Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

środa, 19 marca 2008
Poza wspomnianymi w poprzednim wpisie czynnikami, dziennikarza obywatelskiego charakteryzuje jeszcze jeden - czytelnik utożsamia się z nim jako z autorem, a nie z tytułem pisma, czy kanałem telewizyjnym. Tworzenie osobowości, autorów, ekspertów to kierunek w jakim skręca dziennikarstwo. Myślę, że wiązać się to powinno z coraz szerszym udziałem dziennikarzy obywatelskich w tworzeniu informacji, opinii.

Jak wspomniałem sieć społeczna dziennikarzy obywatelskich pozwala śledzić konkretnych autorów. Tradycyjnie można oczywiście kupować "Politykę dla Żakowskiego", "Przekrój dla Najsztuba", czy "Najwyższy Czas! dla Korwina-Mikke". Ludzi interesują różne rzeczy, różne strony świata, nauki, idei. Silniejsza jednak od chęci zdobywania wiedzy jest możliwość minimalizacji kosztów i czasu jej zdobycia.

Już sam dostęp do globalnej sieci znacznie ułatwia sprawę. Czasami może nas jednak interesować co dzieje się w naszym rodzinnym mieście, a nawet osiedlu, podczas gdy mieszkamy na drugim krańcu Polski, albo za granicą. Kiedy duże portale milczą, warto mieć taką swoją "wtyczkę". Dziennikarza obywatelskiego (o ile taki jest), który na bieżąco zajmuje się lokalnymi sprawami. To w tym momencie ważna jest jego wiarygodność osobista. Najlepszą sytuacją byłoby obserwowanie kilku takich dziennikarzy, a następnie wybór naszym zdaniem najlepszego. W polskich warunkach jest to jednak często niemożliwe.

Jeżeli jednak dany autor jest już w naszych oczach wiarygodny, szukając takich lokalnych informacji jako czytelnicy nie myślimy który lokalny portal czy gazeta mógł je wytworzyć. Raczej w Google wpiszemy personalia autora a następnie przejdziemy na jego blog lub portal dziennikarstwa obywatelskiego, gdzie pisze. Wiemy przecież kto o czym informuje, więc nie tracimy czasu na wertowanie pozostałych informacji aż trafimy w końcu na tę konkretną która nas interesuje. Przecież dokładnie na tej zasadzie budujemy swoją "bibliotekę" RSS. Wybieramy tylko te blogi które nas interesują. Autorzy tych blogów są w naszych oczach wiarygodni, liczymy sie z ich opiniami. W przypadku "informacyjnego" dziennikarstwa obywatelskiego jest trudniej, bo lokalne informacje nie zdobywają aż tak dużej popularności. Wygenerowanie wiarygodnego dziennikarza jest trudniejsze. Ale czytamy w internecie ekspertów od IT, kampanii wyborczych, polityki, gospodarki, muzyki, książek, zdrowego trybu życia i dziesiątek innych rzeczy.

Wszystko sprowadza się jednak do autora. Wymieniamy autora bloga, a nie platformę blogową na której owego bloga pisze. A czy potrafimy z pamięci wskazać, kto przekazał nam wczoraj tę czy inną informację w głównym wydaniu informacji tej czy innej stacji? Raczej powiemy "wczoraj w Faktach TVN mówili...", niż "a wiesz, wczoraj redaktor taki a taki z Faktów mówił...". Dziennikarstwo obywatelskie ze swej natury stwarza możliwość i tworzy autorów. Wiadomości24 posiadają nawet opcję dodawania do znajomych, która przy wysłaniu zaproszenia wyrzuca u piszącego komunikat "cześć XYZ, podobają mi się twoje teksty, czy chcesz mnie dodać do listy znajomych?". Stworzono też funkcję "eksperta", ale z tego co pamiętam, poza samą etykietą niewiele ona zmieniała.

Teksty i informacje mogą się podobać, interesować lub po prostu możemy ich pilnie potrzebować. W dziennikarstwie obywatelskim, czyli także w przypadku blogów, nie jesteśmy jednak zmuszeni do przebierania między tytułami, kanałami, zapominamy o półkach tematycznych. Przechodzimy od razu do kwestii wyboru autora.
sobota, 15 marca 2008
Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie prezentacja Marcina Jagodzińskiego z konferencji IMSP 2008. Traktowała ona co prawda o efektywnym wykorzystaniu internetu w prowadzeniu firmy. Nie mniej jednak kilka zaprezentowanych w niej tez i przewidywań można odnieść do "prowadzenia działalności" jako dziennikarz obywatelski.

Dziennikarz obywatelski działa w sieci. W sieci rozumianej szeroko jako "sieć internetowa", oraz w "sieci społecznej", która wykracza przecież poza tę pierwszą. Dziennikarz obywatelski nie tylko informuje. Poprzez swoje działanie podejmuje inicjatywę aktywności w społeczeństwie. Kontaktuje się z innymi dziennikarzami obywatelskimi, koordynuje swoje działania.

Od strony nomenklatury dziennikarz obywatelski piszący w sieci łączy "web 1.0", czyli potrzebę informowania i podawania treści z "web 2.0", czyli potrzebami społecznymi - aktywności społecznej, budowania relacji, kontaktów. No i przede wszystkim jako "użytkownik" sam tworzy przekazywane treści. Dostęp do nich ma coraz większa liczba odbiorców, co powoduje, jak to zostało ujęte w prezentacji "przemianę ilościową". Przestaje pisać sam dla siebie lub wąskiego grona czytelników. To na pewno gruby argument "za" rozwojem dziennikarstwa obywatelskiego.

Poza tym budowanie sieci społecznej sprzyja rozwojowi "nowej lokalności". Treść tworzona przez działającego na rynku lokalnym dziennikarza obywatelskiego zestawiona z wielkimi, tradycyjnymi, "scentralizowanymi" koncernami medialnymi znacznie zyskuje na wartości. Jest to informacja "bezpieczniejsza", niejako z pierwszej ręki. Jak napisał w swoim artykule Maciej Lewandowski, wielkie medialne koncerny mają pieniądze aby wysłać swojego korespondenta do Londynu, ale na korespondenta w Sieradzu już nie. Duże rozproszenie dziennikarzy obywatelskich sprzyja rzetelnemu przekazowi. W przypadku mediów tradycyjnych lokalny temat mógłby i często bywa traktowany po macoszemu (czasami jako swoisty folklor, te informacje żyją trochę obok mainstreamu, no chyba że w Biłgoraju zaczną do siebie strzelać).

Można także wykorzystywać swoich znajomych z sieci społecznej do zbierania lub wymiany informacji tylko z konkretnego obszaru "abonując" przekaz od konkretnych dziennikarzy obywatelskich. To pozawala na docieranie do najbliższych sąsiadów i nawiązywanie współpracy, rozwijanie lokalnych inicjatyw a następnie ich rozszerzanie.

Ostatnim ważnym składnikiem "nowej lokalności" jest budowanie własnej reputacji w sieci. W mediach tradycyjnych transfery dziennikarzy między stacjami lub tytułami prasowymi to codzienność. Wystarczy, że dany dziennikarz "nie spodoba się" nowemu naczelnemu, władzy, chlapnie coś "nie po linii" albo po prostu złamie zasady rzetelności dziennikarskiej - i już go nie ma. Ale tylko przez chwilę, bo najczęściej bez skrupułów kontynuuje swoją karierę u konkurencji. W sieci to nie przejdzie. Tożsamość w sieci przenosi się między kolejnymi serwisami. Dziennikarz obywatelski musi na każdym kroku uważać na to co pisze, sprawdzać informacje dogłębnie w kilku źródłach. Wystarczy chwila zapomnienia, chęć zabłyśnięcia szybkim newsem który następnie okazuje się być picem na wodę, aby stracić wiarygodność w oczach odbiorców. Taka strata jest często nie do odrobienia, bo Google nie kłamie.

Może to zabrzmi trochę na wyrost, ale moim zdaniem dziennikarstwo obywatelskie jest w tym obszarze bardziej wymagające od tradycyjnego. Dzięki selekcji naturajnej która akurat w internecie działa bardzo sprawnie, poziom i wiarygodność przekazywanych informacji jest w stanie stale rosnąć.
środa, 12 marca 2008
Podobno wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego na temat internautów cytował Reuters i Yahoo. Podobno temat urodził się dzięki mojemu wpisowi. Poruszył go najpierw Marcin Jagodziński na Netto, a potem podchwycił portal Gazety (nie wątpię, że taka właśnie była kolejność ;)).

W ciągu dnia w kwestii popijających piwko i "oglądających filmiki" internautów tradycyjne media przepytały chyba 3/4 polityków. Nawet w TVN24 dyskutowali na ten temat. I w "Faktach" TVN też pojawił się stosowny materiał. Może temat urodziłby się sam, a może nie. Jeżeli nie, to tylko należy cieszyć się z rosnącej roli blogerów i dziennikarzy obywatelskich. O to chodzi.

Okazuje się, że można wywołać problem który być może nie zostałby zauważony przez tradycyjne media. Ale kierunek w jakim poprowadzona została dyskusja był nadspodziewanie łatwy do przewidzenia. Temat nie stał się oczywiście szansą dla poruszenia kwestii e-votingu w mających większą publikę niż blogi mediach. I zapewne nikt by się nim nie zajął, gdyby nie jego sensacyjny kontekst. Wiadomo, Jarosław Kaczyński obraził internautów. Internauci poczuli się urażeni. Internauci są wściekli. Internauci nie popuszczą. A Jarosław Kaczyński tkwi w XIX wieku i zdania nie zmieni. I tak to się kręci dzisiaj od rana i pokręci przez jeszcze góra kilka, maksymalnie - kilkanaście godzin. Potem wszyscy o tym zapomną.

Na razie mamy więc tylko ślizganie się po temacie. Na rzetelną dyskusję nie ma szans. Dominuje PR-owa rozgrywka. Ze strony PO usłyszeliśmy zapewnienia, że oni "docelowo są za", więc na pewno są nowocześniejsi od PiS, który z kolei "generalnie jest przeciw". Niektórym słupki poparcia pójdą do góry, innym spadną. A komu i dlaczego? Tego akurat w przeciwieństwie do meritum sprawy jakim jest głosowanie w sieci bardzo łatwo się dowiedzieć. Zamiast fachowców od e-votingu problemem zajmują się bowiem fachowcy od politycznego PR. Zamiast recept i porównań "jak to zrobiono w Estonii, a jak w Szwajcarii", słuchamy diagnoz o "kolejnym strzale w stopę Jarosława Kaczyńskiego, "zrażeniu do siebie kolejnej grupy wyborców" i przewidywań, jak to się będzie miało dla odbioru społecznego tej czy innej partii w przyszłości.

Ale na tyle na razie stać blogerów i dziennikarzy obywatelskich. Czasami od wielkiego dzwonu i przy odrobinie szczęścia uda się "wykopać" jakiś interesujący temat. Ale jego obróbka medialna niemal na pewno skręci w takiej sytuacji w stronę doczesnej politycznej czy innej rozgrywki. Liczy się news, a nie rozmowa o poważnym projekcie.

Może jest więc tak jak twierdzi w komentarzu reuptake? Tradycyjne media podają newsa, a refleksja będzie toczyć się na blogach i wśród obywateli piszących w sieci. To się nawet logicznie wpisuje w obraz doraźnej nawalanki politycznej której sekundują media, jako czegoś w rodzaju latającego (wysoko ponad zdroworozsądkową percepcją przeciętnego obywatela) cyrku? Taka jest obecnie siła przebicia dziennikarzy obywatelskich. Ale skoro w Korei Południowej potrafili oni wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich, to może w Polsce przyczynią się kiedyś do możliwości wyboru owego za pośrednictwem internetu? Step by step, jak mawia Leo... Byle na trzeźwo (i bez filmików).
wtorek, 11 marca 2008
Jak realizować ideę dziennikarstwa obywatelskiego w sieci? Poza samym faktem pisania z czystej przyjemności, chęci informowania, uczestniczenia w życiu publicznym, trzeba przecież mieć "gdzie" to robić. W swoim najbliższym otoczeniu jest łatwiej. Można po prostu spróbować zaczepić się w jakiejś lokalnej redakcji, lub częściej - współtworzyć miejski portal. Takie inicjatywy to głównie domena fascynatów niewykształconych w kierunku dziennikarskim, piszących "po godzinach" pracy. Często-gęsto nie ustępujących zawodowcom, których mogli by zresztą swobodnie zastąpić. Tym bardziej że Ci zajmują się czasami sprawami par excellence dla dziennikarza obywatelskiego.

Z czasem jednak może przyjść ochota na dzielenie się informacjami z nieco szerszym gronem odbiorców. Jak mógłby wyglądać ogólnopolski, sprawnie działający serwis dziennikarstwa obywatelskiego? Celowo nie wspominam np. o Wiadomościach24, bo to nieco inna para kaloszy. Owszem, to świetne miejsce na start. I chyba w całości gospodarujące obecną "scenę" dziennikarzy obywatelskich. Pisząc tam newsy i artykuły można z pomocą zawodowców (za darmo!) szlifować warsztat i wbić sobie do głowy wcale niemałą pigułę wiedzy na temat pisania w internecie. Praca z tekstem odbywa się na linii autor - redaktor niejako online. Zanim tekst w ostatecznej formie zostanie opublikowany, krąży kilka razy od redakcji do autora. Jest szansa i czas na dokonanie niezbędnych poprawek, a przy okazji usłyszenia kilku cennych rad. To spory plus dla dziennikarza-amatora.

Cały czas jednak jest to inicjatywa koncernu prasowego Polskapresse, a pieczę nad całością sprawuje redakcja z prawdziwego zdarzenia, łącznie z redaktorem naczelnym. To świetnie, że daje czytelnikom szanse uczestnictwa we współtworzeniu tej "gazety internetowej". Z czasem jednak spore grono dziennikarzy obywatelskich odczuje zapewne chęć migracji do miejsca o mniej sformalizowanej formie zarządzania publikowanymi treściami.

Koreański portal dziennikarstwa obywatelskiego OhmyNews, którego motto brzmi "każdy obywatel jest reporterem" był pierwszym, który przyjmował od czytelników artykuły na zasadzie open source. Jego autor, Oh Yeon Ho, dorobił się ponad 40 tysięcy citizen reporters.

Dziennikarstwo obywatelskie w czystej formie powinno być więc czymś w rodzaju Wikipedii. Patrząc od tej strony, bliższa ideałowi od Wiadomości24 jest chociażby Wikinews. Częstotliwość uzupełniania informacji i ich mniej autorski charakter pozostawiają jednak wiele do życzenia. Jak dokonać więc eliminacji minusów, oraz połączenia plusów w taki sposób, żeby "nie przesłoniły" tych pierwszych? Jak wypracować optymalne rozwiązanie?

Przede wszystkim istnieje mimo wszystko problem kontroli tekstów. System "piór" wprowadzony przez W24 oddaje tę kwestie w ręce bardziej doświadczonych autorów. Ktoś musi dokonywać wstępnego odsiewu. Umówmy się - nie każdy rodzi się dziennikarzem, a niektórzy sporo przysypiali na lekcjach języka polskiego. Przynajmniej na starcie powinien istnieć trzon kilku-kilkunastu doświadczonych dziennikarzy obywatelskich, zajmujących się korektą naprawdę ciężko napisanych tekstów. Nie powinni jednak przekraczać pewnej granicy ingerencji. Cała reszta informacji powinna być swobodnie dostępna dla wszystkich, w celu ewentualnych uzupełnień czy sprostowań.

Istnieje też kwestia hierarchii wartości informacji. Tutaj skłaniałbym się ku opcji "wykopywania" tych najpopularniejszych. Musiałyby być oczywiście podzielone na kategorie. Bardzo łatwo bowiem tematem dnia uczynić nowe zestawienie "najlepszych-ever-narzędzi-online" z tego czy innego bloga IT. A ta tematyka dominuje w "obywatelskiej sieci".

Z czasem tego typu portal metodą selekcji naturalnej wypełniłyby najciekawsze i najlepiej napisane teksty. Uważam, że powoli bo powoli, ale internet zaczyna w Polsce poważnie fascynować swoich "zwykłych zjadaczy". Na razie szukają w nim pracy, oraz swoich znajomych. Kiedy jednak odkryją pełnię możliwości jakie daje tworzenie własnych (a nie tylko odbieranie cudzych) treści, powstanie takiego portalu może być kwestią czasu. Moim zdaniem wcale nie musi być odpowiedzią na jakieś knowania władzy i mediów tradycyjnych. Ma szansę być przede wszystkim dobrą zabawą, budującą społeczeństwo obywatelskie.
niedziela, 09 marca 2008
Jarosław Kaczyński udzielił PiS-owemu portalowi obszernego wywiadu. Nie, nie czytałem całego, ale polecam zwrócić uwagę na fragment dotyczący ułatwienia głosowania w wyborach. Akurat w poprzednim wpisie wspomniałem o e-votingu. Jarosław Kaczyński mówi o internautach i stwierdza co następuje:

"Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować."

Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat.

Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?

Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie zmarginalizować.

Politycy nie poczuli tak naprawdę co potrafią internauci. Oddolne ruchy polityczne czy społeczne są na pewno przed nami. Dziennikarstwo obywatelskie daje możliwość szybkiego informowania o wszelkich projektach. Pozwala także bezlitośnie punktować wpadki i wyszukiwać problemy. Bez owijania w przeintelektualizowaną czasami bawełnę obecną w prasie. Pozwala na konkret, a tego jak ognia boją się politycy. A już całkowicie odkładając na bok osobisty stosunek Kaczyńskiego do internautów, jasnym jest, że walczy po prostu o utrzymanie poparcia. Według badań e-voting spowodowałby znaczny wzrost procentowego udziału w wyborach. Należy założyć, że nie przełożyłby się on raczej na poparcie dla PiS. Przechodząc nad tym jednak do porządku dziennego, nigdy nie wprowadzimy więcej e-państwa w państwie. Wszelkiej maści urzędnicy nie dopuszczą do rejestracji firmy w sieci (jak to ma miejsce np. w Szkocji). Lobby Urzędów Skarbowych też raczej nie ucieszy się z uproszczenia rozliczenia PIT do krótkiego formularza, gdzie wszelkie wyliczenia wykonywane są online, a cały proces składania zeznania podatkowego to kwestia kilku minut.

Na takich uproszczeniach zależy za to internautom. To oni muszą rozpocząć debatę na te tematy pisząc na blogach i serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Więc piszmy.
piątek, 07 marca 2008
"Obywatelski" to obecnie bardzo modny przymiotnik. Każdy stara się być na czasie. Dużo mówi się o dziennikarstwie obywatelskim, a jeszcze więcej o społeczeństwie obywatelskim. Nawet Platforma jest Obywatelska. Obywatelskość to postawa, mentalność, wiedza. Kto jest obywatelski, ten jest "do przodu".

Uczestnictwo obywateli w życiu publicznym być może nie rośnie, ale dobrze jest mieć dzisiaj na swojej choince jakąś jedną "obywatelską" bombkę. Dlatego wielkie koncerny medialne, śledząc trendy rozwoju mediów, dają ludziom możliwość ich współtworzenia. Gazeta uruchomiła więc Alert24, a TVN24 wzbogacił się ostatnio o Kontakt.

Co tak naprawdę oferują te dwa serwisy potencjalnym autorom? Ich target tematyczny jest jasny. Ludzie mają przynosić na talerzu sensacje i informacje o kolejnych tragediach. Wystarczy zerknąć na hasła i zdjęcia. Alert24 wita czytelnika strażakami z sikawką i zachęca świadków "niecodziennych wydarzeń" (być świadkiem pożaru, to prawie jakby zobaczyć ducha) do przesyłania materiałów. Niżej zdjęcia wywróconej pod Zaborowicami Renówki (kierowca zginął na miejscu), Seicento na drzewie (tu na szczęście tylko szpital), dalej bliskie spotkanie tira z tramwajem, pożar, oraz wyciek niezidentyfikowanej substancji. Tagi tego serwisu to poza nazwami własnymi m.in: kierowca, ogień, pogotowie, pożar, policja, samochód osobowy, ranna osoba, szpital, wypadek, oraz zderzenie. Kontakt już na wstępie nie pozostawia wątpliwości i zachęca: - Byłeś świadkiem ciekawego zdarzenia? Zrobiłeś film w dramatycznych okolicznościach? Wyślij go do nas. Tematy z grubsza powielają się z Alertem, ale Kontakt przynosi świeżynkę w postaci płonącego wagonu na dworcu we Wrocławiu.

Moim zdaniem takie serwisy mają rację bytu. Ale kompletnie rozmijają się z ideą dziennikarstwa obywatelskiego. Jest to raczej komórkowe dziennikarstwo sensacyjne. Materiały te podawane są potem w czołówkach programów informacyjnych i żyją maksymalnie 24 godziny. Ostatnio obserwowaliśmy to zjawisko przy okazji wypadku Macieja Zientarskiego. Wówczas na równi, a może i wyżej od stanu zdrowia rannego dziennikarza (i śmierci jego kolegi) stawiano płomienie "nagrane przez jednego z naszych widzów, niech-państwo-popatrzą". Nie sądzę, aby od tego typu działalności więzy międzyludzkie się zacieśniały.

Dziennikarstwo obywatelskie powinno raczej skupiać się na artykulacji lokalnych problemów, promocji inicjatyw, wnoszeniu wartości dodanej w życie innych ludzi. Uczestniczyć w życiu publicznym. W Korei Południowej dziennikarze obywatelscy potrafili wpłynąć na wynik wyborów. Chyba nie chcemy aby w Polsce społeczeństwo informacyjne i obywatelskie oznaczało bycie z telefonem komórkowym czy aparatem w momencie wypadku na jego miejscu? Blogerzy i dziennikarze obywatelscy powinni być raczej jednym, wielkim think-tankiem. W dobie internetu i nowych form komunikacji, to do nich należeć będzie inicjatywa przy próbie wykonania kolejnych mniejszych, lub większych skoków cywilizacyjnych.

Czas sformalizowanych struktur partyjnych z twardym kierownictwem dobiega końca. Coraz więcej zależy od lokalnych społeczeństw i ich świadomości oraz aktywności. A grupą najbardziej świadomą i aktywną, realizującą najciekawsze i innowacyjne projekty, są ludzie piszący w internecie. To od nich powinna wyjść inicjatywa np. w kwestii e-votingu. Po prostu rozumieją ją najlepiej. Pogięta blacha trafi na złom. Wichura przejdzie. Ale ludzie zostaną i będą się drapać po głowie, co by tu jeszcze wymyślić. Po co tracić czas na przyczynianie się do epatowania krwią? Na pewno obecna technologia pozwala nam na dużo więcej.
czwartek, 06 marca 2008
Odnoszę wrażenie, że dziennikarstwo obywatelskie w Polsce cały czas raczkuje. Jest ograniczone do lokalnych inicjatyw. Zarówno ich treść, jak i forma nie bardzo obchodzą potencjalnego odbiorcę z sąsiedniego miasta. Portale miejskie nie wychodzą poza rogatki określonej miejscowości. Nie mają po co. Są jasno usytuowane w tematyce i obszarze działania. Jest to cecha charakterystyczna dla całego społeczeństwa żyjącego nad Wisłą. Często-gęsto nie wiemy, co dzieje się na sąsiednim osiedlu. Ktoś mądrze powiedział, że jesteśmy bardziej przypadkowym zbiorowiskiem, niż społeczeństwem.

Społeczeństwo ma wspólny cel, do którego dąży. Sądzę, że w Polsce nie określono póki co, o co tak naprawdę powinno nam chodzić. Myślę, że tradycyjne media nie pełnią już swojej podstawowej funkcji, jaką jest podawanie informacji. Telewizyjne serwisy informacyjne to obecnie tabloidy, zajmujące się mało poważnymi dla ludzi sprawami. Jeśli by je nagle przenieść z całym dobrodziejstwem inwentarza do sieci i otagować, chmurka tagów składała by się z następujących elementów: skandal, krew, plotka, seks, śmierć. Celowo nie wymieniłem polityki. Tradycyjne media podają raczej tematyczną papkę, niż artykułują poważne problemy.

Tu jest miejsce dla dziennikarstwa obywatelskiego. Nowe, młode pokolenie ludzi wychowanych na internecie, blogach i telefonii cyfrowej, powinno stopniowo wypierać stary porządek. Brzmi to trochę anarchistycznie. Ale pomału się dzieje. Treści tworzone przez internautów (tzw. user-generated content) to przyszłość. Blogi, czy serwisy dziennikarstwa obywatelskiego, jak np. Wiadomości24 potrafią "generować" specjalistów w wielu dziedzinach. Na razie głównie w sferze IT. Nie słyszałem bynajmniej, żeby jakiś polski, polityczny bloger szykował szeroki projekt, który byłby alternatywą np. dla obecnych partii politycznych. Tymczasem użytkownicy Blipa to spory elektorat.
Takie projekty to być może mrzonka, a być może przyszłość. Na razie panuje na poletku politycznym atmosfera pyskówki. Niemniej uważam, że przyszły "cel" o którym wspomniałem, urodzi się właśnie z inicjatywy blogujących, tworzących treści młodych obywateli.

Jak by to mogło wyglądać? Jak to zrobić? Tworząc, segregując i przetwarzając treść. Przypuśćmy, że chcemy zbudować "mapę drogową" potrzeb w poszczególnych regionach. Tradycyjne media ani politycy nie zrobią przecież tego za nas. Śledząc kampanię polityczną danego kandydata, swoiści blip-reporterzy obywatelscy badali by społeczne nastroje i potrzeby jakie pojawiały się "na tapecie". Następnie za pomocą czegoś w rodzaju Blipmapy informowali o tym. Tacy micro-dziennikarze tagowali by po prostu przy danym kandydacie, bądź województwie. Po analizie i przetworzeniu danych otrzymalibyśmy obraz (zniekształcony przez kampanię) kandydata, a przy okazji poznawali problemy lokalnych społeczeństw.

W Polsce mapa potrzeb nie istnieje, a jest koniecznie-niezbędnie-potrzebna. Powinni postarać się o nią dziennikarze obywatelscy. Do tego potrzebna jest prosta w konstrukcji struktura. Czy takie coś ma szansę odniesienia sukcesu (również finansowego!) w społeczeństwie gardzącym w większości sprawami publicznymi? Musiało by być powszechne co najmniej jak Nasza Klasa, bo sami blogerzy i pasjonaci dziennikarstwa obywatelskiego, to za mało. To musiała by być prawdziwa armia dziennikarzy obywatelskich piszących w lepszej sprawie. Coś na miarę sieci społecznej z której korzysta armia amerykańska w Iraku. Pisał o niej niedawno na swoim blogu Nicolas Carr, polecany przez Marcina Jagodzińskiego. Musiała by dawać możliwość śledzenia ruchu przeciwnika i zaznaczania strategicznych punktów.

Myślę po cichu, że jest to do zrobienia, a za to jestem pewien, że pierwsi tą tematyką zainteresują się nie politycy, ale właśnie dziennikarze obywatelscy i blogerzy.
1 ... 6 , 7 , 8