Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

nowe media

wtorek, 04 sierpnia 2009

Pojawienie się w ostatnich dniach wyszukiwarki na stronie głównej Twittera dowodzi kierunku, w jakim zmierza ten serwis. Okazuje się, że początkowo niewinne statusy informujące znajomych o tym "co teraz robię", przekształciły się w strumień tworzący światowe trendy popularności danych tematów w sieci (wybory w USA, zamieszki w Iranie, śmierć Michaela Jacksona).

Być może twórcy Twittera planowali rozwój serwisu w tym kierunku? A może po prostu te tłumy mikroblogerów wyrwały im się spod kontroli tworząc wielkie, światowe medium nowej generacji? Wyszukiwarka na stronie głównej Twittera to mała, ale znacząca zmiana. Pokazuje w którą stronę skręca szukanie informacji w sieci. Internet staje się coraz bardziej społeczny, a suche dane zastępuje strumień emocji żywych ludzi nadawany na żywo za pośrednictwem krótkich wpisów. Teraz z wykorzystaniem Twittera można śledzić najważniejsze tematy, nawet z jednego dnia.

Ciekawym serwisem badającym trendy na Twitterze i zbierającym je w jednym miejscu jest Tweetzi (Daily Tweet). Serwis na bieżąco tworzy zestawienie i wyświetla obecne trendy, ale możemy też zobaczyć czym żył Twitter przez ostatnie 24 i 48 godzin. Ostatnio na topie był np. temat śmierci wielkiego trenera piłkarskiego, Bobby'ego Robsona - RIP Sir Bobby Robson. Po wybraniu trendu, na stronie widzimy strumień wpisów z Twittera związanych z tym wydarzeniem, a także wpisy z serwisu Friendfeed. Zestawienie obejmuje również linki, wpisy z blogów, informacje zebrane z innych serwisów i Wikipedii oraz zbiór związanych z osobą trenera filmów z Youtube.

Zanim rozpoczniemy codzienną lekturę RSS, warto odwiedzić Tweetzi i przeprowadzić szybką prasówkę najpopularniejszych obecnie tematów w sieci.

czwartek, 23 lipca 2009

Wracając jeszcze do tematu rosnącej popularności Blipa muszę napisać o tym, co się dzieje w tym względzie w Radomiu. A dzieje się sporo, bo Radom nam się ostatnio bardzo "rozblipował". Jest to dla mnie tym bardziej interesujące, że przecież mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie (Kozienice leżą zaledwie 30 km od Radomia, chociaż my, mieszkańcy Kozienic wolimy wersję, że to Radom leży obok Kozienic.:)).

Z Radomiem związanych jest już kilka kont na Blipie. Blipuje przede wszystkim Urząd Miasta Radom (^radom) i ludzie odpowiedzialni za tę działkę promocji spisują się po prostu świetnie. Codzienna dawka informacji zza miedzy, rozpoczęta szybką prognozą pogody ("witamy w czwartkowy poranek, po nocnej burzy przywitał nas poranny upał") to w moim przypadku stały element lektury porannego strumienia wiadomości płynących z Blipa. Zresztą ^radom pracuje także w nocy, dokumentując ostatnie, nocne burze. Widać, że pracownicy (lub pracownik) Urzędu Miejskiego polubili to zajęcie i wykonują je z przyjemnością. To się liczy. Na profilu Radomia pojawiają się także informacje kulturalne oraz o nowych inwestycjach, remontach, czy też zwykłe ciekawostki z codziennego życia mieszkańców Radomia - także czworonogów - na przykład blip o tym, jak psy na radomskich ulicach radzą sobie z upałem.

Na luzie, pomysłowo, a kiedy trzeba - przypominając o ciekawych wydarzeniach, ważnych faktach (np. wspomnienie ostatniej wizyty urodzonego w Radomiu profesora Leszka Kołakowskiego).

Blipuje także radomska policja (^policja). Również w tym wypadku był to wizerunkowy strzał w dziesiątkę. Policja kojarzy nam się przede wszystkim z przestarzałymi posterunkami, gdzie raporty przygotowuje się na maszynach do pisania albo prehistorycznych komputerach. Tymczasem Komenda Miejska Policji w Radomiu ostrzega o zdejmowaniu nogi z gazu prezentując zdjęcia z wypadków jakie ostatnio miały miejsce na ulicach. Przypomina także o prowadzonych śledztwach przekazując mieszkańcom interesujące dla nich informacje.

Radom we współpracy z agencją DEMO Effective Launching przygotowuje strategię Marki Miasta Radom, o czym również informuje na Blipie (^markaradom). To fajnie, że Radom się rozwija, stawia na nowoczesne inwestycje (dzisiaj z Blipia dowiedziałem się na przykład, że powstanie tutaj Centrum Przetwarzana Danych Ministerstwa Finansów). Uważam, że to jedno z bardziej zaniedbanych miast w Polsce, które przecież zapisało się na kartach historii, tak najnowszej, jak i tej nieco starszej. Na pewno zasługuje na lepszy wizerunek i to dobrze, że sami urzędnicy i inne służby miejskie wzięły sprawy w swoje ręce. Brawo Radom.

środa, 22 lipca 2009

"Jaka wizyta, taki zamach" - powiedział (moim zdaniem, mimo wszystko nieelegancko) Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski po słynnym incydencie z rzekomym ostrzelaniem konwoju z Prezydentem Lechem Kaczyńskim podczas wizyty w Gruzji.

Wczoraj byliśmy świadkami dantejskich scen w samym centrum Warszawy. Pomiędzy kupcami z Kupieckich Domów Towarowych, a policją wywiązała się regularna bitwa. Pomijam już aspekt prawny całej sprawy. W skrócie - zgodnie z umową kupcy powinni opuścić halę KDT, ale przyzwyczaili się do prowadzenia handlu pod murami Pałacu Kultury i Nauki i zdecydowali się jednak postawić opór. W efekcie całą akcję okrzyknięto najbardziej tragiczną egzekucją komorniczą w krótkiej historii nowożytnego, polskiego kapitalizmu.

W związku z tymi wydarzeniami ciekawie było także w sieci. Internauci chyba pozazdrościli uczestnikom ostatnich zamieszek w Iranie (z zachowaniem proporcji). Relację z zajść można było śledzić bez ruszania się sprzed ekranu monitora, śledząc wpisy na Blipie. Mikroblogerzy piszący w tym serwisie, już z samego rana, kiedy pod KDT zaczynało robić się gorąco, ukuli specjalnego taga o nazwie #kdt którym oznaczali swoje wpisy.

Tag #kdt był wczoraj na Blipie zdecydowanym hitem. Stan na godzinę 21:00 wg. statystyk blipcast wynosił 1719 blipnięć otagowanych jako #kdt. Poza wpisami można było także zobaczyć na nich zdjęcia i krótkie filmiki z zamieszek. Oczywiście było także sporo nic nie znaczących, czy prześmiewczych statusów. Można się śmiać i parafrazując Marszałka Komorowskiego powiedzieć, że "jakie zamieszki, taka relacja". Ale mikroblogi pokazały swoją siłę i rolę jaką mogą w przyszłości pełnić w sytuacjach kryzysowych. Szkoda tylko, że do tych rozrób musiało dojść, bo chyba obie strony straciły kontrolę nad sytuacją.

Relacje "minuta po minucie" prowadziły także m.in. serwisy Gazeta.pl oraz Dziennik.pl.

niedziela, 21 czerwca 2009
Na świecie mikroblogi, czyli serwisy pozwalające wysyłać krótkie wiadomości tekstowe, publikować zdjęcia i filmy, są już zjawiskiem masowym. Od kilku miesięcy Twitter zyskuje coraz większą popularność. Chyba nie ma obecnie internauty, któremu ta nazwa nie obiłaby się chociaż przypadkiem o uszy. W USA mikroblogi piszą gwiazdy sportu, znane postaci show-biznesu. Swój profil ma Twitterze posiada nawet Biały Dom. Nic więc dziwnego, że użytkowników tego serwisu przybywa z każdym dniem. Tak zwani trendsetterzy szybko zakasali rękawy i zdają się trafiać do masowego odbiorcy. Hej, ludzie, zakładajcie mikroblogi!

W USA Twitter pełni już niemal rolę wielkiego kanału informacyjno-rozrywkowego. Po kampanii wyborczej Baracka Obamy, kiedy tłumy jego zwolenników informowały się na Twitterze o kolejnych happeningach, mikroblogi zeszły niżej. Ostatnio Kevin Love, koszykarz grającego w NBA zespołu Minnesota Timberwolves poinformował na swoim profilu, że Kevin McHale nie jest już trenerem zespołu. Love napisał, że jest mu z tego powodu bardzo smutno. Problem w tym, że podanej informacji nie skonsultował z klubem. Zanim włodarze przygotowali oficjalne pismo, krótki wpis zaczął żyć własnym życiem.

Ale uczestnikiem prawdziwej, wielkiej, bo politycznej gry, Twitter stał się w ostatnich dniach w Iranie. Po domniemanym zwycięstwie w wyborach prezydenckich Mahmuda Ahmadineżada, tłumy zwolenników opozycyjnego Mir Husajna Musawiego wyległy na ulicę w proteście przeciwko sfałszowanym ich zdaniem wynikom głosowania. Kiedy sytuacja zaczęła się zaostrzać, władze postanowiły zablokować linie telekomunikacyjne i aresztować autorów, na których blogach pojawiały się niepożądane treści. Koniec końców, zabroniono dziennikarzom ze świata filmowania protestów i przesyłania materiałów na zachód. Ostatnią "instancją" demokracji stał się w tym momencie Twitter, za pomocą którego Irańczycy informowali o rozwoju wypadków. Z tego też powodu przesunięto nawet o kilka dni planowaną modernizację serwisu! To wtedy Twitter trafił na szerokie łamy i to dosłownie. "Gazeta Wyborcza" opublikowała zestaw wpisów z kilku ostatnich dni, tworząc specjalną kolumnę "Z irańskiego Twittera". "Był atak na akademik, jest wielu rannych i aresztowanych", "Trochę strzelali, ale chyba gumowymi kulami...", "CNN nic nie pokazuje, boją się!" mogli przeczytać czytelnicy Gazety. Jacek Pałasiński w swoim porannym przeglądzie wydarzeń zagranicznych w TVN24 wyjaśniał widzom, czym jest Twitter. Kto wie, być może te krótkie wpisy pozwoliły obywatelom Iranu poczuć więź, uświadomić sobie konieczność walki o wspólną sprawę i w przyszłości zaprocentują wywalczeniem szerszych swobód? Z pewnością sam Twitter zyskał jeszcze mocniej na popularności, a dla niektórych kręgów stał się wręcz niebezpieczny.

Polski światek mikroblogów, w porównaniu z popularnością tego typu narzędzi na świecie dopiero raczkuje. Aczkolwiek szybko dociera do coraz szerszych mas internautów i powoli wychodzi z geekowskiego wieku niemowlęcego. Świeże informacje polityczne z różnych ciekawych źródeł zamieszcza na Twitterze konsultant polityczny Eryk Mistewicz. Bloguje tam również kilku znanych dziennikarzy: Marcin Gadziński, Michał Pol, czy Michał Karnowski. Ostatnio do tego grona dołączył Igor Janke. Na Twitterze swój przyczółek znaleźli również eurodeputowani PiS - Michał Kamiński i Adam Bielan. Jednak zdecydowanie największą polską gwiazdą Twittera jest Marcin Gortat. PO bardziej polubiła swojskiego Blipa i trzeba przyznać, że nad Wisłą to ten serwis mikroblogowy ma zdecydowanie większą szansę trafić pod strzechy. Blipuje prawdopodobnie przyszły komisarz UE Janusz Lewandowski i europoseł Bogusław Sonik. Blip ma zresztą za sobą pierwszą, mikroblogową eurodebatę. Bardzo popularny jest także nasz eksportowy duet tenisistów, czyli Mariusz Fyrstemberg (na Blipie tenisfryta) i Marcin Matkowski (tenismatka) którzy w serwisie pojawili się przez nikogo nie inspirowani. Ot, sami z siebie postanowili blipować i są w społeczności blipowiczów bardzo aktywni. To dobry prognostyk. Z kolei kilka dni temu na Blipie pojawił się pierwszy, oficjalny profil miasta. Jest nim profil Radomia, na którym urzędnicy z radomskiego ratusza rozpoczęli trwającą cały czas relację z Dni Radomia. To pierwszy w Polsce tego typu sposób na promocję miasta.

Jeśli proces upowszechniania się mikroblogów będzie postępował w takim tempie, jest szansa, że już za kilka miesięcy Blip zapełnią persony z pierwszych stron gazet, które z pewnością skorzystają z tej formy promocji własnej osoby. Ich obecność przyciągnie z kolei dotychczas stroniących od jakiejkolwiek innej formy komunikacji niż Gadu-Gadu internautów. Doda na Blipie, Kubica i siostry Radwańskie na Twitterze? Kto wie. A na końcu coraz większa społeczność mikroblogerów komunikujących się po prostu w kręgu własnych znajomych. Bo o to przecież chodzi.
wtorek, 05 maja 2009
Redaktor naczelny Newsweeka Michał Kobosko, w jednym ze swoich ostatnich tekstów odniósł się do tematu spadku sprzedaży gazet w kontekście rosnącej roli internetu. Stwierdził, że "internet jest nagi". Głównie dlatego, że większość materiałów powstających w sieci rodzi się po uprzedniej, pilnej lekturze tygodników opinii oraz gazet. Zdaniem Kobosko, sieć sprowadza się do wydawania ocen i publikacji w gruncie rzeczy dość powierzchownych komentarzy. Sama zaś, jako medium, nie tworzy żadnej, unikalnej wartości. Internet oferuje bezwartościową, informacyjną watę cukrową, której główny budulec regularnie pobiera od producentów samego cukru, czyli mediów tradycyjnych.

Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że Kobosko zauważa, iż świat mediów się zmienia. Zmieniają się także sami czytelnicy, dla których internet staje się, mimo wszystko, pierwszym medium. Tylko Ci, którzy nadążą za rozwojem technologii i wejdą w miarę szybko w te nowe buty, zdołają przetrwać. Tekst naczelnego Newsweeka wziął zaś na ruszt w dosyć emocjonalnym wpisie na swoim blogu Artur Kurasiński. Postanowił skonstatować sprawę z jeszcze radykalniejszego, a raczej konserwatywnego punktu widzenia (nadając zresztą wpisowi zupełnie jasny tytuł "Stare media - wróćcie!"). Kurasiński na wstępie piętnuje rzekomą "modę" na stawianie nowych mediów w roli czegoś lepszego, na pozycji swoistego ratownika upadającego świata mediów. Moim zdaniem, zdecydowana większość fanów nowych mediów, do których sam się zaliczam, tak nie myśli. Aczkolwiek Kurasiński stawia dosyć mocne argumenty pisząc, że gdyby z serwisów video odsiać nagle materiały wyprodukowane przez profesjonalne studia filmowe, ostałyby się tam jedynie prymitywne sceny striptizu przed kamerką internetową. Dalej stwierdza, że w sieci nie ma szans na narodziny nowego Ryszarda Kapuścińskiego oraz zainicjowanie większej, społecznej akcji. Za przykład podaje "Rodzić po ludzku" prowadzoną przez Gazetę Wyborczą, co jest o tyle ciekawe, że ja dowiedziałem się o niej właśnie z sieci. Generalnie obaj Panowie twierdzą, że internet zdolny jest jedynie "miksować" treści tworzone przez tradycyjne media.

Moim zdaniem cała sytuacja nie jest aż tak jednoznaczna. Na pewno nie można patrzeć na konflikt starych i nowych mediów w barwach jedynie czarno-białych. Prawda leży jak zwykle pośrodku. Jasne, internet jest medium szybszym, bardziej powierzchownym. Ma tendencje do skracania, wyżymania tekstów z ich głębszych znaczeń i podawania jedynie suchych faktów. Taka jest jego rola. Nie można jednak wyciągać tak daleko idących wniosków, jak czyni to Artur Kurasiński. Według niego sieć rodzi bezrefleksyjne pokolenie półidiotów, z coraz mniejszym zasobem słownictwa. Owe "pokolenie Y", jak je nazywa (urodzeni między 1982 a 2001 rokiem - spory rozrzut, ale sam się zaliczam), ma umieć obsłużyć czat, ale nie radzi sobie już z załatwieniem najprostszych spraw w okienku ZUS. Kurasiński rzecz jasna koloryzuje, ale taka krytyka od góry do dołu całego zjawiska pod nazwą "nowe media" jest dosyć bezzasadna.

Przede wszystkim, nie na darmo ukuto termin "konwergencja mediów". Tradycyjne media równie często czerpią tematy z sieci, jak sieć z mediów tradycyjnych. Wszelkie agregatory treści zbierające materiały z blogów i mniej popularnych serwisów są przecież na bieżąco penetrowane nie tylko przez gazety. Znany blog „Korupcja w polskim futbolu” Dominika Panka stanowi jedno z pierwszych źródeł na temat piłkarskiej mafii dla wielu mediów. Nie można też sprowadzać dyskusji w internecie do komentarzy na Onecie. To nie żadne "pokolenie Y" dochodzi do głosu i opanowuje sieć. Po prostu jeszcze 10 lat temu po lekcjach grano w ping-ponga w osiedlowym klubie, a teraz rozrywką jest sieć. Czy to znaczy, że nie ma w internecie wartościowych miejsc? Owszem, są, istnieje też wiele for internetowych, gdzie prowadzona jest naprawdę rzeczowa dyskusja np. o polityce. Czasami głębsza i dużo bardziej błyskotliwa niż pomiędzy "gadającymi głowami" w telewizorze.

Gazety i internet są dla ludzi. Myślący człowiek prędzej czy później powie "dość" papce w obu tych mediach i dotrze do wartościowych miejsc. To tak jak z muzyką - można skończyć na Feelu, bo ten zespół jest na tapecie. A można zagłębić się w alternatywne brzmienia i tutaj bardzo pomocna jest sieć. Smutne jest tylko to, że ostatnio prasa najczęściej wypełnia kolumny kolejnymi występami posła Palikota, za główne źródło informacji politycznych uznając zresztą bloga tegoż posła. A więc - znowu internet. Nie oszukujmy się - stare i nowe media dzisiaj już nie mogą się bez siebie obejść.
poniedziałek, 04 maja 2009
Od kilkunastu miesięcy kryzys prasy papierowej jest faktem. Kolejne tytuły upadają, trwają zwolnienia, a w najlepszym wypadku zamykane lub przenoszone do Internetu są dodatki tematyczne, albo całe redakcje. Mimo tego postępującego exodusu, pracownicy gazet nadal zerkają na sieć dosyć nieufnie. Z tyłu głowy tkwi cały czas obecne przekonanie, że to Internet winien jest temu całemu zamieszaniu. Jednym z podstawowych zarzutów, jakie tradycyjne, papierowe media kierują w stronę blogów i internetowych portali, jest ich wtórność i powierzchowność.

Zdaniem wieloletnich dziennikarzy prasowych, portale żerują na tworzonych przez nich treściach, zabierając jednocześnie kolejnych czytelników. A samym redaktorom rzecz jasna - pracę. Blogerzy nie są w stanie samorzutnie tworzyć unikalnych, głębokich, analitycznych tekstów. Nie mają dostępu do źródeł, latami budowanych kontaktów, a czasami po prostu pozbawieni są dobrego warsztatu.

Jest w tym rozumowaniu sporo prawdy. Po raz kolejny okazuje się jednak, że Internet jest wielkim, niezbadanym obszarem, pełnym zupełnie nowych idei i sposobów wdrażania ich w życie. Już jakiś czas temu pojawiły się za oceanem pierwsze koncepcje "uspołecznienia" mediów. Chodziło wówczas o zupełnie nowy model ich finansowania. Skoro wielkim koncernom, w dobie Internetu coraz mniej "kalkuluje się" wydawanie prasy, to powinna ona stać się "dobrem publicznym", które działa na zasadzie prawa do czytania gazet i pozyskiwania z nich informacji, jakie należy się każdemu obywatelowi. Ciężko sobie jednak wyobrazić tego typu medium, szczególnie w kraju, gdzie jak klocki domina padają kolejne redakcje. Kto miałby płacić składki? Lokalny samorząd? Ludzie?

A jednak coś się w tej materii zaczyna dziać. Oto argument o niezdolności internetowych mediów do stworzenie poważnej analizy, znanej do tej pory z prasy, próbuje wytrącić największy polityczny blog w USA, Huffington Post (ten sam, którego jeden z autorów był pierwszym blogerem dopuszczonym do zadania pytania prezydentowi Barackowi Obamie podczas konferencji prasowej). Agencja Associated Press podała, że Huffington Post pozyskał 1,75 miliona dolarów na rozwój dziennikarstwa śledczego. Pieniądze są darowizną zebraną od prywatnych darczyńców. Na pierwszy ogień HP weźmie zaś w tej materii sprawy związane z gospodarką. Co ciekawe, nowy "fundusz śledczy" nie jest częścią HP, ale zupełnie nowym podmiotem prawnym, nową organizacją. Z zebranych środków mają zostać pokryte przede wszystkim koszty dochodzenia, ale będą z nich finansowane także inne projekty.

To wydarzenie wyznacza zupełnie nową jakość i kierunek funkcjonowania nowych mediów. Rosnący w siłę Huffington Post nie przejął gazety z całym dobrodziejstwem jej śledczego, dziennikarskiego inwentarza, ale sam finansuje badania nad tymże z datków obywateli. I to w dobie kryzysu, który zabija gazety. Ciekawa jest też kwestia motywacji, jaka popycha ludzi w kierunku takiego wspierania nowego typu mediów. Jest w tym niewątpliwie coś ze wspólnego uzupełniania Wikipedii, ale tylko pośrednio. Obywatele wspierający własnymi pieniędzmi rozwój dziennikarstwa śledczego w nowych mediach mają po prostu świadomość, że działają pro publico bono. Działają dla dobra kraju, gospodarki - czego bardzo brakuje np. w Polsce. Ci ludzie widzą, że upadek niektórych gazet powoduje wielki ubytek w przestrzeni publicznej i starają się temu natychmiast przeciwdziałać. Oczywiście, jest to jakiś mały procent najbardziej świadomych obywateli. Ale być może z tego ruchu urodzi się w przyszłości jakaś szersza, powszechna forma wsparcia dla kolejnych gałęzi nowych mediów?

A jeśli zawodowi dziennikarze założą własne blogi? Ich znane "marki" mogą z kolei zarabiać na reklamach, a te wszystkie naczynia połączone stworzą jeden organizm - nowy ekosystem otwartych, internetowych mediów. Które wcale nie gorzej niż gazety potrafią patrzeć władzy na ręce. W sieci dochodzi przecież dodatkowy element społecznej kontroli już na wstępnym etapie opracowywania materiału, który może być stopniowo uzupełniany. Wsparcie od czytelników jest natychmiastowe i dzięki "zbiorowej mądrości" taki materiał ma szansę stać się jeszcze pełniejszym. Zresztą Huffington Post otwarcie przyznał, że pozostawia zawodowym dziennikarzom otwarte drzwi. Czas pokaże, czy udało mu się połączyć ogień z wodą w zupełnie nową, nowoczesną jakość.
sobota, 24 stycznia 2009
Żyjemy w kulturze obrazkowej. Codziennie przez media, na własne życzenie (bo przecież to lubimy!) jesteśmy atakowani niezliczoną ilością różnych "obrazków". Wartość samej, czystej informacji bez ładnego opakowania jest dzisiaj żadna. Dlatego jako widzowie serwisów informacyjnych, czytelnicy portali i coraz częściej blogów - czyli odbiorcy informacji, dostajemy w pakiecie razem z newsem swoiste pocztówki z różnych zakątków świata. Niestety, częściej z tych mniej spokojnych, ogarniętych konfliktami, wojnami, niszczonych przez biedę i tyranów. Ale cóż, taki jest świat, a media są od tego, żeby informować co się na nim dzieje.

Zawsze przy podawaniu tego typu newsów pojawia się magiczne słowo - zdjęcie. "Mamy dla Państwa unikalne zdjęcia", "uwaga, zdjęcia są drastyczne", agencja taka, a taka opublikowała "zdjęcia z rejonu konfliktu". Skąd my to znamy?

Niewątpliwie fotografia i film zmieniają media. Dobry news bez chociaż marnej jakości fotografii czy filmu nie ma racji bytu we współczesnych mediach (no bo co to za frajda opowiedzieć o odpaleniu przez Hamas kolejnej rakietki i jednocześnie nie pokazać tego wydarzenia?). Wszelkie mobilne urządzenia, jak aparaty w telefonach komórkowych pozwalają reporterowi opakować newsa zawsze i wszędzie - a szczególnie wtedy, jeżeli nie ma innej możliwości, czyli sprzętu lub czasu na namysł, jakiego obiektywu użyć.

W ogóle fotografia prasowa zmienia się na dobre. Tim Hetherington, zwycięzca ostatniego konkursu World Press Photo uważa nawet, że tradycyjne pojęcie zawodu fotografa zanika. Hetherington, który jest korespondentem z rejonu konfliktów, sam woli być nazywany dokumentalistą, bo znany jest z tego, że na linii frontu w jednej ręce trzyma aparat, a w drugiej kamerę. "Gdzie tu jakość zdjęcia?!" - oburzą się pewnikiem fascynaci "tradycyjnej" fotografii. Riposta Hetheringtona jest jasna, prosta i podzielam ją w stu procentach - artyści na wystawy! Uważa bowiem, że w mediach jakość przestała się liczyć. Najważniejsza jest treść i kontekst zdjęcia, a to, jakim aparatem zostało wykonane jest sprawą drugorzędną.

Trzeba przyznać, że jest to dosyć nowatorskie podejście. Ale skoro Hetherington mówi wręcz o wycinaniu klatek z filmów celem uzyskania "zdjęcia" dla prasy, to widocznie w takim kierunku to zmierza. Nie mniej ciekawym zagadnieniem jest przyszły los działów fotografii w mediach. Może rzeczywiście zostaną zastąpione przez w pełni rozproszone i mobilne oddziały mojo (mobile journalists)?

"Zdjęcia" w mediach są ostatnio modne także z innego powodu. Microsoft zaprezentował niedawno technologię Photosynth. Jest to świetna zabawka służąca do łączenia ze sobą wszystkich zdjęć z internetu i "nakładanie" ich na wirtualny model ziemi. Trochę to skomplikowane, ale chodzi o to, że spośród tysięcy zdjęć - dajmy na to - Rzymu, jakie gromadzą np. zasoby Flickra, po ich połączeniu ma w przyszłości zostać zbudowany w pełni wirtualny świat. Ostatnio eksperyment z Photosynth przeprowadziła podczas ceremonii zaprzysiężenia Baraka Obamy telewizja CNN. Zdjęcia przesyłane przez ludzi obecnych na uroczystości natychmiast zostało zsynchronizowane w jeden, zwarty model i zaprezentowane jako całość. Ów "bajer" fajnie podsumował na swoim blogu Mediafun, a ja polecam dodatkowo obejrzeć prezentację Blaise Arcasa z TED Talks (znalezioną na blogu MindBlowing). Fascynujące!



Być może jesteśmy w przededniu kolejnej wielkiej rewolucji medialnej. Rewolucji, w której zawodowych fotoreporterów zastąpi w ich pracy globalna społeczność i jej zmiksowane zdjęcia świata. Oczywiście, droga do tego daleka, ale warto mieć na uwadze, że także w tej materii zwykły obywatel będzie miał coraz więcej do powiedzenia jako twórca, a nie jedynie bierny odbiorca mediów.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Kiedy czytamy newsy o rosnących od nowego roku cenach gazet, na myśl przychodzi już tylko jedna, stara śpiewka - kryzys, panie, a poza tym rola prasy papierowej sukcesywnie spada na łeb na szyję. Masowe zwolnienia w Agorze zdają się potwierdzać tę tezę. Parafrazując słowa ministra Sikorskiego można rzec, że internet właśnie dorzyna prasową watahę. Brzydko, prawda?

Nie wszędzie jednak takie postawienie tematu jest wersją obowiązującą. Fakt, że współpraca pomiędzy papierowymi gazetami, a sferą sieciową będzie się zacieśniać jest bezsprzeczny. Konwergencja mediów to wręcz słówko-wytrych ostatnich miesięcy. Rośnie rola blogerów, dziennikarzy-amatorów z komórkami w dłoniach. Tak zwani Mojo (mobile journalists) coraz częściej stanowią mainstream twórców newsów. Nawet dziennikarze Reutersa wyposażani są w Nokie N82 w celu lepszego uprawiania mojo. W TVN24 filmy przysyłane przez widzów na platformę "Kontakt" to już standard. Telewizje są więc krok z przodu. Co w takim razie z prasą, która zdaje się być uwięziona w ciasnych okowach solidarności zawodowej piszących tam autorów (vide ostatnia awantura o przyznanie nagrody "Dziennikarza Roku' Bogdanowi Rymanowskiemu z TVN24 zapoczątkowana przez tekst Piotra Pacewicza z "Gazety Wyborczej")? Czy jest skazana na zwolnienia, podnoszenie cen - a w efekcie stopniową utratę czytelników?

Ciekawe rozwiązanie problemu przed jakim staje współczesna prasa przynosi przykład amerykańskiej Oakland Press (z kraju, gdzie całe dzienniki przenoszą się do sieci!) która właśnie otworzyła w swoich podwojach specjalne biuro przeznaczone dla... dziennikarzy obywatelskich! Jaka dewiza przyświeca pomysłodawcom tej zacnej inicjatywy? Bardzo prosta - jeśli uważasz, że pewne lokalne i nie tylko sprawy jesteś w stanie wyjaśnić i opisać lepiej niż my, to przyjdź i po prostu to zrób! Proste? Oakland Press oferuje więc każdemu, kto tylko zechce - od ucznia po emeryta wszelkie możliwości współpracy, łącznie z krótkim szkoleniem (także w formie wideo) na temat schematu informacji, również np. sportowych. Wygląda to na znane nam wszystkim warsztaciki dziennikarskie urządzane przez lokalnych dziennikarzy dla autorów gazetek szkolnych. Tylko, że w tym wypadku mówimy o pełnoprawnym tytule i pełnoprawnych informacjach od obywateli.

Oczywiście autorzy muszą się stosować do wspomnianej instrukcji. Jakiś porządek musi rzecz jasna obowiązywać. Ale jeżeli materiał okaże się wartościowy trafia na łamy internetowego, bądź, co najważniejsze, papierowego wydania Oakland Press. Niektórzy autorzy stają się w ten sposób stałymi współpracownikami i - dzisiaj, w dobie "kultu amatora" - dziennikarzami tej gazety. Co ciekawe, nie jest to jakaś skrócona wersja kursu dziennikarskiego, a zbiór zasad, które respektuje sama redakcja. Żadnych tajemnic, moralizowania, ewangelizowania. Po prostu - dajemy Wam swoją wiedzę, z której sami korzystamy, a teraz zróbcie to Wy, dla dobra wspólnego. Typowa sytuacja w której wygrywa każdy. A szczególnie dziennikarze obywatelscy, którzy mają szansę podnieść swoje umiejętności. Jest to niewątpliwie świetne rozwiązanie - nie dość, że edukujące społeczeństwo, to jeszcze zbliżające je (i vice versa) do światka dziennikarzy. Dziennikarze budują z ludźmi zaufanie od podstaw, korzystając z wzajemnych relacji. A że zaufanie to podstawa sprawnie funkcjonującej, nowoczesnej machiny społecznej, to wiemy już od prof. Sztompki.

To wszystko tworzy zbiorową redakcję, która jest na bieżąco wszędzie - na miejscu wypadku, w sklepie z bułkami, w przedszkolu. Swoisty rodzaj kawiarni, w której można podzielić się nowinkami. Kawiarni rozproszonej, a jednocześnie skupionej wokół pomieszczenia dla dziennikarzy obywatelskich, gdzie wszelkie newsy z terenu spotykają się i są według fachowych reguł obrabiane.

Taki związek społeczeństwa z dziennikarzami może być również zalążkiem nowego modelu biznesowego dla gazet. Bo skoro te, nie mogą sobie poradzić na rynku, muszą zwalniać pracowników, podwyższać ceny, to niech będą instytucjami zaufania publicznego. Niech budują swoją pozycję rynkową razem z obywatelami i czytelnikami. I być może to jest wielka rola internetu w przyszłości?
poniedziałek, 17 listopada 2008
No dobra, podobno przed blogami, blogerami, dziennikarzami obywatelskimi (internetowymi) przyszłość jawi się świetlana. Sam o tym pisałem wielokrotnie. Prasa traci na znaczeniu, nowe media zyskują. Blogerzy coraz częściej biorą udział w kształtowaniu opinii publicznej. Pojawiają się w prasie, a nawet niekiedy w telewizji. Jest super, jest super, więc o co Ci chodzi? - jak śpiewał Muniek Staszczyk.

Ano o to, że niekoniecznie musi być tak pięknie. I prawdopodobnie nie będzie. Mało tego - to raczej dobrze. Bo czy rzeczywiście byłoby to tak piękne, jak się na kanwie rosnącej roli nowych mediów wydaje? Obawiam się, że nie. Kiedy tak któregoś dnia przeglądałem sobie kanały RSS, stwierdziłem, że blogi i prasa to jednak zasadniczo różna zabawa. Odkrywcze, nieprawdaż? Ale ja lubię się czasami zdziwić i pomyśleć nad w zasadzie zamkniętym tematem.

No bo przecież sieć-powoli-zabija-prasę i już. W tym blogi. A to przecież trochę inne buty i co tu dużo mówić - w sandałach ciężko brodzić w błocie po kostki. Znacznie lepiej nadają się do tego kalosze. W tych z kolei nie biegamy po parku, a w biegówkach nie chodzimy do cioci na imieniny. Wszystko ma swoje miejsce.

Podobnie z blogami. W sieci dominują mimo wszystko treści krótkie i zwięzłe. Lubicie czytać sążniste elaboraty na 10 ekranów monitora? Ja zazwyczaj na takowe tylko rzucam okiem. Kiedy np. w Dużym Formacie pojawi się jakiś ciekawy, acz dług wywiad, który czytam w sieci, pluję sobie w brodę, że nie kupiłem tego egzemplarza GW i muszę się teraz męczyć przed monitorem. Bo nad czymś takim dużo wygodniej poślęczeć w fotelu. Tak mam.

Czy to znaczy, że blogi są powierzchowne? Częściowo tak. Na pewno prezentują treść dużo silniej skondensowaną. Chociażby za pomocą linków. Zamiast wyjaśniać wszystko co do joty, jak w prasie, wystarczy odesłać czytelnika do źródła. Podobnie cytując czyjąś wypowiedź, co w prasie zajmuje całe akapity. No bo przecież jeśli to jest coś ważnego, a powiedział to rzecznik firmy X - "to trzeba go zacytować". W sieci wystarczy czytelnika do owej wypowiedzi odesłać. Czasami blogi mają przewagę, bo wypowiedzi są niepełne, wyrwane z kontekstu, trzeba je brać na wiarę etc.

Co się z tym wiąże, w sieci pisze się innym językiem. To znaczy - należy odróżnić przeklejane z PAP komunikaty prasowe od autorskich treści. Mam na myśli oczywiście te drugie. Tu różnica jest już zasadnicza. Z reguły blogujemy przecież - nawet jeśli jest to poważny blog ekspercki - dla przyjemności. Dla siebie, dla innych czytelników. Ważne jest nasze zdanie, a nie budowa zdania, konstrukcja tekstu. Mamy emotikony. Wyrażamy emocje. Dyskutujemy w komentarzach, stosujemy osobiste przytyki i wtrącenia ("co prawda xxx napisał u siebie na blogu, że (...), ale myli się zasadniczo, bo (...) itd). Pomijam już tak ekstremalne przypadki jak wypunktowane wpisy na Netto ;) które do prasy nie pasują ani trochę. Co nie znaczy, że bloger, jeżeli ma swoje zdanie, nie może wyrazić go w innych mediach. Jeśli potrafi? Proszę bardzo - obrabia tekst, wypowiedź i voila. Bo tak trzeba idąc do kogoś w gości. Przyjmujemy jego zasady. Ale na blogu to my je ustalamy.

Ważna jest też interakcja. Komentarze i dyskusje o których wspomniałem odgrywają tutaj zasadniczą rolę. Bardzo lubię aranżowane przez "Dziennik" debaty na różne tematy. Publicyści spierają się tam ze sobą ze swoich wypracowanych przez lata pozycji. Jednego dnia tezę stawia konserwatysta, za trzy dni odpowiada mu liberał, w między czasie pojawia się felieton centrysty. Czytelnik mniej więcej wie, czego się po kim może spodziewać, ale dostaje gruntowny wykład. W sieci dyskusje, a niekiedy kłótnie są dynamiczne, odpowiedzi natychmiastowe. Żywsze, bo nie zastanawiamy się przecież nad nimi godzinami.

Krótko mówiąc - blogi to inna para kaloszy niż prasa. Na pewno konwergencja nowych mediów z tradycyjnymi postępuje. Blogerzy inicjują tematy i rozmawiają między sobą. Ale prasa nie podejmuje ich na poziomie sieci. TU i TAM toczy się dyskusja, ale według zupełnie innych zasad. Można rzec, że blogi są coraz częściej iskrą wzniecającą pożar. Ale to od mediów tradycyjnych zależy, czy użyją butelek z benzyną, czy gaśnicy. Coraz częściej śledzą jednak sieciowe dyskusje i decydują się ich nie gasić, a wręcz przeciwnie. I chyba dopiero tutaj blogerzy mają okazję być bardziej słyszalni.

Bo blogi i prasa w jednym stały domku. Blogi na dole, a prasa na górze.
sobota, 07 czerwca 2008
Jeff Jarvis na blogu BuzzMachine opublikował swoją przedmowę do książki Charlie'go Beckett'a "Supermedia: Saving Journalism So It Can Save the World". Pisze, że ta książka (wydana na razie tylko w USA i Wielkiej Brytanii) to tak naprawdę swoisty traktat o dziennikarstwie w sieci.

W przedmowie porusza kilka ciekawych kwestii i niejako definiuje rolę jaką w świecie dziennikarstwa powinna odgrywać sieć. Przede wszystkim twierdzi, że amatorzy wcale nie powinni zastępować profesjonalistów. Za lepszą perspektywę uważa obustronną współpracę. Motto tych "dwóch światów" powinno brzmieć "razem możemy zrobić więcej". Jeff Jarvis argumentuje, że sieć daje nieznane wcześniej możliwości współpracy dziennikarzy z obywatelami w celu wspólnego gromadzenia znacznie większej bazy informacji i wiedzy, niżby to miało miejsce wówczas, gdyby zajmowali się tym tylko i wyłącznie profesjonalni reporterzy.

Ten "nowy ład" w którym społeczeństwo partycypuje w tworzeniu świata mediów przynosi wiele korzyści i to w różnych kierunkach. Media mogą rozszerzać zasięg swojej percepcji zarówno w stronę "międzynarodowości" jak i "hiperlokalności". Kamery stacji telewizyjnych mogą dotrzeć wszędzie. Wreszcie sami reporterzy mają szansę dostać ogromne wsparcie przy poszukiwaniu informacji na dany temat. Nawet po opublikowaniu danego materiału w sieci, feedback płynący od czytelników jeszcze długo po dacie publikacji pozwala na sukcesywne uzupełnianie informacji, wiedzy (zresztą cała idea Wiki opiera się dokładnie na tym modelu). W przypadku papierowych mediów jest to niemożliwe. Informacja zamieszczona w sieci niesie więc ze sobą znacznie większy "procent informacji w informacji" niż czynią to media tworzone bez udziału czytelników, widzów, obywateli.

Nie chodzi tutaj tylko o wsparcie dla konkretnego przypadku. Dana informacja zamieszczona w sieci jest z reguły obudowana całą masą linków do materiałów pokrewnych. To jeszcze bardziej napełnia zbiornik z wiedzą na dany temat. Relację z wydarzenia o którym pisały tradycyjne media można znaleźć również na wielu blogach. Niekiedy jest to relacja znacznie dokładniejsza, fachowa. Dodając do tej puli materiały multimedialne, często ekskluzywne, nagrane za pomocą urządzeń mobilnych, można stwierdzić, że dziennikarstwo tworzone w sieci buduje swoistą społeczność łączącą ekspertów i zwykłych obywateli.

To wszystko razem tworzy nową jakość dziennikarstwa. Staje się ono bardziej otwarte, elastyczne. Być może najważniejszą funkcją jaką spełni w społeczeństwie dziennikarstwo sieciowe jest świadomość obywateli, że wspólnie odkrywają, tworzą, dają coś od siebie drugiemu człowiekowi. A to jest jedna z kluczowych cech ludzkiej natury. A poza tym wszystkim ja osobiście uważam, że to fajna zabawa dająca sporo funu. Te wszystkie możliwości współdziałania, oglądania efektów swojej pracy sprawiają, że media przestają być drętwe. Przestają być tworzone tylko przez tych "co wiedzą" dla tych co "chcą wiedzieć". Stają się globalną zabawą w którą grają wszyscy dla dobra samych siebie i mogą powiedzieć "to jest super", "media są super". Supermedia.
 
1 , 2