Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

sobota, 12 lipca 2008
Na blogu Netto reuptake opublikował dzisiaj krótką notkę na temat wpadki jednego z banków. Na stronie banku, gdzie można było zamieszczać swoje CV nie zabezpieczono tych danych, w wyniku czego jeden z hakerów włamał się nań i udostępnił setki CV szerokiej publiczności.

W tym momencie na scenę wkroczył serwis (dziennikarstwa obywatelskiego) Alert24, który zamieszczając, jako się rzekło, rzeczywiście newsowy "czerwony alert", nie miał skrupułów umieścić w nim linku do owych CV. Okraszając jednocześnie newsa niemal reklamowym sloganem "Setki CV do obejrzenia w sieci!". Obecnie news znajduje się również na stronie głównej Gazety.

Reuptake zastanawia się, gdzie są granice "dziennikarstwa obywatelskiego". Cudzysłów przy tym terminie w odniesieniu do Alert24 może i jest słuszny. Czy podanie linku do poufnych danych setek ludzi nie jest działaniem pasującym raczej do dziennikarskich hien, niż do dziennikarzy obywatelskich? Owszem.

Ale odpowiem reuptake w następujący sposób:

Pytając kiedyś o to, "kto nie jest dziennikarzem obywatelskim", mniej więcej wyraziłem swoje zdanie na temat Alert24. W skrócie: uważam, że jest to serwis sensacyjny, a zadaniem jego autorów jest przynosić sensacyjne newsy. Inaczej mówiąc, ten serwis jest tabloidem.

Moim zdaniem, skoro sieć i dziennikarze obywatelscy zyskują na znaczeniu kosztem prasy drukowanej, zapełniają również podobne segmenty rynku co prasa. A jeżeli na rynku prasy mamy Dziennik, Tygodnik Powszechny, czy Politykę, ale też i Super Express (pamiętamy wszyscy zdjęcie Waldemara Milewicza z Iraku, czy ostatnie "głowy Niemców") i masę brukowców - nie ma się co dziwić, że podobne podziały mają miejsce wśród dziennikarzy obywatelskich. Każdy news znajdzie swojego czytelnika.

To, czy Alert24 łamie prawo publikując link do tych CV pozostawiam bez komentarza, bo się na tym nie znam. Ale tabloidy lubią się przecież sądzić. Może mają to wkalkulowane w swoją działalność?

Podsumowując: ktoś musi pisać świetne obywatelskie relacje z Europarlamentu, koncertów, dyskutować o lokalnych problemach, żeby publikować link do poufnych danych mógł ktoś.
czwartek, 10 lipca 2008
Uważam, że dziennikarstwo uprawiane w sieci niesie ze sobą spory ładunek nowych wartości. Dotyczy to w szczególności autorów piszących "na poważnie", mających coś konkretnego do przekazania. Mimo iż generalnie samo dziennikarstwo obywatelskie nie jest być może (na razie) do końca poważnym zjawiskiem, to jednak efekt "kuli śnieżnej" która porywa coraz szersze masy robi swoje. Co mam na myśli?

Żyjemy podobno w epoce postnaukowej. W zabieganym świecie sieć staje się jedynym sensownym miejscem budowy, odbudowy oraz podtrzymywania relacji i więzi społecznych. Nie mówię tutaj o masowym "komciowaniu" pod świeżo-co-dodanymi fotkami na Naszej Klasie. Chociaż i owe stanowi jakiś odprysk i prymitywną formę interakcji międzyludzkich. Chodzi mi raczej o tworzenie sieci społecznych, w których rodzi się jakaś głębsza myśl ("zbiorowa mądrość" to modne ostatnimi czasy określenie).

Uważam, że dziennikarstwo obywatelskie zacznie z czasem zbaczać z tradycyjnego kursu "informowania" (to jednak pozostanie domeną wielkich agencji, nawet z pracownikami wyposażonymi we wszelkie atrybuty dziennikarzy obywatelskich i pozostających z nimi w relacjach obustronnej współpracy). Co innego kwestie nowych form organizowania się, zawiązywania wielkich obywatelskich inicjatyw, kwestie kultury masowej. Informowanie zacznie zapewne ustępować im miejsca.

Wbrew pozorom i współcześnie lansowanym wzorcom, człowiek pozostaje istotą społeczną i najlepiej czuje się w towarzystwie podobnych mu osobników. Oczywiście zdarzają się aspołeczne jednostki, często zresztą wybijające się ponad przeciętność i zorientowane na własny rozwój oraz zabezpieczenie codziennego bezpieczeństwa i komfortu życia. Co jednak im szkodzi włączyć się w tę spiralę "zbiorowej mądrości"? Sieć jest takim miejscem, gdzie proces ten odbywa się niemal bezboleśnie i przynosi zarazem sporo funu i satysfakcji.

Ludzie bardzo polubili społeczności w sieci i wszelkie związane z nimi interakcje. Znacznie bardziej niż suche informowanie o faktach. Dziennikarstwo obywatelskie tworzyć będzie zatem media społeczne, w których ważniejsza jest dyskusja. Wyobraźmy sobie jak podatny jest to grunt pod przyszłe inicjatywy społeczne, gospodarcze, a może nawet polityczne rodzące się w sieci właśnie za pomocą społeczności. Takie media nie są zamkniętą strukturą, korporacją obudowaną masą procedur i warunków wstąpienia w jej szeregi. Stają się bardziej demokratyczne. Jak wiadomo, liderzy i wielkie talenty są wszędzie i często nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Mogą stanowić prawdziwą, nową siłę. Być może brzmi to trochę jak rewolucyjne, nawołujące do przewrotu mrzonki :). Ale moim zdaniem start nowych środowisk mających zamiar dokonać jakiejś zmiany w życiu publicznym ma dzisiaj sens wyłącznie w sieci. Czas na poły zakonspirowanych konwentów kanapowych myślicieli, marzących o wielkich zmianach wykoncypowanych gdzieś w zaciemnionej piwnicy, minął. Jedyną szansą na szeroki rozgłos, uzyskanie poparcia, stworzenie środowiska sympatyków, a w efekcie wprowadzenie zmian - jest sieć. Zresztą nie trzeba od razu zakładać stowarzyszeń. Przykład kampanii wyborczej w USA pokazuje, jak sieć angażuje do wspólnych happeningów, zbiórek funduszy, czy zwykłej, codziennej "orki" na youtubow'e spoty, przeróbki, czy flash'owe zgrywy. To wszystko jest potem pokazywane szerokiej publice w TV i wbrew pozorom buduje (lub burzy) wizerunek kandydatów. Dlatego tak poważnie traktują oni internet. Zdaniem Michała Kolanko następuje tam sprzężenie zwrotne TV i sieci. Słusznie mówi o powrocie dzięki internetowi do Ateńskiego modelu "demokracji uczestniczącej".

Polacy są póki co dosyć biernym obywatelsko społeczeństwem. Pewnie dlatego na razie nawet grupka odsuniętych od głównego nurtu przedstawicieli klasy politycznej była szybsza i stworzyła jakiś pierwszy zalążek tego typu miejsca, ruchu. Mowa oczywiście o nie mającej większych szans na wywołanie szerszej dyskusji (właśnie dlatego, że jest nadal "kanapowa" - wydaje się, że autorzy internet zrozumieli jakby w połowie - "jesteśmy do przodu i startujemy w sieci, ale ton narzucamy MY") PolsceXXI. Nie mniej jednak w Polsce (i w Europie) widzą co się święci i pierwsze ruchy wykonywane pod pozorem "utrzymania ładu medialnego" (?) już przecież poczyniono. Sieć staje się miejscem, gdzie po raz pierwszy od dawna, to ludzie "ponad głowami" polityków mają szansę na zmianę rzeczywistości, a nie odwrotnie.

P.S. Pozdrawiam po miesiącu przerwy, cały czas uczę się regularnego blogowania :).
sobota, 07 czerwca 2008
Jeff Jarvis na blogu BuzzMachine opublikował swoją przedmowę do książki Charlie'go Beckett'a "Supermedia: Saving Journalism So It Can Save the World". Pisze, że ta książka (wydana na razie tylko w USA i Wielkiej Brytanii) to tak naprawdę swoisty traktat o dziennikarstwie w sieci.

W przedmowie porusza kilka ciekawych kwestii i niejako definiuje rolę jaką w świecie dziennikarstwa powinna odgrywać sieć. Przede wszystkim twierdzi, że amatorzy wcale nie powinni zastępować profesjonalistów. Za lepszą perspektywę uważa obustronną współpracę. Motto tych "dwóch światów" powinno brzmieć "razem możemy zrobić więcej". Jeff Jarvis argumentuje, że sieć daje nieznane wcześniej możliwości współpracy dziennikarzy z obywatelami w celu wspólnego gromadzenia znacznie większej bazy informacji i wiedzy, niżby to miało miejsce wówczas, gdyby zajmowali się tym tylko i wyłącznie profesjonalni reporterzy.

Ten "nowy ład" w którym społeczeństwo partycypuje w tworzeniu świata mediów przynosi wiele korzyści i to w różnych kierunkach. Media mogą rozszerzać zasięg swojej percepcji zarówno w stronę "międzynarodowości" jak i "hiperlokalności". Kamery stacji telewizyjnych mogą dotrzeć wszędzie. Wreszcie sami reporterzy mają szansę dostać ogromne wsparcie przy poszukiwaniu informacji na dany temat. Nawet po opublikowaniu danego materiału w sieci, feedback płynący od czytelników jeszcze długo po dacie publikacji pozwala na sukcesywne uzupełnianie informacji, wiedzy (zresztą cała idea Wiki opiera się dokładnie na tym modelu). W przypadku papierowych mediów jest to niemożliwe. Informacja zamieszczona w sieci niesie więc ze sobą znacznie większy "procent informacji w informacji" niż czynią to media tworzone bez udziału czytelników, widzów, obywateli.

Nie chodzi tutaj tylko o wsparcie dla konkretnego przypadku. Dana informacja zamieszczona w sieci jest z reguły obudowana całą masą linków do materiałów pokrewnych. To jeszcze bardziej napełnia zbiornik z wiedzą na dany temat. Relację z wydarzenia o którym pisały tradycyjne media można znaleźć również na wielu blogach. Niekiedy jest to relacja znacznie dokładniejsza, fachowa. Dodając do tej puli materiały multimedialne, często ekskluzywne, nagrane za pomocą urządzeń mobilnych, można stwierdzić, że dziennikarstwo tworzone w sieci buduje swoistą społeczność łączącą ekspertów i zwykłych obywateli.

To wszystko razem tworzy nową jakość dziennikarstwa. Staje się ono bardziej otwarte, elastyczne. Być może najważniejszą funkcją jaką spełni w społeczeństwie dziennikarstwo sieciowe jest świadomość obywateli, że wspólnie odkrywają, tworzą, dają coś od siebie drugiemu człowiekowi. A to jest jedna z kluczowych cech ludzkiej natury. A poza tym wszystkim ja osobiście uważam, że to fajna zabawa dająca sporo funu. Te wszystkie możliwości współdziałania, oglądania efektów swojej pracy sprawiają, że media przestają być drętwe. Przestają być tworzone tylko przez tych "co wiedzą" dla tych co "chcą wiedzieć". Stają się globalną zabawą w którą grają wszyscy dla dobra samych siebie i mogą powiedzieć "to jest super", "media są super". Supermedia.
wtorek, 03 czerwca 2008
Czas kończyć przydługi już serial p.t. "Czy internet wyprze prasę papierową" i rozpocząć sezon ogórkowy, czyli zająć się sprawami bliższymi sercu i umysłowi fascynatów nowych form komunikowania ;).

Myślę, że dobrą ku temu okazją jest małe sprawozdanie z "transmisji" jaką za pomocą Blipa przeprowadził Marek Miller, autor bloga M jak media i pracownik Polskapresse. Brał on udział w odbywającym się w Szwecji Światowym Forum Wydawców. Z jego relacji live możemy wyłapać szereg wniosków i spostrzeżeń. Postanowiłem je wzorem Netto (bo wygodnie i czytelnie w tym wypadku) wypunktować. A zatem:

• hiszpańska gazeta "El Pais" ma się dobrze i podobnie jak portal notuje wzrost czytelnictwa - czyli nie wszędzie "zamykają dzienniki"
• dwie platformy - internet i druk - w ramach jednego, światowego medium to przyszłość
• gazety papierowe nie są interaktywne i dlatego tracą na znaczeniu
• największa trudność, to znaleźć specjalistów znających aplikacje internetowe i jednocześnie umiejących dobrze pisać
• obie "strony barykady" (papierowi i internetowi) powinni ze sobą współpracować i wzajemnie się od siebie uczyć, co pozwoli zaoszczędzić czas i pieniądze na szkolenia w obie strony
• np. taka "RIA Novosti" zintegrowała obie redakcje rok temu
"Wall Street Journal" sprzedaje się w 2 mln papierowych egzemplarzy dziennie, przy 1 mln prenumeratorów wydania internetowego (sic!)
• pytanie: czy portal jest "załącznikiem" do gazety, czy odwrotnie? Sam już nie jestem pewien, co obecnie jest jajkiem, a co kurą, a raczej gorącą patelnią na której przyrządzana jest smaczna jajecznica z papierowej prasy
• tradycyjne dziennikarstwo to przeszłość, trzeba szukać nowych formuł. Odkrywcze!
• reklamodawcy przechodzą z gazet do internetu
• mojo - czyli dziennikarstwo mobilne (komórkowe i nie tylko). Nie znałem tego określenia. Czy zmieni dziennikarstwo? W ciągu roku podobno stanie się na tyle opłacalne, że tak
"Telegraph" Media Group już szkoli fachowców tylko do obsługi platformy mobilnej
• według filozofii mojo "jedyny deadline, to być przed wszystkimi" (co zresztą mojo zapewnia, dając możliwość newsowania z każdego punktu na Ziemi i o każdej porze dnia i nocy; no prawie)
• mojo przekonuje do blogowania ;)
"Reuters" wyposaża swoich dziennikarzy w takie Nokie N82, żeby mogli lepiej uprawiać mojo
• i jeszcze jeden nowy termin w związku z tym: pocket journalist. Jesteś fotografem, reporterem i operatorem kamery w jednym. Sam decydujesz co podasz i jak.
• jest recepta na utrzymanie się papierowych gazet! Jako wiarygodne źródła informacji prowadzone przez fachowców piszą teksty, a user generated content ogranicza się do zdjęć i filmów. Proste, nie?
• w jednej z gazet, "Helsingin Sanomat", teksty piszą wyłącznie dziennikarze, gdyż są wiarygodni
• treści tworzone przez użytkowników to "małe newsy", a inne treści oraz zdjęcia są zbyt osobiste
• treści tworzone przez użytkowników to szansa dla dużych redakcji na pozyskanie hiperlokalnych informacji - pisałem o tym w jednym z wcześniejszych wpisów
• tradycyjni dziennikarze bronią się przed amatorami i stoją na straży informacji (gatekeeping)
• dziennikarstwo obywatelskie powinno się rozwijać w formie video - forma tekstowa to przeszłość, a poza tym domena prasy
• dziennikarstwo obywatelskie to brak kosztów personalnych, a więc same plusy dla wydawcy!
• wadą dziennikarstwa obywatelskiego jest brak możliwości współpracy z profesjonalistami, a znaczna część "obywatelskich" materiałów nie nadaje się do wykorzystania
• dlatego dziennikarze obywatelscy powinni być i są szkoleni, także w Polsce (a w Niemczech podobno nie za bardzo się garną)
• takie szkolenie w Niemczech to wydatek rzędu 45 euro za dzień

Nie powiem, kilka ciekawych wniosków padło i z pewnością jakaś część tej listy powróci w rozważaniach w kolejnych wpisach. Gołym okiem widać jednak, że wokół dziennikarstwa w sieci robi się spore życie na osiedlu.
niedziela, 25 maja 2008
Wrócę jeszcze na moment do tematu hipotetycznego upadku reportażu spowodowanego rozwojem dziennikarstwa uprawianego w internecie i w ogóle upadku prasy w dłuższym okresie czasu.

Manageria zamieszcza artykuł na temat Craig'a Newmark'a, właściciela internetowego serwisu ogłoszeniowego Craigslist, jednej z najpopularniejszych stron internetowych w USA. Padają tam ciekawe liczby i skutki jakie wywołują na rynku prasy i nie tylko. W serwisie zamieszczono już 600 milionów darmowych ogłoszeń. Poza tym pozbawiony reklam serwis zarabia na płatnych ogłoszeniach (o pracę i dot. nieruchomości) z czego rocznie uzyskuje przychód w postaci prowizji rzędu 80-100 milionów dolarów.

Prasa papierowa oczywiście protestuje. No bo niby jakim prawem sieciowa zabawka (w artykule pada stwierdzenie "weekendowy projekt", co pewnie dosyć dobrze oddaje stan percepcji tradycyjnych mediów łypiących zazdrosnym wzrokiem na coraz to nowe sieciowe projekty) ma zabierać przychody z ogłoszeń poważnym gazetom?

Zauważyłem, że cały ten internetowy stuff, mocno osadzeni i powiązani siecią wzajemnych zależności (wertykalnych, ale i towarzyskich) gracze medialni traktują jak swoistą "szarą strefę". Ta "szara strefa" działa sobie nielegalnie gdzieś obok, jakby poza rynkiem tradycyjnym i zabiera mu odbiorców. Papierowe tytuły tracą nie tylko spore pieniądze, ale i czytelników. Zmuszone więc do zamykania dzienników, albo przekształcania je w tygodniki same wchodzą w tę "szarą strefę" i większość swoich tekstów zamieszczają w sieci.

Ciekawe w jaki sposób, jakimi środkami i czy w ogóle prasa papierowa zamierza zareagować na obecną sytuację. Być może ich doradcy prawni już pracują nad analizami które wykażą, że ogłoszenia zamieszczane w sieci samopas są nielegalne i wymagają mocnego, ugruntowanego prawnie pośrednika. Zresztą ogłoszenia to tutaj tylko mały przykład. Przecież pod "wolny obieg informacji", "wolną kulturę", "tworzenie wolnych treści" można podciągnąć dokładnie wszystko. Dzisiaj powoli modna wśród rządowych elit - niewątpliwie powiązanych z odwiecznymi jak się wydaje koncernami medialnymi - staje się dojrzewająca myśl o "ochronie własności intelektualnej". Przygotowywane są już nawet odpowiednie dokumenty w tej sprawie.

Wydaje mi się, że na razie ci wielcy gracze nie wiedzą za bardzo "co z tym internetem" zrobić. Jedni wchodzą w nowe buty szybko i sprawnie, dzięki czemu zaczynają  coraz szybciej biec przed siebie. Ale inni, nieruchawi, zasiedziali w swych gmachach, redakcjach, pomstują i klną na czym świat stoi, kombinując wraz z władzami które są równie łase na tego typu kontrolę, jak ukrócić nielegalną ekspansję sieciowej amatorszczyzny. Sieć traktują jak dziki zachód. Niezdobyty, dziewiczy teren, pełen społecznych aktywistów finansujących niezależne dziennikarstwo, jak robi to Craig Newmark. Pytanie, czy nowe projekty medialne będą na tyle silne, żeby zatrzymać ekspansję "starego porządku" w drugą stronę?
wtorek, 13 maja 2008
Na blogu Netto reuptake zastanawia się się nad przyszłością reportażu. W ostatnim wpisie, odnosząc się po części do nagrobka wystawionego prasie drukowanej przez agencję interaktywną Artegence, o czym pisałem poprzednio, pyta, czy dziennikarstwo obywatelskie nie będzie oznaczać końca reportażu. Wywołał mnie też do tablicy, więc postaram się przedstawić zwięźle swoje zdanie na ten temat.

Otóż moim zdaniem reportaż może spać spokojnie. Na pewno się wybroni. Wspomniany przez reuptake Mariusz Szczygieł to moim skromnym zdaniem wzór dobrego dziennikarza. Kontynuujący linię Ryszarda Kapuścińskiego, świetny warsztatowo. W przeprowadzonej kiedyś przeze mnie rozmowie z nim wcale nie obawiał się nowych, dziennikarskich inicjatyw, a wręcz im kibicował.

Bo to trochę dwa różne światy - reportaż w wykonaniu Szczygła, czy Hugo-Badera, a dziennikarstwo obywatelskie. Reportaże Szczygła świetnie się czyta w książkach. Na tę kwestię trzeba też spojrzeć, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, z pozycji kulturowych, społecznych. Myślę, że konstrukcja "internet, portale, blogi, a zatem i dziennikarstwo obywatelskie doprowadzą do upadku prasy drukowanej, a przez to i reportażu" jest zbyt prosta. Redakcyjne działy reportażu może i będą skromniejsze, kosztem newsowych, bo przecież prasa będzie zmuszona gonić internet. Myślę jednak, że patrząc tylko na biznesowe słupki, reportażu tak szybko się nie pogrzebie.

Internet owszem, jest mocarzem, ale cały czas za krótkim w majtkach, żeby całkowicie wyeliminować reportaż. Główną domeną internetu, przynajmniej na razie, są trzy dziedziny - informacja, rozrywka, usługi (komunikacja etc). Reportaż zawsze łatwo dostosowywał się do nowych warunków. Przetrwał radio, rodząc reportaż radiowy. Przetrwał telewizję, rodząc reportaż telewizyjny. Reportaż to jednak coś więcej niż informowanie. To gatunek literacki łączący publicystykę z literaturą piękną. Ja jestem zwolennikiem tezy, że dziennikarstwo obywatelskie to czasami czysta informacja, czasami prowokowanie do dyskusji, a czasami społeczna kontrola. Rzadko kiedy jednak stanowi strawę duchową dla czytelnika. Więcej w nim funu, wykorzystywania powszechnie dostępnych dziś narzędzi jak aparat, kamera cyfrowa, czy serwisów typu flickr, niż poważnej pracy nad tekstem, gry słów, które są często domeną reportażu.

Reportaż to bardziej sztuka, a internet - rozrywka. Czy tego chcemy czy nie - reportaż to ciężka, poważna praca również nad sobą, a internet to zabawa, obraz, dźwięk. Czy coś się zmieni? Póki co, trendy są raczej jasne. Być może wykształci się coś na kształt reportażu internetowego. Krótszego, szybszego. Czemu nie? O fotoreportażu nie wspominając. Owszem, o profesjonalizmie dziennikarza obywatelskiego świadczy tylko i wyłącznie jego rzetelność. Teoretycznie więc nowy król reportażu może narodzić się w sieci. Myślę jednak, że Mariusz Szczygieł nie musi nerwowo szukać swojego "łebdwazerowego alter-ego". Reportaż na naprawdę wysokim poziomie pozostanie domeną wybitnych jednostek. Zresztą, moim zdaniem to dobry kierunek dla prasy. Na polu newsów, rozrywki - są przegrani. Póki co jednak Leszek Kołakowski nie prowadzi bloga, podobnie jak wielu myślicieli na świecie.

Prasa to pewnie dziedzictwo kulturowe; jakoś nie wyobrażam sobie czytania kilkustronicowych esejów Sormana w sieci. Jest to zwyczajnie niewygodne. "Takie rzeczy to tylko w prasie", a internet zostawmy krótkim, informacyjnym formom. Przyznam, że sam już dawna kupuję tylko sobotni "Dziennik" dla dodatku "Europa", a sama gazeta po pobieżnym przejrzeniu i stwierdzeniu - ja to wszystko już wiem, bo przeczytałem w internecie - ląduje w koszu. To tak jak z grafiką, czy innymi tego rodzaju dziedzinami sztuki. Grafika też ma swoją wartość, festiwale, nagrody. Ale to jednak coś innego, niż tradycyjne malarstwo. DeviantART nie zastąpi dobrego muzeum, czy galerii sztuki. A raczej startuje w nieco innej lidze.

Dlatego uważam, że "góra piramidy" pozostanie nienaruszona. Jak szybko internet by się nie rozwijał, nie "kradł" kolejnych dziedzin życia, to jednak człowiek do pewnych rzeczy, wbrew pozorom, bardzo silnie się przyzwyczaja.
15:50, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 maja 2008
Agencja interaktywna Artegence wystawiła prasie drukowanej taki właśnie nagrobek. W roku piłkarskiego, polsko-ukraińskiego Euro zniknie z rynku ostatnia papierowa gazeta. No dobra, nie zniknie. Ale pozycja tych mediów gwałtownie osłabnie.

Wśród wydawców prasy podniósł się oczywiście rejwach, a Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy stwierdził, że jeżeli kampania wystartuje na dobre, trzeba będzie sprawdzić czy aby nie jest niezgodna z kodeksem etycznym. A jako, że kampania wystartowała, Magda Górak z Artegence wytoczyła dosyć ciężkie kontrargumenty. Stwierdziła, że funkcje informacyjne, opiniotwórcze, czy rozrywkowe znacznie lepiej spełniane są w internecie. Z nutką ironii wyraziła zaniepokojenie szczególnie przyszłością dzienników przypominając, że przy nich portale internetowe są przecież minutnikami. Prasa nie ma szans na konkurowanie z nimi w kwestii szybkości przekazu informacji. Następnie na pocieszenie porównała gazety do antyków, na które zawsze znajdą się amatorzy.

Zaniepokojenie ludzi związanych z prasą drukowaną jest zrozumiałe. Nad Wisłą rośnie rynek reklamy w sieci (w 2007 roku środki na reklamę w internecie zamknęły się kwotą 700 mln i wyprzedziły te przeznaczane na reklamę w radio o prawie 30 mln zł). W Polsce i tak wydaje się na razie, że rynek prasy ma się całkiem dobrze. Szczególnie w ostatnich latach - u boku Rzepy i Wyborczej pojawili się dwaj gracze w postaci Dziennika i Polski. Jest jednak jeden szkopuł - prasa nie jest innowacyjna. I to może być dla niej spory problem.

Pomijając fakt, że w prasie o danym wydarzeniu przeczytamy najwcześniej na drugi dzień, a w internecie natychmiast, w sieci mamy masę innych możliwości i form odbioru oraz wyrazu. Obejrzymy lub odsłuchamy materiały multimedialne. Sieć jest interaktywna. Mamy możliwość natychmiastowego skomentowania tychże. Internet pozwala również na staranną selekcję informacji. Prasa raczej je standaryzuje, co w rzeczywistości ponowoczesnej kultury, gdzie wszelkie media, rozrywka skupiają się na indywidualnym odbiorcy jest reliktem. Papierowe gazety nie są po prostu przygotowane do tej nowej rzeczywistości. Dziennikarze obywatelscy są tutaj uczestnikami, a kto wie czy nie prowodyrami "kreatywnej destrukcji", jak tę sytuację nazwał Edwin Bendyk. Jego zdaniem ten, kto nie odważy się wziąć w niej udziału będzie przegrany. A żeby uciekać do przodu, trzeba wprowadzać innowacje. I koło w przypadku drukowanych gazet się zamyka.

Gazety są zinstytucjonalizowane. Mają markę, logo, siedzibę, etatowych pracowników. To powoduje, że obrastają w piórka. Ich dziennikarze twierdzą niekiedy, że tylko oni mogą mienić się zawodowcami. Jak każda zamknięta grupa zawodowa starają się nie dopuścić, dyskredytują, a najczęściej wyśmiewają każdą próbę lub prognozę zmian. Termin dziennikarz-amator stosowany na określenie dziennikarzy obywatelskich to z ich strony tylko taki lajtowy prztyczek w nos. Tymczasem dziennikarz obywatelski sam sobie jest instytucją. Jako jednostka, jako obywatel jest w centrum współczesnej kultury i życia społecznego. O jego wiarygodności nie decyduje przynależność do jednej ze zwalczających się wzajemnie kast, ale osobista rzetelność. Przy okazji globalizacja wymusza łączenie się lokalnych, narodowych firm w wielkie, transnarodowe korporacje. Dziennikarstwo obywatelskie i wolna kultura są tutaj krok przed gazetowym, drukowanym słowem. Być może nawet stopniowe otwieranie się gazet na współpracę z dziennikarzami obywatelskimi nie uchroni ich przed powolną marginalizacją.

Cyfryzacja telewizji w 2012 roku może oznaczać przejście drukowanej prasy na pozycje naukowego materiału źródłowego do poczytania w (tradycyjnej, rzecz jasna) bibliotece, albo plażowego, ubogiego zamiennika sieci. Poza tym rynek reklamy w internecie będzie stale rósł i pomijając wszelkie kwestie technologiczne czy społeczne, może się to okazać czynnikiem decydującym o końcu wiodącej roli prasy.
poniedziałek, 05 maja 2008
Witam po nieco dłuższej przerwie spowodowanej wiosennym ładowaniem akumulatorów, cokolwiek to znaczy. Mam nadzieję, że dzięki takiemu odpoczynkowi nie zmęczę za szybko materiału, a kiedy uznam, że jednak tak się dzieje, powtórzę eksperyment :).

Miałem napisać o nowym programie TVN24 zaraz po jego starcie, ale w sumie dobrze się stało, że zaczekałem na rozwój "Publicznej.tv". W ostatnią niedzielę mieliśmy okazję oglądać trzeci już odcinek tego pionierskiego w polskich warunkach przedsięwzięcia. Przyznam szczerze, że czytając pierwsze zapowiedzi "Publicznej.tv" miałem wrażenie, że będzie to "Szkło Kontaktowe" któremu zrobiono update i dodano możliwość pokazania na wizji twarzy rozmówcy za pośrednictwem kamery internetowej i połączenia przez Skype'a. Miło się rozczarowałem. Program nie porzuca jednak lekkiego stylu. Duża w tym zasługa prowadzącego Macieja Mazura, który fajnie odnajduje się w roli moderatora dyskusji. Dziennikarz ten zresztą dał się poznać jako wcale dobry i ciekawie piszący bloger, więc znakomicie czuje się w tej formule kontaktu z ludźmi. Wywiad z nim na temat programu mogliście oglądać na blogu mediafun'a. Publiczna.tv nie jest oczywiście magazynem satyrycznym, prześmiewczym. To interaktywny talk-show.

Przede wszystkim hasło powtarzane często przez prowadzącego, czyli "to wy tworzycie ten program", odnoszące się do ustalania przez widzów rankingu tematów z całego tygodnia do kolejnego odcinka przypomina "media to Wy" jakim reklamują się przecież Wiadomości24. Publiczna.tv wpuszcza widzów "na salony", stają się oni de facto prowadzącymi. Program wypełniają więc dyskusje ludzi którzy zabierają głos w interesujących ich sprawach. Stałym punktem jest też przegląd materiałów jakie w ostatnim tygodniu widzowie przysłali na platformę Kontakt. Maciej Mazur użył tutaj nawet terminu "dziennikarstwo obywatelskie". Nie do końca się z nim zgodzę, ale jako, że jego słowa brzmiały dokładnie "coś, co można by nazwać dziennikarstwem obywatelskim" przyjmijmy, że intencje autorów w temacie propagowania uczestnictwa zwykłych ludzi w tworzeniu mediów są słuszne. :) I nie łapmy się za słówka ;), bo jednak gołym okiem widać, że TVN24 zostawia daleko w tyle całą konkurencję jeśli chodzi o te zagadnienia. Ciekawe, jak daleko to zajdzie? Obecnie w czasie magazynów TVN24 mamy możliwość przeczytania od czasu do czasu jakiejś wypowiedzi widza z forum. Ciekawym eksperymentem byłoby natomiast włączenie się takiego widza w dyskusję np. w czasie magazynu "24 godziny" - jako dziennikarza zadającego pytanie, jako komentatora, lub jako lokalnego lub tematycznego eksperta, który akurat ma do czynienia lub bezpośrednio dany temat go dotyczy. Oczywiście są programy studyjne, ale co innego siedzieć na widowni, a co innego przed komputerem i uczestniczyć w takim programie bez wychodzenia z domu.

Publiczna.tv nie jest programem bez wad. Rozumiem, że wykorzystywane są tutaj nowoczesne rozwiązania które wymagają "dotarcia się" i ciężkiej pracy obsługi. Nie wiem natomiast jaki jest sens trzymania na wizji rozmówcy dysponującego jakimś wyjątkowo kiepskim łączem, w wyniku czego 80% jego wypowiedzi jest całkowicie niezrozumiała. Prowadzący oczywiście stara się trzymać fason - kieruje sprawnie dyskusją i sprawia wrażenie, jak by wszystko było w najlepszym porządku. Być może w studio odbiór jest rzeczywiście lepszy. Pamiętajmy jednak, że program jest świeżutki, a Maciej Mazur kilkakrotnie podkreślał, że zdaje sobie sprawę z niedoskonałości. Zapewne w niedługim czasie znalezione zostanie odpowiednie rozwiązanie problemu, a być może tak musi po prostu być. Mi to nieco przeszkadza i psuje przyjemność z oglądania programu.

Zresztą, jeżeli nie dysponujemy szybkim łączem, lub nie chcemy brać udziału w dyskusji live, od następnego odcinka mamy szansę na emisję nagranego wcześniej za pośrednictwem telefonu komórkowego wystąpienia na nurtujący nas temat. Wystarczy wcześniej je wysłać na wspomnianą platformę Kontakt. To kolejny strzał w dziesiątkę i oddanie widzom terytorium zarezerwowanego wcześniej dla dziennikarzy. Ciekawe, co jeszcze wymyślą autorzy Publicznej.tv?
środa, 23 kwietnia 2008
Dział Wydarzeń serwisu dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomości24 wzbogacił się o zakładkę English zone. Jak informuje w swoim wpisie na redakcyjnym blogu jeden z redaktorów W24 Mateusz Aleksandrowicz, jest to efekt współpracy jaką Wiadomości24 mają zamiar podjąć z samym, wielkim... OhmyNews International (anglojęzyczna wersja koreańskiego giganta obywatelskiego)!

Oficjalnymi partnerami obie strony mają zostać w maju. Na czym to partnerstwo będzie polegać? Sekcja English zone ma być miejscem "transferu contentu". Oznacza to, że autorzy W24 będą mogli tam zamieszczać w języku angielskim swoje materiały. Następnie dostęp do nich zyskają ludzie z Korei, a druga strona odwdzięczy się anglojęzycznymi materiałami z OhmyNews International.

Co mogą zyskać autorzy? Przede wszystkim ich teksty, zdjęcia i filmy mają szansę trafić na stronę główną największego portalu dziennikarstwa obywatelskiego na świecie. Poza tym redakcja namawia osoby dobrze znające angielski do pisanie tekstów szkoleniowych n.t. przygotowywania materiałów reporterskich w tym języku. Jest więc szansa podszlifować warsztat w tym aspekcie nie tylko podczas gorącej linii autor-redakcja która cechuje proces publikacji newsa w W24.

Jak napisał Mateusz Aleksandrowicz, English zone ma stać się już niedługo "miejscem ważnym i areną rzeczy wielkich". Ciekawe. Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz natknąłem się na tę zakładkę myślałem, że będzie to obywatelska tuba przebywającej na Wyspach emigracji zarobkowej utrzymana w stylu gazetowego Londka :) Współpraca z OhmyNews to jednak dla W24 i polskiego dziennikarstwa obywatelskiego coś zupełnie nowego i gorąco kibicuję temu kierunkowi rozwoju portalu.
niedziela, 20 kwietnia 2008
Antyweb poinformował o powstaniu nowego serwisu dziennikarstwa obywatelskiego. Tym razem sieć na sieć postanowił zaciągnąć tygodnik Wprost uruchamiając InfoTubę. To kolejny portal tego typu funkcjonujący niejako "obok" macierzystego serwisu tradycyjnego medium. Na mapie polskiego dziennikarstwa obywatelskiego robi się więc coraz tłoczniej. Mamy Wiadomości24 uruchomione przez Polskapresse, wydawcę m.in Polski i kilku regionalnych tytułów podeń podczepionych jak np. Głos Wielkopolski, czy Gazeta Krakowska. Jest należący do wydawanej przez Agorę Gazety serwis Alert24. Ponadto Interia posiada swoją 360-tkę, a Media Regionalne uruchomiły szereg portali miejskich pod wspólnym szyldem Mojego Miasta. Istnieje oprócz tego moim skromnym zdaniem nieco niedoceniany i słabo rozreklamowany stary wyjadacz w postaci iThink. Zainteresowanie regionalnymi informacjami zdradza też nieśmiało Onet, o czym pisał Tomasz Topa, jednak póki co portal ten nie zdecydował się wpuścić dziennikarzy obywatelskich na swoje łamy. W sferze "obrazkowej" TVN24 udostępnia widzom platformę Kontakt, na którą mogą wysyłać zdjęcia i filmy z ciekawych wydarzeń których byli świadkami.

Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju odrębnego rynku informacji dostarczanych przez dziennikarzy obywatelskich. Na razie jest za wcześnie aby stwierdzić, czy to tylko chwilowa moda i pogoń za trendem. Pewnie nie, bo jest za duże życie na osiedlu, żeby nagle ten segment zszedł na margines. Duże media w Polsce również zrozumiały, że dziennikarze obywatelscy mogą dostarczać wielu ciekawych informacji z terenu i w związku z tym warto o nich zabiegać i z nimi współpracować. Informacje takie coraz częściej trafiają na łamy dużych mediów. Póki co raczej na zasadach wolnej amerykanki. Internet dający możliwość wyrażenia swojego zdania, realizuje także prawo do wolności komunikowania z której na potęgę korzystamy. I tradycyjne media również.

Niekiedy informacje przekazywane przez amatorów nie ustępują, a nawet przewyższają poziomem te tworzone w redakcjach przez zawodowców. Zacieśnienie współpracy z niektórymi amatorami i jasne określenie jej zasad jest moim zdaniem nieuniknione. Być może zawodowcy traktują dzisiaj dziennikarstwo obywatelskie nieco z przymrużeniem oka. Synergia obu tych światów o której pisał Krztysztof Urbanowicz to jednak fakt. Błędne jest zatem myślenie jakie zaprezentował(a) Livio komentując wpis o InfoTubie na Antyweb i twierdząc, że amatorzy nie powinni zabierać chleba wykształconym kierunkowo zawodowcom, a zamiast tego ograniczyć się jedynie do podsuwania tymże tematów. Na szczęście czasy monopolu dużych graczy medialnych na przekaz i kształt informacji dzięki rozwojowi sieci są już za nami.

Duża ilość serwisów zbierających treści od dziennikarzy obywatelskich prowadzić może jednak do "kłopotu bogactwa". Powstaje pytanie - gdzie w takim razie pisać, publikować? Moim zdaniem, skoro informacje (piszę tutaj o newsach z terenu, a nie dumaniu nad przyszłością PZPN) od amatorów zyskują na znaczeniu i wytworzył się swoisty rynek takiej informacji, warto jakoś zagospodarować ten teren. Być może internauci powinni zrzeszyć się w jakiejś Internetowej Agencji Informacyjnej, albo Obywatelskiej Agencji Informacyjnej i tam udostępniać materiały? Powinni mieć też do wyboru określenie statusu takiego newsa - czy zamieszczają go bezinteresownie i każdy może z niego dowolnie korzystać i modyfikować, czy zabezpieczają pewne prawa licencją Creative Commons, czy też mają ich zdaniem tak ciekawy materiał, że zechcą go sprzedać, lub poddać licytacji. To wszystko jednak melodia przyszłości. Póki co jesteśmy na etapie kształtowania tej części mediów i musimy decydować, do kogo pójdziemy dzisiaj w gościnę. Jednak własne lokum to moim zdaniem kwestia czasu. Szczególnie w polskim, zauroczonym siecią społeczeństwie, gdzie każdy ma coś ciekawego do powiedzenia.

Dziennikarstwo obywatelskie polską specjalnością?