderator), czy też publikujemy całkowicie otwarty tekst. Działamy w grupie, lub piszemy sami. Jesteśmy oceniani (znany system "gwiazdek"). Możemy także zastrzec prawa do artykułu, bądź wybrać i oprzeć go na licencji Creative Commons.

Jesteśmy zatem twórcami autorytatywnych opinii na interesujące nas tematy. Konfrontujemy naszą wiedzę z opiniami czytelników. Dbamy o profesjonalizm treści. I mimo że Google Knol to w założeniu miejsce dla ekspertów dzielących się swoją fachową wiedzą - jak np.ten naukowiec - to przecież można go używać także w nieco "lżejszej" formie, lub po prostu informować, pisać sprawozdania etc.

To wszystko sprawia, że Google Knol staje się kolejną usługą wspierającą wolną kulturę i wolne media. Ponadto jest bardzo łatwy w obsłudze. Pierwsze uruchomienie panelu wywołało u mnie jedno skojarzenie - Wordpress. Gros blogerów jest zatem w domu.

Google Knol to na pewno ciekawa inicjatywa. Przynajmniej mi bardzo się spodobała. Być może w przyszłości Google pokusi się o integrację Knol'a z jednym lub więcej popularnych CMS? Albo stworzy swój (prędzej - w końcu to Google), gdzie grupy internautów będą tworzyć wspólnie pakiety informacji na dany temat, lub całe "własne" serwisy obywatelskie? Hostując zdjęcia w Picasa oraz wykorzystując GoogleMaps? Architektura jest.

Na koniec - nie uważacie, że po zakupie Digg.com przez Google, Knol stanie się niezłym dostarczycielem ciekawych treści dla tego pierwszego? Opcja wygrzebania pewnie prędzej czy później się pojawi.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8