Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

Kategorie: Wszystkie | dziennikarstwo | dziennikarstwo obywatelskie | internet | nowe media | polityka | prasa | radio i tv | społeczeństwo
RSS

dziennikarstwo obywatelskie

czwartek, 19 marca 2009
Serwis do.org.pl uruchomiony został wczoraj przez kilku byłych użytkowników portalu Wiadomości24.pl, którzy mieli inną wizję dziennikarstwa obywatelskiego, niż osoby kierujące serwisem należącym do medialnego potentata Polskapresse.

Większość z nich była wcześniej mocno zaangażowana w rozwijanie idei dziennikarstwa obywatelskiego właśnie w tym portalu. Ich odejście nastąpiło w momencie zmiany polityki serwisu, polegającej na uwiarygodnianiu autora poprzez konieczność zamieszczenia jego zdjęcia. Wówczas jeden z użytkowników podmienił zdjęcie na awatar, co doprowadziło do niemożności publikowania przez niego tekstów. Wymóg ten został w końcu zniesiony na prośbę użytkowników, aczkolwiek osoby które publikują pod pseudonimem lub bez zdjęcia, mogą obecnie liczyć jedynie na publikację w dziale Moje Trzy Grosze oraz nie otrzymują żadnych przywilejów i nagród.

Redaktor naczelny Wiadomości24.pl Paweł Nowacki stoi na stanowisku, że wiarygodność w dziennikarstwie obywatelskim jest najważniejsza dla kogoś, kto chce publikować w sieci. - Cieszę się, iż te osoby nadal chcą informować innych, w jakiś sposób będę im kibicował, naprawdę wiele pracy przed nimi - dodaje.

Sami twórcy nowego serwisu podkreślają, że prowadzą działalność na zasadach non profit i nazywają go miejscem przyjaznym dla wszystkich, którym bliskie są idee wolnego dziennikarstwa obywatelskiego. W serwisie do.org.pl użytkownik sam może decydować o kwestii licencji Creative Commons, czyli w pełni dysponuje własnymi prawami autorskimi, mogąc także pozwolić innym na wykorzystanie tekstu w sposób komercyjny (co np. nie było możliwe w serwisie Wiadomości24.pl)

Jak piszą na swojej stronie twórcy serwisu, z biegiem lat coraz więcej wielkich korporacji medialnych zaczęło wykorzystywać idee dziennikarstwa obywatelskiego do swoich celów, starając się sprawiać wrażenie, że są im one bliskie. W efekcie stawali się posiadaczami darmowych treści od użytkowników, którzy przyczyn powstania dziennikarstwa obywatelskiego dopatrywali się przede wszystkim w stworzeniu opozycyjnego wobec wielkich koncernów medium. - My pamiętamy o tych przyczynach i dlatego stworzyliśmy niezależną od jakiegokolwiek koncernu medialnego platformę, która ma służyć publikowaniu materiałów przez dziennikarzy obywatelskich i informowaniu społeczeństwa o wydarzeniach pomijanych, marginalizowanych lub wypaczanych przez korporacyjne molochy medialne. Platformę, która ma służyć lepszemu przepływowi informacji i stanowić krok ku demokratyzacji mediów publicznych - dodają autorzy.

Do twórców serwisu napisał również Lawrence Lessig, autor "Wolnej Kultury" i założyciel organizacji Creative Commons. - Z wielką przyjemnością kibicuję temu doniosłemu eksperymentowi dziennikarskiemu, czując się jednocześnie zaszczycony faktem wykorzystywania przez was licencji Creative Commons - napisał. - W dzisiejszych czasach, w związku z ogromną presją, jakiej poddawane są media przez swych korporacyjnych właścicieli – próbujących zmusić swych pracowników do tego, aby stawali się w coraz mniejszym stopniu dziennikarzami – niezmiernie ważną sprawą jest przeciwstawienie im silnej i niezależnej alternatywy. Inicjatywy, które obiecują taką niezależność, zapewniając równocześnie swobodny i wolny dostęp do publikowanych informacji, a jednocześnie nakłaniają ludzi do dzielenia się tymi informacjami, są ważnym elementem współczesnej walki o wolność słowa - stwierdził Lessig.

Czy eksperyment okaże się udany? - Zapraszamy wszystkich Dziennikarzy Obywatelskich do współpracy - mówią założyciele. Konkurencja na rynku mediów - również tych obywatelskich - jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Trzymajmy kciuki!
niedziela, 14 września 2008
Przynajmniej na razie.

Dominik Kaznowski zastanawia się u siebie na blogu, dlaczego w Polsce dziennikarstwo obywatelskie się nie rozwija. Pyta, co z internautami, którzy powinni kontrolować media. Tymczasem wrzucają jedynie zdawkowe "komentki" na blogach i forach.

Otóż moim zdaniem, dziennikarstwo obywatelskie rozwija się i ma się całkiem dobrze w terenie. To przede wszystkim działalność lokalna. Lokalne portale, prasa. Pomyślcie - znacznie większą ilość obywateli interesuje ich własne podwórko, a nie trójkąt "Sejm na Wiejskiej - pałacyk MSZ - Pałac Prezydencki". Słusznie Dominik Kaznowski pisze, że jest za wcześnie. Jest też zwyczajnie za głupio.

Polska to nie jest póki co Dania, Finlandia, czy choćby Francja, gdzie społeczeństwo obywatelskie działa sprawnie, angażuje się w rozliczne kampanie społeczne, ma realny wpływ na kierunek polityki państwa. My też chcemy superszybkiej sieci o wysokiej przepustowości bo zazdrościmy Skandynawom i co? Będziemy zamiast tego płacić haracz na KRUS bo taki jest wynik koalicyjnej gierki.

Koalicyjne gierki mało interesują przeciętnego Kowalskiego.

Musi upłynąć jeszcze trochę wody, zanim wykształcimy w pełni sprawne społeczeństwo obywatelskie zdolne wykształcić ruch dziennikarzy obywatelskich wpływających na władze centralne. Kiedy to nastąpi? Moim zdaniem wtedy, kiedy dzisiejsi - powiedzmy - trzydziestolatkowie, którzy robią obecnie biznesy, zechcą zająć się polityką. Coś jak Łukasz Foltyn. Jego kandydatura z list PSL to była moim zdaniem trochę śmiechawka, aczkolwiek rozumiem, że był jedyny. Wtedy będzie można mówić o prawdziwej reprezentacji w parlamencie ludzi młodych. Ja np. cały czas czekam na takie ugrupowanie. Mądre, rozumiejące reguły rynkowej gry jaką kieruje się biznes, aczkolwiek nie dogmatyczne, znające świat i potrzeby współczesnego, nowoczesnego państwa. A tymi potrzebami są minimalizowanie wykluczenia społecznego i informacyjnego poprzez oplatanie kraju siecią szybkiego internetu, edukacja i szeroko rozumiany dialog z partycypującymi we władzy organizacjami pozarządowymi.

Póki co mamy do czynienia (niezmiennie od '89) z czymś w rodzaju kolejnych planów czteroletnich. Wiecie na czym one polegają? Partie obmyślają co powiedzieć w telewizji i pokazać na billboardach, żeby przez 4 lata sobie porządzić. Po czym administrują przerzucając się bzdurnymi gadkami na konferencjach, tłumacząc ten fakt uczestnictwem w partyjnej grze w ramach demokracji medialnej.

Czy to może być ciekawe dla potencjalnego dziennikarza obywatelskiego, który chce pisać o sprawach kraju, kontrolować władze? Są blogerzy, różne Tusk Watch, albo Lech Kaczyński Watch, ale poziomem nie odbiegają zasadniczo od owych "komentków" na forach. Internauci często gęsto zachowują się jak klakierzy poszczególnych partii, a nie jak obywatele. I w internecie również liczy się błysk, news, "setka". Podziały w polityce odzwierciedlają podziały w społeczeństwie. Sieć to chyba również nie jest "miejsce na chwilę wyhamowania", a przynajmniej na razie i w tym temacie.

Czy kogoś interesuje rzeczywisty, oddolny ruch ze strony internautów na stworzenie takiego miejsca? Mnie tak i w gruncie rzeczy pytania Dominika Kaznowskiego skłaniają do refleksji. Myślę, że ten blog to dobre miejsce, aby zacząć od siebie, prawda? :)
piątek, 22 sierpnia 2008
Zacznę może od tego, że wczoraj na Blipie uciąłem sobie z Markiem Millerem krótką "dyskusję" na temat dziennikarstwa obywatelskiego. Oto jej zapis:
  • mmiller: Definicja dziennikarza obywatelskiego? freelancer bez pensji. Dobre.
  • mmiller: Lepsze: ktoś, kto chce mieć przywileje dziennikarza, ale bez obowiązujących dziennikarza zasad i odpowiedzialności poprzez dodanie przymiotnika 'obywatelski'
  • mmiller: Nie mam nic do dziennikarstwa obywatelskiego. Po prostu chwytliwy slogan.
  • matesky: albo ktoś, kto nie chce zrzeszać się w bzdurnych i nie na te czasy stowarzyszeniach dziennikarzy oceniających, kto jest dziennikarzem, a kto nie ;]
  • mmiller: słuszna uwaga... Poza tym, być może to idealistyczne, ale ja wciąż uważam, że dziennikarstwo nie jest wykonywanym zawodem. Taka misyjność :)
  • mmiller: i nadal dziennikarz obywatelski pozostaje dla mnie pustym sloganem
  • matesky: no właśnie, dziennikarstwo to wolny zawód, a obywatelskie? bardziej wolny? :) od regulaminów, gdzie jedynym kryterium oceny są opinie czytelników?
  • mmiller: Gdzie się kończy dziennikarstwo obywatelskie?
Po czym Marek oczywiście wyjaśnił w stosownym wpisie, gdzie kończy się dziennikarstwo obywatelskie. Zastanawia się w nim, czy aby tradycyjnego dziennikarza, nie różni od obywatelskiego tylko fakt pobierania stałej pensji? Przytacza przykład serwisu dziennikarstwa obywatelskiego Allvoices, który zwodzi ochotników możliwością zarobku za publikowane teksty (przypomnę, że nasze Wiadomości24 też płacą za newsy). Nie uważam takiego działania za przekłamanie idei dziennikarstwa obywatelskiego czy coś podobnego, wręcz przeciwnie. Marek uważa jednak, że pobierający kasę za teksty amatorzy nie powinni nazywać się już dziennikarzami obywatelskimi, gdyż "ich cel ulegnie zmianie - z chęci bycia usłyszanym na chęć zarobienia paru groszy".

Komentujący ten wpis Maciek Lewandowski również zgadza się ze stanowiskiem autora
i twierdzi, że dziennikarz obywatelski "pisze w celu informowania innych, a nie w celu zarabiania pieniędzy".

Cóż, mam inne zdanie.

Według mnie należało by się zastanowić nie nad tym, gdzie kończy się dziennikarstwo obywatelskie. Raczej nad tym, gdzie się zaczyna. W tym celu pogrzebałem w sieci w poszukiwaniu interesujących mnie materiałów i pokusiłem o ułożenie definicji dziennikarza obywatelskiego.

Zacząłem od świetnego wpisu Dan'a Gillmor'a na Center for Citizen Media Blog p.t. Skąd wziął się (termin) "dziennikarz obywatelski"? Już na wstępie Gillmor stwierdza, że jest to wielkie pytanie i nie ma na nie równie wielkiej odpowiedzi. Po czym opowiada, jak puścił "tweet" na Twitterze z powyższym, w oczekiwaniu na informację zwrotną. Zdaniem Gillmor'a dziennikarstwo obywatelskie to przede wszystkim działanie dla dobra społeczności lokalnej (nie ma mowy o tym, czy za pieniądze, czy nie, chociaż dalej pada termin dziennikarstwa społecznego).

Gillmor datuje jego początek na końcówkę lat '80 ubiegłego stulecia i stwierdza, że jest efektem epoki cyfrowej. Postępująca "demokratyzacja mediów", coraz szerszy dostęp do narzędzi ich tworzenia (blogi są jednym z pierwszych i najpotężniejszych!) tworzy nowe stosunki na linii media-obywatel. Obywatel zaczyna uczestniczyć w tworzeniu mediów. Oczywiście nie każdy, chociaż Oh Yeon Ho, założyciel koreańskiego OhMyNews, pionier w dziedzinie internetowego dziennikarstwa obywatelskiego twierdził, że "każdy obywatel jest reporterem". Generalnie jednak chodzi o to, że każdy obywatel ma możliwość bycia częścią wielkiego medialnego ekosystemu.

Jeff Jarvis na BuzzMachine przytacza "najkrótszą" definicję dziennikarstwa obywatelskiego w wykonaniu Jay'a Rosen'a: kiedy ludzie, którzy dawniej byli bierną publicznością, wchodzą w posiadanie narzędzi do tej pory dostępnych dla prasy i zaczynają się za ich pomocą informować, stają się dziennikarzami obywatelskimi. Celne.

W innym poście Gillmor'a pojawia się m.in. problem "połączenia" dziennikarzy pracujących w dużych mediach z lokalnymi społecznościami. Czy są one wystarczające? A czy są one wystarczające u nas, w Polsce?

Moim zdaniem media po wielu tematach ledwie się ślizgają. Takie programy jak "Prosto z Polski" w TVN24 poruszają lokalne problemy, ale to zaledwie czubek góry lodowej. Nikt nie zna często-gęsto chorych sytuacji wynikających z istnienia skostniałych struktur lokalnej władzy lepiej, niż miejscowi. Żaden korespondent nie zajmie się tymi tematami lepiej niż lokalne, wyrastające ostatnio jak grzyby po deszczu lokalne portale, tworzone z reguły przez amatorów z zacięciem do społecznej kontroli. I te portale, szczególnie w mniejszych miastach, szybko stają się pełnoprawnym uczestnikiem lokalnej, medialnej gry. Coraz częściej też dobrym początkiem przy drążeniu jakiejś lokalnej sprawy przez duże media, jest zwrócenie się o pomoc do takich lokalnych portali. Swoisty pomost. Nie muszą od razu "łykać" tego, co pisze i uważa miejscowa ludność. Ale mają rozeznanie w temacie.

W efekcie i tak najlepsi dziennikarze obywatelscy, czy tego chcą, czy nie, będą trafiać do dużych mediów jako lokalni sprawozdawcy. Duże media będą przeciągać ich treści, a nawet ich samych. Lokalne portale "opowiadając historie" z własnych podwórek mimowolnie będą wychodzić z tej roli, wrastać w medialny ekosystem. Argument przeciw? Amatorzy mają za nic zasady etyki i rzetelności dziennikarskiej. Ale tu również działa selekcja naturalna. Najbardziej rzetelni, przejrzyści i fachowi przetrwają.

W tym momencie pojawia się poruszona na początku kwestia płacenia za materiały. Zdaniem Gillmor'a, duże media zechcą wypełnić luki w terenie po prostu płacąc lokalnym mediom za ich informacje. Moim zdaniem jest to tak oczywiste, że nie ma sensu zastanawiać się, czy przymiotnik "obywatelski" takim dziennikarzom jeszcze się należy, czy już nie.

Dziś natomiast natknąłem się w Wiadomościach24 na zaproszenie do udziału w konkursie Obywatel Reporter, gdzie stwierdzono, iż "dziennikarzem obywatelskim może być każda osoba, która jest uważnym obserwatorem i której bliska jest troska o jej społeczność i środowisko, w którym żyje. Mniejsza znaczenie ma, czy osoba taka potrafi pisać czy kręcić filmy - tego zawsze można się nauczyć! Ważniejsze jest to "coś", które powoduje, że widzi się więcej niż przeciętna osoba i chce się coś zrobić, żeby było lepiej".

Podsumowując, krótka definicja dziennikarza obywatelskiego mogłaby brzmieć:

Dziennikarzem obywatelskim jest osoba zainteresowana swoim lokalnym środowiskiem, informująca o jego sprawach z wykorzystaniem dostępnych narzędzi do publikacji tekstu, dźwięku i obrazu oraz szanująca prawo i zasady etyki dziennikarskiej, współpracująca z innymi dziennikarzami obywatelskimi, a także innymi mediami, w celu kontroli bądź przekształcenia tego środowiska.

Taka robocza wersja ;-). Jeśli chcielibyście coś dodać - to - poza komentarzami - zamiast "tweeta" puszczam "blipa" i pytam - gdzie zaczyna się dziennikarstwo obywatelskie? Kłamstwa, półprawdy i prawdy oczywiste zostaną spisane, opublikowane i poddane pod dyskusję ;-).
sobota, 12 lipca 2008
Na blogu Netto reuptake opublikował dzisiaj krótką notkę na temat wpadki jednego z banków. Na stronie banku, gdzie można było zamieszczać swoje CV nie zabezpieczono tych danych, w wyniku czego jeden z hakerów włamał się nań i udostępnił setki CV szerokiej publiczności.

W tym momencie na scenę wkroczył serwis (dziennikarstwa obywatelskiego) Alert24, który zamieszczając, jako się rzekło, rzeczywiście newsowy "czerwony alert", nie miał skrupułów umieścić w nim linku do owych CV. Okraszając jednocześnie newsa niemal reklamowym sloganem "Setki CV do obejrzenia w sieci!". Obecnie news znajduje się również na stronie głównej Gazety.

Reuptake zastanawia się, gdzie są granice "dziennikarstwa obywatelskiego". Cudzysłów przy tym terminie w odniesieniu do Alert24 może i jest słuszny. Czy podanie linku do poufnych danych setek ludzi nie jest działaniem pasującym raczej do dziennikarskich hien, niż do dziennikarzy obywatelskich? Owszem.

Ale odpowiem reuptake w następujący sposób:

Pytając kiedyś o to, "kto nie jest dziennikarzem obywatelskim", mniej więcej wyraziłem swoje zdanie na temat Alert24. W skrócie: uważam, że jest to serwis sensacyjny, a zadaniem jego autorów jest przynosić sensacyjne newsy. Inaczej mówiąc, ten serwis jest tabloidem.

Moim zdaniem, skoro sieć i dziennikarze obywatelscy zyskują na znaczeniu kosztem prasy drukowanej, zapełniają również podobne segmenty rynku co prasa. A jeżeli na rynku prasy mamy Dziennik, Tygodnik Powszechny, czy Politykę, ale też i Super Express (pamiętamy wszyscy zdjęcie Waldemara Milewicza z Iraku, czy ostatnie "głowy Niemców") i masę brukowców - nie ma się co dziwić, że podobne podziały mają miejsce wśród dziennikarzy obywatelskich. Każdy news znajdzie swojego czytelnika.

To, czy Alert24 łamie prawo publikując link do tych CV pozostawiam bez komentarza, bo się na tym nie znam. Ale tabloidy lubią się przecież sądzić. Może mają to wkalkulowane w swoją działalność?

Podsumowując: ktoś musi pisać świetne obywatelskie relacje z Europarlamentu, koncertów, dyskutować o lokalnych problemach, żeby publikować link do poufnych danych mógł ktoś.
środa, 23 kwietnia 2008
Dział Wydarzeń serwisu dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomości24 wzbogacił się o zakładkę English zone. Jak informuje w swoim wpisie na redakcyjnym blogu jeden z redaktorów W24 Mateusz Aleksandrowicz, jest to efekt współpracy jaką Wiadomości24 mają zamiar podjąć z samym, wielkim... OhmyNews International (anglojęzyczna wersja koreańskiego giganta obywatelskiego)!

Oficjalnymi partnerami obie strony mają zostać w maju. Na czym to partnerstwo będzie polegać? Sekcja English zone ma być miejscem "transferu contentu". Oznacza to, że autorzy W24 będą mogli tam zamieszczać w języku angielskim swoje materiały. Następnie dostęp do nich zyskają ludzie z Korei, a druga strona odwdzięczy się anglojęzycznymi materiałami z OhmyNews International.

Co mogą zyskać autorzy? Przede wszystkim ich teksty, zdjęcia i filmy mają szansę trafić na stronę główną największego portalu dziennikarstwa obywatelskiego na świecie. Poza tym redakcja namawia osoby dobrze znające angielski do pisanie tekstów szkoleniowych n.t. przygotowywania materiałów reporterskich w tym języku. Jest więc szansa podszlifować warsztat w tym aspekcie nie tylko podczas gorącej linii autor-redakcja która cechuje proces publikacji newsa w W24.

Jak napisał Mateusz Aleksandrowicz, English zone ma stać się już niedługo "miejscem ważnym i areną rzeczy wielkich". Ciekawe. Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz natknąłem się na tę zakładkę myślałem, że będzie to obywatelska tuba przebywającej na Wyspach emigracji zarobkowej utrzymana w stylu gazetowego Londka :) Współpraca z OhmyNews to jednak dla W24 i polskiego dziennikarstwa obywatelskiego coś zupełnie nowego i gorąco kibicuję temu kierunkowi rozwoju portalu.
niedziela, 20 kwietnia 2008
Antyweb poinformował o powstaniu nowego serwisu dziennikarstwa obywatelskiego. Tym razem sieć na sieć postanowił zaciągnąć tygodnik Wprost uruchamiając InfoTubę. To kolejny portal tego typu funkcjonujący niejako "obok" macierzystego serwisu tradycyjnego medium. Na mapie polskiego dziennikarstwa obywatelskiego robi się więc coraz tłoczniej. Mamy Wiadomości24 uruchomione przez Polskapresse, wydawcę m.in Polski i kilku regionalnych tytułów podeń podczepionych jak np. Głos Wielkopolski, czy Gazeta Krakowska. Jest należący do wydawanej przez Agorę Gazety serwis Alert24. Ponadto Interia posiada swoją 360-tkę, a Media Regionalne uruchomiły szereg portali miejskich pod wspólnym szyldem Mojego Miasta. Istnieje oprócz tego moim skromnym zdaniem nieco niedoceniany i słabo rozreklamowany stary wyjadacz w postaci iThink. Zainteresowanie regionalnymi informacjami zdradza też nieśmiało Onet, o czym pisał Tomasz Topa, jednak póki co portal ten nie zdecydował się wpuścić dziennikarzy obywatelskich na swoje łamy. W sferze "obrazkowej" TVN24 udostępnia widzom platformę Kontakt, na którą mogą wysyłać zdjęcia i filmy z ciekawych wydarzeń których byli świadkami.

Mamy więc do czynienia z czymś w rodzaju odrębnego rynku informacji dostarczanych przez dziennikarzy obywatelskich. Na razie jest za wcześnie aby stwierdzić, czy to tylko chwilowa moda i pogoń za trendem. Pewnie nie, bo jest za duże życie na osiedlu, żeby nagle ten segment zszedł na margines. Duże media w Polsce również zrozumiały, że dziennikarze obywatelscy mogą dostarczać wielu ciekawych informacji z terenu i w związku z tym warto o nich zabiegać i z nimi współpracować. Informacje takie coraz częściej trafiają na łamy dużych mediów. Póki co raczej na zasadach wolnej amerykanki. Internet dający możliwość wyrażenia swojego zdania, realizuje także prawo do wolności komunikowania z której na potęgę korzystamy. I tradycyjne media również.

Niekiedy informacje przekazywane przez amatorów nie ustępują, a nawet przewyższają poziomem te tworzone w redakcjach przez zawodowców. Zacieśnienie współpracy z niektórymi amatorami i jasne określenie jej zasad jest moim zdaniem nieuniknione. Być może zawodowcy traktują dzisiaj dziennikarstwo obywatelskie nieco z przymrużeniem oka. Synergia obu tych światów o której pisał Krztysztof Urbanowicz to jednak fakt. Błędne jest zatem myślenie jakie zaprezentował(a) Livio komentując wpis o InfoTubie na Antyweb i twierdząc, że amatorzy nie powinni zabierać chleba wykształconym kierunkowo zawodowcom, a zamiast tego ograniczyć się jedynie do podsuwania tymże tematów. Na szczęście czasy monopolu dużych graczy medialnych na przekaz i kształt informacji dzięki rozwojowi sieci są już za nami.

Duża ilość serwisów zbierających treści od dziennikarzy obywatelskich prowadzić może jednak do "kłopotu bogactwa". Powstaje pytanie - gdzie w takim razie pisać, publikować? Moim zdaniem, skoro informacje (piszę tutaj o newsach z terenu, a nie dumaniu nad przyszłością PZPN) od amatorów zyskują na znaczeniu i wytworzył się swoisty rynek takiej informacji, warto jakoś zagospodarować ten teren. Być może internauci powinni zrzeszyć się w jakiejś Internetowej Agencji Informacyjnej, albo Obywatelskiej Agencji Informacyjnej i tam udostępniać materiały? Powinni mieć też do wyboru określenie statusu takiego newsa - czy zamieszczają go bezinteresownie i każdy może z niego dowolnie korzystać i modyfikować, czy zabezpieczają pewne prawa licencją Creative Commons, czy też mają ich zdaniem tak ciekawy materiał, że zechcą go sprzedać, lub poddać licytacji. To wszystko jednak melodia przyszłości. Póki co jesteśmy na etapie kształtowania tej części mediów i musimy decydować, do kogo pójdziemy dzisiaj w gościnę. Jednak własne lokum to moim zdaniem kwestia czasu. Szczególnie w polskim, zauroczonym siecią społeczeństwie, gdzie każdy ma coś ciekawego do powiedzenia.

Dziennikarstwo obywatelskie polską specjalnością?
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Serwis dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomości24 podpisał umowę o współpracy z redakcją bezpłatnej, codziennej gazety Echo Miasta, poinformował redaktor naczelny Wiadomości24 Paweł Nowacki. Echo Miasta ukazuje się w poniedziałki i czwartki w siedmiu największych miastach Polski: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi, Katowicach, oraz Trójmieście.

Na podstawie zawartej na razie do końca czerwca umowy, najlepsze materiały dziennikarzy obywatelskich publikujących w Wiadomościach24 trafiać będą na łamy Echa Miasta. Gazeta będzie ponadto płacić autorom honoraria pod warunkiem, że ich tekst trafi na okładkę, lub będzie stanowił inspirację do napisania takowego materiału przez redakcję. Honorowane mają być tylko unikalne newsy. Oznacza to, że za świetną relację z miejsca wypadku dziennikarz obywatelski będzie mógł otrzymać wynagrodzenie, ale za tak samo dobry poradnik np. na temat rozliczeń podatkowych, który trafi do innego działu, już nie.

Nie zmienia to jednak faktu, że umowa ta daje dziennikarzom obywatelskim szansę na promocję własnej osoby. Echo Miasta zyskuje bowiem prawo do publikacji materiału, oraz podpisuje go imieniem i nazwiskiem autora. Mając na uwadze fakt, że tytuł wychodzi w dużych aglomeracjach miejskich, szanse na zauważenie dobrego dziennikarza obywatelskiego aspirującego do pracy w tradycyjnych mediach drastycznie wzrastają.

Pierwszym autorem którego tekst opublikowało Echo Miasta jest Marta Jurczak. W dzisiejszym wydaniu gazety pojawił się jej, skądinąd bardzo dobry tekst p.t. "Wyróżnij się albo zgiń!".
niedziela, 30 marca 2008
Tym co odróżnia dziennikarza obywatelskiego od tradycyjnego jest (nie)pobieranie za swoją pracę wynagrodzenia. Dziennikarz obywatelski pisze z potrzeby uczestnictwa w życiu społecznym, chęci informowania, pisania w sieci. Robi to z czystej przyjemności, a nie w celu zarobkowym.

A przynajmniej taki jest obowiązujący paradygmat.

Dziennikarze obywatelscy obruszają się niekiedy, jeżeli ktoś proponuje im pieniądze za materiał. Argumentują, że tam gdzie zaczyna się płacenie za teksty czy zdjęcia, tam kończy się dziennikarstwo obywatelskie. A zaczyna bezmyślna machina tworzenia "gorących newsów". Moim zdaniem dziennikarz obywatelski który doniósł o ważnym wydarzeniu, sprawdził źródła, zrobił dobre zdjęcia i opublikował całość w internecie, wykonał tak samo dobrą robotę jak zawodowy reporter. A nawet większą, bo zawodowy reporter ma u boku zawodowego fotografa/operatora i kierowcę, a dziennikarz obywatelski jest niejako "trzy w jednym". Załóżmy, że student odbywający praktyki w Parlamencie Europejskim pisze świetne relacje z posiedzeń plenarnych. Albo kibic na meczu Premiership wykonuje świetne zdjęcie. Dlaczego nie mieliby oni otrzymać za swoje materiały wynagrodzenia? W imię wydumanej idei dziennikarstwa obywatelskiego jako "dostarczania darmowych materiałów" dużym mediom?

Odnoszę wrażenie, że w Polsce dziennikarze obywatelscy są traktowani właśnie w ten sposób. Rozciągnięta jest nad nimi aura nowoczesnych patriotów, piszących o lokalnych wydarzeniach. Tradycyjne media rozpływają się nad tym zjawiskiem, a w zaciszu redakcji korzystają jak chcą z ich materiałów, samych autorów mając za pospolitych frajerów. Po co wysyłać gdzieś na, za przeproszeniem - zadupie gdzie strajkuje szpital reportera, skoro operuje tam wcale dobry warsztatowo dziennikarz obywatelski? Tekst jest dobry, płacić nie trzeba - jeżeli nie zacytujemy obszernie okraszając wyświechtaną formułką "o sprawie napisał dziennikarz obywatelski z Wąchocka" jego tekstu, to przynajmniej mamy solidną zajawkę i podstawy do zrobienia własnego newsa. To samo dzieje się zresztą z blogami.

Moim zdaniem dziennikarze obywatelscy (i blogerzy), szczególnie specjalizujący się w konkretnej tematyce nie powinni mieć skrupułów. Za ekspercką poradę się płaci. We wczorajszym wywiadzie dla "Dziennika" prof. Leszek Balcerowicz wspomniał, że "darmocha to część socjalizmu". A informacja to wartość jak każdy inny towar którym obraca się na wolnym rynku.

Owszem, dziennikarze obywatelscy pisząc realizując swoje hobby. Ale w momencie kiedy ich materiałem interesuje się inne duże medium i okazuje się, że uznaje ten materiał za na tyle dobry, aby "sprzedać go" swoim klientom, rozpocząć powinna się dyskusja o jego "zakupie". Bo formułki typu "wolna kultura", czy "wolny obieg informacji" kończą się, gdy materiał jest zamykany w prasowej, czy innej ramówce i sprzedawany dalej.

Tradycyjne media w dłuższej perspektywie są skazane na współpracę z mediami obywatelskimi. Pozostaje kwestia ustalenia reguł. Być może dziennikarz obywatelski-ekspert sam powinien wyznaczać stawki (tak jak to słusznie robią poczytni blogerzy zarabiający na reklamach). A być może donatorami powinni być sami czytelnicy, którzy ilością "odsłon" ustalają "cenę" informacji.
piątek, 21 marca 2008
Nicolas Carr w swoim ostatnim wpisie nawiązując do recenzji jego książki "The Big Switch" autorstwa Reed'a Hundt'a z Democracy Journal zastanawia się w którą stronę w przyszłości skręci sieć. Jej rozwój, jak to ma w zwyczaju, porównuje do rozwoju rynku sieci elektrycznej przed stu laty. Wówczas drobnych wytwórców którzy często na własny rachunek, z własnego przyfabrycznego generatora wytwarzali energię dostarczaną do zakładów produkcyjnych, zastąpiły rosnące w siłę zakłady energetyczne. Które zajęły się powszechną elektryfikacją. I które następnie objął kontrolą rząd.

Carr przewiduje, że jesteśmy w przededniu rządowej walki o kontrolę światowej sieci informatycznej. Politycy nie będą zbyt długo czekać i bezczynnie przyglądać się z boku tej oazie wolnego obiegu informacji. Zechcą aktywnie włączyć się w jej współtworzenie i wykorzystać do różnych rządowych programów. Oczywiście w różnych częściach świata w różnym stopniu. Na bank w Chinach, możliwe że w Unii Europejskiej, ale prędzej czy później również w republikańskich Stanach. No właśnie, a co z "rynkiem informacji"?

Sieć ma coraz większy udział w działaniu państwa. Coraz częściej mamy do czynienia z e-państwami. Sieć dotyka sfer handlu, z pewnością (chociaż czy w Polsce, to bym polemizował) służb specjalnych, badań, no i przede wszystkim komunikacji (również z lokalnymi strukturami) i przesyłu informacji. Nie łudźmy się, że ten przekaz zawsze sprzyja transparentności działania państwa. Chociaż w parlamencie Estonii posłowie otrzymują ustawy nie na papierze, ale w postaci plików na rządowe laptopy, a wszelkie decyzje rządu natychmiast publikowane są w sieci. Nam to na razie nie grozi. Znacznie bardziej prawdopodobne jest zaś, że rządy zechcą w przyszłości kontrolować informacje publikowane w sieci. Oczywiście nie na taką skalę jak przepływ energii elektrycznej. Będzie to (chyba) niemożliwe.

Dziennikarstwo obywatelskie to może być piasek sypany w oczy urzędników od "polityki informacyjnej". Sieć to oczywiście wspaniałe miejsce na prowadzenie publicznych debat. Dziennikarze obywatelscy powinni je zresztą inicjować. Ale są też takie sfery jak terroryzm, gdzie państwo z pewnością zechce mieć monopol na informacje. Lub przynajmniej na czas i "zakres" ich publikacji. W dobie mobilnych urządzeń i powszechnego dostępu do sieci (również w armii) przykładowy filmik (filmik!) z uwolnienia Jerzego Kosa mógłby wypłynąć zbyt szybko. Załóżmy, że do uwolnienia w okolicy byłoby jeszcze pięciu innych Jerzych Kosów. Publikacja mogłaby położyć całą operację, bo druga strona też przecież z sieci korzysta, a nawet wysyła frontowy, obywatelski (w sensie szybkości przekazu) wywiad. A skoro przesłano filmik, to dlaczego nie przesłać mapy z oznaczonymi punktami strategicznymi?

Dziennikarstwo obywatelskie charakteryzują lokalność i szybkość przekazu. O ile tę pierwszą cechę raczej wszyscy zaliczą in plus, to w przypadku szybkości sprawa nie wygląda już tak różowo. Ciekawe czy rząd USA, gdzie z pewnością ta forma komunikacji jest najbardziej popularna, pracuje już nad jakimś "czasowstrzymywaczem" albo "kontrolerem" tworzonych przez użytkowników treści? W Polsce póki co sami sobie powinniśmy być kontrolerami, a potem zająć się kontrolą rządu. Dopóki ten będzie nieruchawy tak jak teraz, inicjatywa należy do dziennikarzy obywatelskich.
środa, 19 marca 2008
Poza wspomnianymi w poprzednim wpisie czynnikami, dziennikarza obywatelskiego charakteryzuje jeszcze jeden - czytelnik utożsamia się z nim jako z autorem, a nie z tytułem pisma, czy kanałem telewizyjnym. Tworzenie osobowości, autorów, ekspertów to kierunek w jakim skręca dziennikarstwo. Myślę, że wiązać się to powinno z coraz szerszym udziałem dziennikarzy obywatelskich w tworzeniu informacji, opinii.

Jak wspomniałem sieć społeczna dziennikarzy obywatelskich pozwala śledzić konkretnych autorów. Tradycyjnie można oczywiście kupować "Politykę dla Żakowskiego", "Przekrój dla Najsztuba", czy "Najwyższy Czas! dla Korwina-Mikke". Ludzi interesują różne rzeczy, różne strony świata, nauki, idei. Silniejsza jednak od chęci zdobywania wiedzy jest możliwość minimalizacji kosztów i czasu jej zdobycia.

Już sam dostęp do globalnej sieci znacznie ułatwia sprawę. Czasami może nas jednak interesować co dzieje się w naszym rodzinnym mieście, a nawet osiedlu, podczas gdy mieszkamy na drugim krańcu Polski, albo za granicą. Kiedy duże portale milczą, warto mieć taką swoją "wtyczkę". Dziennikarza obywatelskiego (o ile taki jest), który na bieżąco zajmuje się lokalnymi sprawami. To w tym momencie ważna jest jego wiarygodność osobista. Najlepszą sytuacją byłoby obserwowanie kilku takich dziennikarzy, a następnie wybór naszym zdaniem najlepszego. W polskich warunkach jest to jednak często niemożliwe.

Jeżeli jednak dany autor jest już w naszych oczach wiarygodny, szukając takich lokalnych informacji jako czytelnicy nie myślimy który lokalny portal czy gazeta mógł je wytworzyć. Raczej w Google wpiszemy personalia autora a następnie przejdziemy na jego blog lub portal dziennikarstwa obywatelskiego, gdzie pisze. Wiemy przecież kto o czym informuje, więc nie tracimy czasu na wertowanie pozostałych informacji aż trafimy w końcu na tę konkretną która nas interesuje. Przecież dokładnie na tej zasadzie budujemy swoją "bibliotekę" RSS. Wybieramy tylko te blogi które nas interesują. Autorzy tych blogów są w naszych oczach wiarygodni, liczymy sie z ich opiniami. W przypadku "informacyjnego" dziennikarstwa obywatelskiego jest trudniej, bo lokalne informacje nie zdobywają aż tak dużej popularności. Wygenerowanie wiarygodnego dziennikarza jest trudniejsze. Ale czytamy w internecie ekspertów od IT, kampanii wyborczych, polityki, gospodarki, muzyki, książek, zdrowego trybu życia i dziesiątek innych rzeczy.

Wszystko sprowadza się jednak do autora. Wymieniamy autora bloga, a nie platformę blogową na której owego bloga pisze. A czy potrafimy z pamięci wskazać, kto przekazał nam wczoraj tę czy inną informację w głównym wydaniu informacji tej czy innej stacji? Raczej powiemy "wczoraj w Faktach TVN mówili...", niż "a wiesz, wczoraj redaktor taki a taki z Faktów mówił...". Dziennikarstwo obywatelskie ze swej natury stwarza możliwość i tworzy autorów. Wiadomości24 posiadają nawet opcję dodawania do znajomych, która przy wysłaniu zaproszenia wyrzuca u piszącego komunikat "cześć XYZ, podobają mi się twoje teksty, czy chcesz mnie dodać do listy znajomych?". Stworzono też funkcję "eksperta", ale z tego co pamiętam, poza samą etykietą niewiele ona zmieniała.

Teksty i informacje mogą się podobać, interesować lub po prostu możemy ich pilnie potrzebować. W dziennikarstwie obywatelskim, czyli także w przypadku blogów, nie jesteśmy jednak zmuszeni do przebierania między tytułami, kanałami, zapominamy o półkach tematycznych. Przechodzimy od razu do kwestii wyboru autora.
 
1 , 2