Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

społeczeństwo

poniedziałek, 11 stycznia 2010

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałem na końcu o małej, ale niezwykle ciekawej pozycji książkowej, w postaci publikacji Stefana Bratkowskiego p.t. "Kilka sposobów na niemożliwość, czyli krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic się nie da zrobić".

Tytuł długi, ale książeczka bardzo kompaktowych rozmiarów. No i przede wszystkim niezwykle pożyteczna. Pierwszy raz natknąłem się na nią kilka lat temu, kiedy zainteresowałem się tematyką społeczeństwa obywatelskiego, obywatelskiej odpowiedzialności i organizacji pozarządowych.

Na kilkudziesięciu stronach owej broszury, autor zmieścił znakomicie skondensowany zestaw porad, objaśnień i propozycji związanych z działalnością publiczną oraz zwykłym, codziennym życiem w małej, lokalnej społeczności. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich interesujących się polityką i rozwojem gospodarczym. Napisana bez zadęcia, ani wskazywania konkretnych rozwiązań proponowanych przez jakąkolwiek partię polityczną (zresztą żadna z nich nie zajmuje się tego typu codzienną aktywnością obywatelską - na pracy u podstaw nie da się raczej zbić mierzonego procentowo kapitału politycznego).

Stefan Bratkowski w prostych słowach tłumaczy na kartach tej publikacji, dlaczego m.in. warto dobrze prywatyzować gospodarkę (a nie można go raczej posądzić o wolnorynkowy dogmatyzm), dlaczego nasza lokalna społeczność - gmina, miasteczko, osiedle - i aktywność obywatelska weń, są ważniejsze, niż polityczne waśnie na samej górze, na które nie mamy wpływu. Pozycja zawiera wreszcie garść przyszłych rozwiązań gospodarczych dla Polski, które znakomicie poszerzają horyzont i pozwalają zdać sobie sprawę, że warto patrzeć na przyszłość naszego kraju w nieco dalszej perspektywie, niż najbliższe 4 lata.

Wybierzcie się do biblioteki i jeżeli książeczka jest dostępna (a raczej ciężko ją gdziekolwiek dostać) - zapoznajcie się!

Wszystkich, którzy jej nie znają informuję, że piszę o niej także dlatego, że - dobra wiadomość - Stefan Bratkowski w portalu Studio Opinii publikuje w odcinkach jej nową, uzupełnioną (oryginalne wydanie jest już dosyć wiekowe) wersję!

Polecam lekturę kolejnych artykułów z tej serii, bo stanowią świetne kompendium wiedzy i inspirację dla każdego, kto jest zainteresowany działalnością społeczną, dziennikarstwem obywatelskim i przede wszystkim - sprawy publiczne nie są mu obce.

czwartek, 08 października 2009

Tegoroczny Kongres Kultury Polskiej w Krakowie zbiegł się w czasie z głośnym wyciekiem z wytwórni SP Records nowego albumu zespołu Kult. Na dwa tygodnie przed jego oficjalną premierą. To wydarzenie wywołało sporo emocji w sieci, a także poza nią. Lider Kultu, Kazik Staszewski, w niecenzuralnych słowach zwrócił się do swoich fanów z ostrzeżeniem, aby nie podnosili z ziemi "kradzionego". Delikatnie mówiąc.

W zasadzie powiedział otwarcie - kto połasi się na upchniętą gdzieś na serwerach Rapidshare albo torrentach paczkę z MP3, ten jest "kurwą marną".

Dwudziestopięciolatek z okolic Rzeszowa, który okazał się, jak to się ostatnio modnie mówi - "źródłem przecieku", został dosyć szybko zidentyfikowany przez organa ścigania. Grozi mu kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Kult nie jest jednak jedyną ofiarą postępu cywilizacyjnego. Postępu wszechobecnych technik cyfrowych. W przeszłości płyty wyciekały dużo większym i popularniejszym kolegom po fachu Kazika, jak chociażby zespołowi U2. W Polsce, w tym samym czasie co "Hurra!", ktoś przedpremierowo wyniósł z tłoczni także nowe płyty Kayah i rapera oraz producenta L.U.C-a. Ten ostatni jest autorem znanego określenia "soviet mental". Użył go na swojej poprzedniej (bardzo dobrej) płycie "Planet L.U.C", w celu opisu znacznej części społeczeństwa kradnącego płyty na potęgę ("wiem, że ty też wiesz i dobrze znasz nasz soviet mental - byleby mieć i nie zapłacić ani centa").

Moim zdaniem soviet mental tkwi w zupełnie innym miejscu. Po pierwsze - czy oburzenie z powodu wycieku kolejnej płyty jest dzisiaj w ogóle uzasadnione? Żyjemy w XXI wieku. Cyfrowe technologie otaczają nas z każdej strony. Kradzież płyty z wytwórni nie stanowi już tak wielkiego problemu, jak kiedyś. Wyciekają hasła z Wykopu, wyciekają hasła z Gmaila, wyciekają i płyty z wytwórni. To raz.

A dwa, czy ktoś wyobraża sobie dzisiaj świat muzyki bez iPodów? Bez Last.fm? Tak, tak, drogi Kaziku, wiek XX zafiniszował znacznie szybciej, niż to przewidywałeś na "Melassie". Żyjemy w erze MP3.

Dzisiejsze podejście do tematu "ściągania muzyki z internetu" jakie reprezentują wytwórnie, ale przede wszystkim Związek Producentów Audio-Video jest anachronizmem. Udawanie, że MP3 to tylko nielegalna zabawa i stawianie sprawy w sposób - albo kupujesz CD i słuchasz go w domu, albo jesteś złodziejem - jest po prostu śmieszne. Czasu nie da się cofnąć. Rynek muzyczny i przede wszystkim styl życia uległ zasadniczej zmianie. Dzisiaj lubimy mieć swoją ulubioną muzykę "przy sobie", na jednym z przenośnych urządzeń (chociażby w telefonie komórkowym) i słuchać jej kiedy dusza zapragnie.

Niestety, środowisko fonograficzne nie bardzo chce zauważyć te zmiany. Dało temu wyraz podczas wspomnianego Kongresu Kultury Polskiej, gdy pomysły znanego orędownika wolnej kultury, Jarosława Lipszyca, nazwało "bolszewickimi".

A przecież nikt nie mówi - hej, majorsy, Wy już się najedliście, dajcie nam teraz płyty za darmo! Chodzi o to, że skostniały ZPAV, poprzez swoją działalność (a raczej jej brak) na zmieniającym się rynku muzycznym, kompletnie zaniedbał kwestię nowoczesnej, cyfrowej dystrybucji muzyki. Dla nich muzyka to wciąż CD i kaseta magnetofonowa, których wizerunek ozdabia nalepkę na każdej zakupionej płycie. Dlaczego do dzisiaj w Polsce nie robi się nic w celu rozwijania rynku legalnych utworów MP3 (no, poza Muzodajnią sieci komórkowej Plus, ale to zdecydowanie za mało, jak na dzisiejsze czasy)? Czy w ZPAV słyszeli o iTunes?

No właśnie. Bo soviet mental jest w ZPAV, a nie wśród słuchaczy MP3. Oczywiście, jest spore grono dzieciaków "mam 80GB muzy na HDD". Należy im współczuć. I są cwaniacy masowo udostępniający i handlujący pirackimi nagraniami. Należy ich zamknąć. Ale jest też ogromna rzesza szanujących artystów słuchaczy, kupujących oryginalne płyty. Nie można im jednak zabraniać możliwości "zgrania MP3" do swojego telefonu i nazywać złodziejami tylko dlatego, że chcą posłuchać swojej ulubionej muzyki w autobusie. Wielu słuchaczy przed zakupem oryginału dokonuje po prostu "odsłuchu" w MP3, a potem idzie kupić legalny album. Czy artyści z tego powodu coś tracą? Chyba tylko nieświadomych słuchaczy. Zresztą to owi "piraci" z reguły kupują najwięcej legali i chodzą na koncerty, bo naprawdę kochają muzykę.

Wracając na koniec do L.U.C-a i soviet mentalu. L.U.C wypuszcza naprawdę "wypasione" wydawnictwa. Wspomniany "Planet L.U.C" to CD, DVD z filmem oraz książeczka z tekstami i rysunkami w twardej oprawie stylizowana na serię "Poczytaj mi mamo". Każdy szanujący się fan nowych brzmień powinien mieć ten album w oryginale, bo po prostu artysta na to zasłużył, a poza tym bardzo ładnie prezentuje się na półce. Ja mam, ale tak go lubię, że ściągnąłem też MP3. Przy okazji nie niszczę płyty. Niech stoi, wygląda ślicznie!

L.U.C-u, na następnym albumie, parafrazując Twój tekst, porymuj: miliony słów, ale jedna pointa, czas ruszyć ZPAV, by pożegnać soviet mental. Bo inaczej jeszcze długo będziemy trzecim światem, jeżeli chodzi o legalną dystrybucję muzyki w sieci. Szkoda tylko, że następny Kongres Kultury Polskiej odbędzie się zapewne nieprędko. Ale może Kazik odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Prawdę mówiąc, jako fan liczyłem, że to on zainicjuje dyskusję na ten temat. Może jeszcze trochę poweru z czasów, gdy śpiewał "muj wydafca jest złodziejem" Kazikowi zostało?

czwartek, 30 lipca 2009

W swoim ostatnim wpisie na Makroskopie Edwin Bendyk wspomniał o IT Dashboard. Jest to narzędzie służące do monitorowania przez obywateli USA rządowych wydatków na administrację. Zbierane tam dane są niepełne, dlatego każdy aktywny obywatel może je uzupełnić (lub chociażby dla wygody kolejnych czytelników po prostu otagować) korzystając z platformy Transparency Corps.

Autor wspomniał przy okazji o podobnym portalu pod nazwą Moja Polis, który na jesieni wystartuje w Polsce. Moja Polis ma być interaktywnym systemem monitoringu partnerstwa lokalnego i rozwoju aktywnych społeczności lokalnych. W założeniu służyć ma wzmacnianiu partnerstwa lokalnego, a także współpracy pomiędzy organizacjami pozarządowymi i jednostkami samorządu terytorialnego. W serwisie mają się znaleźć rozmaite dane i statystyki na temat poszczególnych terytoriów, a także społeczności lokalnych żyjących w danym regionie, czy subregionie Polski. Serwis ma być także głównym źródłem informacji dla instytucji zajmujących się tworzeniem strategii rozwoju i oceną projektów służących rozwojowi lokalnemu.

W ramach projektu przeszkoleni zostaną przedstawiciele samorządów, głównie w kwestii współpracy z lokalnymi NGO-sami. Społecznościom lokalnym udostępnione zostaną narzędzia diagnostyczne oraz specjalny podręcznik na temat możliwości lepszej kontroli społecznej projektów. Potem z tej współpracy zostaną sporządzone statystyki, a wypracowany model ma służyć polskim gminom i powiatom w przyszłości.

Wszystko to brzmi bardzo ciekawie, ale trzeba zadać sobie jedno, podstawowe pytanie: czy znajdą się w tych gminach zainteresowane tego typu programem osoby? Czy tam już mieszkają obywatele? Mam mieszane odczucia. Jako redaktor naczelny lokalnego magazynu miałem przyjemność uczestniczyć rok temu w cyklu konferencji poświęconych partnerstwu lokalnemu. Cykl obejmował wdrożenie programu partnerstwa na terenie powiatu, rozwój lokalnego kapitału społecznego i "beczki" zasobów społeczno-gospodarczych. Podczas konferencji wszystko wyglądało bardzo fajnie - wykresy, masa pomysłów, plany na przyszłość (na koniec odbyły się prezentacje grup na temat kierunków rozwoju).

Obywatelskie nastawienie i nastrój aktywności społecznej mijał zazwyczaj z chwilą opuszczenia miejsca konferencji. W spotkaniach brali udział samorządowcy,  wybrani przedsiębiorcy, przedstawiciele NGO-sów. Wiem, że to oni będą "ciągnąć" ten rozwój do przodu, ale jednocześnie w gminach cały czas widoczny jest brak jakiejkolwiek (z małymi wyjątkami) aktywności wśród obywateli. Prezentują oni często swoistą, typowo jeszcze polską "niezależność" - niezależnie, jakie propozycje zmian pojawiają się na horyzoncie, zawsze jest okazja, by ponarzekać.

A jest co monitorować. W mojej gminie po cyklu konferencji wykluła się tzw. lokalna grupa działania, która pozyskała całkiem pokaźną sumkę funduszy europejskich do rozdziału między tymi mieszkańcami gminy, którzy wykażą się aktywnością i zaprezentują plan rozwoju - czy to na obszarach wiejskich (turystyka, rekreacja), czy w mieście (imprezy kulturalne, małe przedsiębiorstwa). Z drugiej strony, samorząd otrzymał równie sporą dotację na budowę kanalizacji w mniejszych miejscowościach na terenie gminy. Aż prosi się, aby to wszystko było pod społeczną kontrolą. Jednak gros mieszkańców "w ogóle nie interesuje się polityką" , a przecież chodzi tylko o uporządkowanie własnego podwórka.

Wszystko zaczyna się od małych rzeczy. Skoro mieszkańcy bloku nie potrafią na komitecie osiedlowym dojść do porozumienia i wypracować jednolitego stanowiska w sprawie - czy na wiosnę malujemy klatki, a jesienią wymieniamy chodnik, czy może odwrotnie - to nie ma mowy o jakiejkolwiek kontroli. Można tylko wejść na lokalne forum i poczytać, kto komu i ile posmarował w urzędzie, w wyniku czego "dostał kasę z UE".

"Kilka sposobów na niemożliwość, czyli krótki poradnik dla tych, którzy nie wiedzą, że nic nie da się zrobić" Stefana Bratkowskiego powinien być rozdawany wszystkim mieszkańcom gmin, zanim wdrożony zostanie jakikolwiek program monitoringu partnerstwa lokalnego. Książeczka jest krótka, ale treściwa. Wielkie zmiany zaczynają się od malutkich porządków na własnym podwórku - bez obywateli rozumiejących tę prostą zależność nie możemy mówić o społeczeństwie obywatelskim w Polsce. Które na szczęście powoli się kształtuje.

środa, 20 maja 2009
Mam takie skrzywienie, że z wielkim zainteresowaniem czytam i oglądam wszelkie artykuły, publikacje i magazyny poświęcone naszej rodzimej myśli technicznej okresu Polski Ludowej. Bynajmniej nie po to, żeby pośmiać się z wytwarzanych wówczas kolejnych czerstwych, topornych urządzeń na licencji radzieckiej. Raczej chodzi mi o cały zmarnowany przez realny socjalizm potencjał intelektualny polskich techników. Radiowców, informatyków, inżynierów z branży motoryzacyjnej. Dla osoby, która nie pamięta, ani nie żyła w tamtych czasach, cały ten świat rozpoczętych, a niedokończonych projektów, epokowych jak na ówczesne czasy rozwiązań, których spora część została zapomniana z dniem w którym PRL się skończyła, jawi się jako niezwykle fascynujący.

W ostatnim czasie zetknąłem się z dwiema tego typu historiami. Związanymi w dodatku z dwoma moimi największymi hobby - muzyką i Internetem. Jakiś czas temu przeczytałem w "Dzienniku" o Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia. Było to miejsce, gdzie niejaki Eugeniusz Rudnik, dzisiaj żywa legenda, łączył elementy "techniki, muzyki współczesnej, reportażu radiowego i awangardy" uzyskując brzmienia zupełnie nowatorskie jak na ówczesne czasy siermiężnej i raczej odpustowej jeśli idzie o muzykę PRL. SEPR powstało w 1957 roku i było jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie tworzono nowoczesną muzykę elektroniczną. Co ciekawe, nowatorskie efekty uzyskiwano zupełnie chałupniczymi metodami. Do Polskiego Radia przyjeżdżali wówczas twórcy z całego świata. Zachwycali się efektami, których próżno było szukać w innych studiach. Sam Eugeniusz Rudnik dostał nawet propozycję wyjazdu na stałe do Niemiec. Wolał jednak w Polsce, za pomocą nożyczek, taśmy i sklejek (sic!) z mozołem realizować kolejne dźwiękowe zamówienia. Rudnik był prawdziwym wirtuozem, odpowiednikiem współczesnych, wielkich producentów muzycznych, którzy (szczególnie w przypadku muzyki elektronicznej) są dzisiaj bardzo ważną personą w układance składającej się na muzyczny sukces. Jak sam mówi, pociął w życiu ręcznie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów taśm, ale do komputerów i samplingu go nie ciągnie. Kim byłby dzisiaj? Współczesnym, polskim DJ Shadowem?

SEPR jest dzisiaj zapomnianym reliktem przeszłości. Studio niszczeje, a wiele sprzętów największe szanse ma na trafienie pod młotek. Na szczęście wokół studia zaczęło robić się głośno, wydano także czteropłytowy box z nagraniami. Jest szansa, że dorobek "radiowych czarodziejów" nie przepadnie. Przepadła natomiast bezpowrotnie szansa na "polski Internet". Cezary Gmyz napisał niedawno w Rzepie ciekawy (aczkolwiek trochę naginający fakty - ale na wyobraźnię działa) artykuł na temat informatyków pracujących w czasach PRL nad pierwszym systemem ewidencjonowania ludności PESEL. Ukrywający się pod pseudonimem Jerzy Studziński inżynier opowiada w nim o robionym na zamówienie władz oprogramowaniu dostępnym z każdego miejsca na ziemi, łączącym komputery różnych firm w jedną, wielką sieć teletransmisji. Do dzisiaj jest to jedna z najlepszych sieci ewidencji ludności na świecie, a podobne oprogramowanie ma bardzo niewiele krajów!

Transmisja danych, sieć telex o globalnym zasięgu... Aż ciężko uwierzyć, że ówcześni informatycy poprawiali kod z błędów pozostawionych przez takich tuzów światowej informatyki jak IBM i Siemens! "Idioci partyjni", jak mówi Studziński, nie opatentowali jednak tego budowanego przez elitę ówczesnych informatyków rozwiązania. Potem przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych, obsadzanie najwyższych stanowisk wśród informatyków mało uzdolnionymi "znajomymi króliczka", agonia realnego socjalizmu. Nikt już nic nie budował. A w armii amerykańskiej parę lat wcześniej narodził się Internet i to znowu USA "były pierwsze". Jak zakończyłaby się ta historia, gdyby sierpień 1980 roku przyniósł Polsce wolność 10 lat wcześniej? Warto się nad tym zastanowić w tegoroczną rocznicę 4 czerwca i patrząc na dwadzieścia lat polskiej wolności. Studziński stwierdził, że patent "przewidujący zapis danych wyłącznie na kartach pamięci, bez żadnych części ruchomych (dokładnie takie rozwiązanie znalazło zastosowanie w kartach pamięci naszych aparatów cyfrowych) dziś z opłat licencyjnych dałby pewnie tyle co cały polski przemysł". Czy bylibyśmy informatyczną potęgą chociażby na miarę Finlandii z ich Nokią?

Tego już się nie dowiemy. Ale takie historie jak ta, dają nadzieję, że jeżeli da się Polakom wolność, postawi jasny cel, zdejmie okowy krępujących przepisów, skupi na przyszłości, to wyzwalają się w nas (nawet w najtrudniejszych czasach) najbardziej skrywane talenty do innowacji, pielęgnowane gdzieś w podziemiu już od czasów złamania Enigmy, albo jeszcze wcześniejszych dokonań polskiego radiowywiadu u progu II RP, podczas wojny z bolszewicką Rosją.
piątek, 03 kwietnia 2009
Według najnowszego raportu ONZ, już ponad połowa populacji ludzkiej korzysta z telefonu komórkowego. Dla nas, mieszkańców średniozamożnego państwa w Europie Środkowej, komórka to żadna nowość. Posiadamy coraz nowsze modele wyposażone w kolejne funkcje. MP3, aparat cyfrowy, mapy, lokalizacja, mobilny Internet, gry...

Na dobrą sprawę telefon stał się naszym najbliższym przyjacielem z którym nie rozstajemy się ani na chwilę. Umila nam czas w poczekalni u lekarza, albo w kolejce na poczcie. Pozwala szybko sprawdzić o której godzinie odjeżdża najbliższy autobus na który właśnie czekamy na przystanku, a kiedy już jedziemy do pracy, czy na uczelnię, możemy posłuchać radia oraz odpalić zaległego ebook'a.

Krótko mówiąc - poza oczywistą czynnością jaką jest rozmowa z bliskimi, komórka potrafi znakomicie wypełnić czas rozrywką. Z czego bardzo chętnie korzystamy. To my. A jak jest gdzie indziej?

Guardian opublikował bardzo ciekawy artykuł o tym, jak telefony komórkowe zmieniają Afrykę. W tekście opisano historię 33-letniego handlarza z Demokratycznej Republiki Konga. Deograsias Mukeba mieszka w Goma. Przez wiele lat żył w domu bez adresu, a usługi pocztowe i linie telekomunikacyjne w mieście już dawno przestały działać. Kiedy w 1995 roku zmarła jego mieszkająca z dala od Goma matka, po trzech tygodniach od pogrzebu cudem dostał list z parafii w której została pochowana. Przesyłka zaadresowana była po prostu "Deograsias Mukeba, Goma". Jak sam mówi, Goma i Kinszasa były w tych warunkach dwiema, odległymi od siebie planetami.

Dzisiaj adresem Mukeba jest numer jego telefonu komórkowego. Kiedy zaopatrzył się jak wielu obywateli DRK w jeden ze starszych, wysłużonych modeli Nokii, jego życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Gdy telefony pojawiły się w Kongo, Mukeba był bezrobotnym. Mimo wszystko udało mu się wysupłać 25 dolarów na tę nowinkę technologiczną. Okazało się, że było warto. Brat Mukeba mieszkający w Kinszasie, codziennie dzwoni zgłaszając zapotrzebowanie na towary dostępne Rwandzie i Ugandzie, skąd następnie Mukeba je sprowadza. Zwykły telefon pozwolił zdobyć nowe kontrakty i najzwyczajniej w świecie zacząć zarabiać pieniądze. Komórki zmieniły Kongo nie do poznania. Handlarze wysyłają towar na nowe rynki zbytu, szybko sprawdzają aktualne ceny, organizują dostawy. Poza tym telefon ma prawie każdy, mimo, że elektryczność jest nadal towarem deficytowym. Owszem, są to słabe i pozbawione większości nowoczesnych funkcji znanych w całym cywilizowanym świecie modele. Ale za to wszyscy mogą sobie na nie pozwolić.

To niesamowite, jak upowszechnienie prostego przyrządu do komunikacji wpłynęło na rozwój zniszczonego wojnami kraju. Wyzwoliło wrodzoną przedsiębiorczość, obecną przecież w każdym, nawet najbardziej udręczonym społeczeństwie. Teraz każdy, kto dostał wędkę, przy odrobinie samozaparcia może zacząć łowić ryby. Poza czysto merkantylnymi efektami, ta swoista "komórkowa rewolucja" pozwoliła odbudować zerwane więzi społeczne. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać i już nikt, jakkolwiek śmierć bliskiej osoby jest wydarzeniem tragicznym, nie dowie się o niej trzy tygodnie po pogrzebie. Komórki pozwoliły zacząć budować zdrowe relacje międzyludzkie i coraz sprawniej funkcjonujące społeczeństwo. To także dowód na drzemiący w Afryce potencjał. A jeżeli Afrykę objęłyby szeroko zakrojone programy pomocowe wprowadzające pod strzechy Internet? Co prawda droga do tego daleka, bo od infostrady ważniejsze są tam zwykłe drogi, ale można sobie wyobrazić skalę przyszłego skoku cywilizacyjnego w tym regionie świata. A dla nas historia Mukeba jest przykładem, że rozwój mobilnej komunikacji to przyszłość i szansa na lepsze, prostsze i sprawniejsze życie na co dzień.
wtorek, 17 marca 2009
Eryk Mistewicz, konsultant polityczny i ekspert od kreacji wizerunku opublikował w „Dzienniku” ciekawy artykuł. Dowodzi w nim, że w sieci rodzi się bunt młodego pokolenia wielkomiejskich profesjonalistów. Nazywa je "pokoleniem GoldenLine" (od nazwy znanego, biznesowego portalu społecznościowego na którym owi profesjonaliści się zrzeszają). Twierdzi też, że w obliczu narastającego kryzysu, grupa ta będzie w stanie realnie wpływać na świat polityki, a może nawet stanie się zdolna do stworzenia nowej alternatywy wobec dwóch największych, dominujących na scenie politycznej bloków PO i PiS.

Przyznam szczerze, że tekst czyta się bardzo przyjemnie. Sporo w nim iście rewolucyjnego zapału - zarówno u autora, jak i u kreślonego jego piórem pokolenia, które rzekomo lada chwila uderzy pięścią w stół i zatrzęsie fundamentami budynku przy ul. Wiejskiej. Niestety, z większością postawionych w tym artykule tez nie mogę się zgodzić. Wiem, że moja opinia nie interesuje zapewne za bardzo Eryka Mistewicza, zaś jego doświadczenie i wiedza w temacie "kreowania narracji" i "opowieści politycznej" są z pewnością większe niż moje. Obserwuję jednak światek Internetu i muszę przyznać, że nie widzę specjalnych oznak wzbierających nastrojów rewolucyjnych. Całe szczęście, że Eryk Mistewicz podaje przykłady Islandii, Francji i USA, gdyż przynajmniej z góry wiadomo, na kim ewentualnie taki obywatelski, oddolny ruch miałby się w przyszłości (zapewne jeszcze cały czas dalszej, niż bliższej) wzorować. Szczególnie przykład Islandii jest tutaj ciekawy, bo ilość obywateli zamieszkałych na tej wyspie jest mniej więcej równa ilości użytkowników portalu GoldenLine. Nietrudno więc sobie wyobrazić, ilu tak naprawdę aktywistów sieciowych potrzebowali Islandczycy, aby zacząć organizować w Internecie buzz na temat swojego ruchu. To tak, jak z tą świetnie się rozwijającą, modernizującą i informatyzującą Estonią - nie ta skala. Francja i USA zaś, to już zupełnie dwie, odległe w tej kwestii galaktyki.

O kim tak naprawdę pisze Eryk Mistewicz? I czy rzeczywiście, jako ekspert prawidłowo "przejrzał" pokolenie, które zanalizował? Samo nadawanie etykiet pokoleniom jest ostatnio bardzo modne. Z reguły okazują się one być pustymi hasłami-wydmuszkami. Pewien zespół hip-hopowy z Opola, Dinal, kilka lat temu słusznie spostrzegł, rymując, że "kiedy odszedł papież, ogłoszono generację, a to pokolenie ogłosiło emigrację i zamiast tu zmieniać los, chcą już zwiewać stąd". Teraz ten argument Eryk Mistewicz łatwo strąca światowym kryzysem, który odstrasza przed emigrowaniem, ale pytanie o zasadność pokładanych w kolejnych pokoleniach (JPII, '89, GoldenLine...) nadziei pozostaje.

Problem w tym, że samo rzekome "pokolenie GoldenLine" nie pali się - i słusznie - do budowy barykad i wyjścia na ulice. Daje temu zresztą wyraz... w portalu GoldenLine właśnie. Analizę Eryka Mistewicza przyjęto raczej z przymrużeniem oka. Sieć, jest fajnym miejscem do dyskutowania, wyzłośliwiania, czy nabijania się z polityków. A portal GoldenLine kolejnym miejscem owych dyskusji. Eryk Mistewicz sprawia wrażenie, jakby dopiero co zauważył istnienie forów internetowych, grup dyskusyjnych, portali społecznościowych i innych miejsc w sieci, gdzie internauci komunikują się ze sobą. Dorabianie do tego rewolucyjnej ideologii jest grubą przesadą. Tymczasem "Dziennik" stara się swoim czytelnikom wmówić (wykorzystując nośny temat kryzysu), że kilku aktywistów, którzy sprzeciwiają się polityce banków internetowych organizuje właśnie największy bunt młodych od 1968 roku. Ciężko brać tego typu analizy na poważnie, a podparcie ich zdaniem socjologów z wyższych przecież uczelni, jest co najmniej zastanawiające.

Internet to świetnie miejsce do organizowania akcji obywatelskich, pisania listów poparcia, czy przeciwnie - protestowania przeciwko pewnym zjawiskom, osobom, wydarzeniom. Ale wielkiej polityki nie da się budować zza ekranów monitorów. Nawet obecność sieciowego lobby jest dyskusyjna. GoldenLine to tylko nisza, a świat sieciowego mainstreamu wygląda zupełnie inaczej. Internauci w Polsce bardziej przypominają raczej okopanych w twierdzy żołnierzy poszczególnych, już istniejących obozów politycznych. Stworzenie sprawnego ruchu wymagałoby sporych nakładów finansowych na dotarcie do szerszych mas. Wydaje się zaś, że środowisko "białych kołnierzyków" zostało chwilowo zagospodarowane przez Platformę Obywatelską, czemu dali wyraz w ostatnich wyborach. I tutaj Eryk Mistewicz ma rację. "Pokolenie GoldenLine" tylko na chwilę pokazało swoją realną siłę - odsuwając od władzy PiS. Gdyby rzeczywiście bunt młodych, zdegustowanych polityką ostatnich 20 lat wzbierał na serio, historia pod tytułem "Andrzej Lepper wicepremierem" nie skończyłaby się na śmiesznych filmach w sieci i ogólną "olewką" tematu oraz czekaniem na normalniejsze czasy. Jeszcze sporo wody upłynie w Wiśle, zanim Internet stanie się miejscem narodzin prawdziwego, nowego projektu, czy nawet jednolitego środowiska.

Jedno jest pewne - Eryk Mistewicz pokazał, że naprawdę jest mistrzem w kreacji "opowieści", która rozpoczyna medialny efekt domina. A z "pokolenia GoldenLine" najbardziej cieszą się zaś pewnie twórcy portalu. Dostać takie wsparcie w dobie, zdawałoby się - "pokolenia Naszej Klasy" - bezcenne.
poniedziałek, 16 marca 2009
Blogi i sieci społeczne coraz gęściej wypełniają połacie naszego i tak kurczącego się wolnego czasu. Zastępują relacje w "realu". Stają się źródłami informacji. Bawią, uczą, a niektórym pozwalają nawet się utrzymać. Nie ma co owijać w bawełnę - blogi i społeczności trafiają pod strzechy.

Jeszcze kilka lat temu internet był dla wielu, szczególnie starszych ludzi dziwnym miejscem, przed którym należy chronić dzieci dla ich własnego dobra, a jeden z posłów SLD utożsamiał sieć z szemranymi "stronami porno".

Dzisiaj za pomocą blogów wyrażamy szeroko swoje zdanie, poznajemy zdanie innych. Mikroblogi coraz częściej służą nam do komunikacji z bliskimi, którzy nie muszą już dzwonić i pytać co i rusz "co u nas słychać". Sami wypuszczamy w ich stronę krótkie, lapidarne "newsy" z naszego życia. Wreszcie za pomocą portali społecznościowych szukamy pracy. A kiedy już ją znajdziemy, tracimy w niej czas na przesiadywanie na Naszej Klasie i uskuteczniamy dalsze podglądanie życia innych ludzi. Oczywiście, dopóki pracodawca nie zablokuje nam tej wspaniałej możliwości.

Dlatego cała dyskusja na temat kondycji blogerów, blogowania i samych blogów, jaka ostatnio miała miejsce w sieci wydaje się być burzą w szklance wody. Bo przecież blogi, to nie są już tylko pamiętniki pisane "do szuflady". Dziś są to miejsca, które mają swoją, skorą do komentarzy stałą publiczność, wyznawców i przeciwników. The Economist zamieścił ostatnio ciekawy artykuł na temat rosnącej roli blogów. Oprócz potwierdzenia wejścia blogów do mainstreamu mediów autor wspomina kwestię głośnego "przejścia na emeryturę" jednego z największych autorytetów (a na pewno postaci bardzo poczytnej) w świecie internetu - Jasona Calacanisa. Jego odejście od blogowania powodowane było więc rzekomą bezosobowością i brakiem bliskości, jakie cechują współczesne blogi. W skrócie - kiedyś blogowało się dla funu, bez krępujących reguł gry, a towarzystwo wzajemnej, blogerskiej adoracji było na tyle wąskie, że swojska atmosfera jaka w nim panowała pozwalała na bezstresową zabawę. No a teraz mamy do czynienia wyłącznie z wzajemnym podgryzaniem się, podziałem środowiska i sieciowym "hejtingiem".

Czyli co - kończymy, Panowie? Po takim wyroku Calacanisa wypadałoby grzecznie wyjść po angielsku. Tymczasem - nic z tych rzeczy! Z pionierami blogowania jest trochę tak, jak z budowniczymi "Solidarności" i pierwszych rządów wolnej Polski po '89 roku. Mieli ideały i wizje, które następna generacja polityków brutalnie zniszczyła oddając się PR-owskiej, nowoczesnej walce wyborczej. Dla pierwszych blogerów sprawa była jasna - blogi to regularnie aktualizowane o nowe wpisy strony, na których zamieszcza się swoje przemyślenia, a czasami jakieś zdjęcie, czy film. No i oczywiście świadomość, że jest się blogerem.

Tymczasem dzisiejsi użytkownicy sieci wcale nie muszą mieć tej świadomości! Ba, mogą na co dzień blogami gardzić, uważając je stereotypowo za dziecinadę. Tak naprawdę mogą nie mieć o "blogowaniu" zielonego pojęcia. Przecież aktualizując swoje profile na MySpace, czy dodając nowe zdjęcia na Naszą Klasę, w rzeczywistości nie robią nic innego jak blogują. Zdjęcia są? Są. Krótkie historie je opisujące, wspomnienia z wakacji? Też. Komentarze? A jakże. A zatem jest to blogowanie. Tylko inne. Bo przecież w sieci wszystko płynie i ulega zmianom znacznie szybciej. Zapewne kolejnym przystankiem będzie upowszechnienie się mikroblogów (w USA już panuje Twitteromania, a co ma miejsce w USA, prędzej, czy później dotrze i do nas) które stanowią nowoczesny powrót do prehistorycznych czasów blogów osobistych, na których informowaliśmy o właśnie zjedzonym śniadaniu.

Przykład idzie z góry. Dziś nawet Biały Dom bloguje. Gros redaktorów największych dzienników w Polsce prowadzi blogi. Wpisy z ich blogów trafiają na łamy prasy. Ciężko uwierzyć, ale blogi powoli stają się "tradycyjnym" medium. I tak jak inne tradycyjne media dotyka ich kryzys, o czym The Economist wspomina w odniesieniu do zwolnień w blogowym, plotkarskim imperium jakim jest Gawker.

A zatem, blogowanie bynajmniej się nie kończy. Blogowanie staje się prostsze, bardziej zrozumiałe, niezauważalne. A przede wszystkim akcent z osobistych wynurzeń przesuwa się zasadniczo w stronę społecznych interakcji.
sobota, 09 sierpnia 2008
Sezon ogórkowy w pełni, więc będzie krótko i na luzie. Kilka miesięcy temu napisałem posta p.t. JK kocha internautów, który wywołał sporo szumu, bo przytoczyłem tam znane wszystkim słowa Jarosława Kaczyńskiego o "piwku i filmikach". Ostatnio natchnąłem się na Youtube na następujący "filmik" pochodzący z archiwum telewizji internetowej WPTV:

Jak widać na załączonym obrazku, nadal nie wszyscy doceniają zalety internetu. Jan Englert, to nie byle kto. Znany aktor, dyrektor teatru, a zatem rzec można - kwiat inteligencji.

Ten "filmik", to jest test na Waszą dorosłość. Czy dorośliście już do słuchania autorytetów? Jeśli tak, to weźcie sobie do serca jego słowa, wyłączcie sieć i idźcie na spacer. Ba, jeśli macie jakieś swoje "prywatne blogi", to pokasujcie wszystko w diabły! To źle działa na indywidualność. Żyjemy w podłych czasach. Wystarczy kliknąć i wszystko jasne.

Nie wiem, czy JE rzucił to ot tak, czy mówił na poważnie - ale jak to dobrze, że internet jest miejscem dla ludzi prostych, gdzie każdy może wyrazić swoje zdanie, założyć bloga, napisać newsa. Jakoś uspokaja mnie myśl, że nie mam do dyspozycji jedynie dwóch kanałów tv, które będą mnie na siłę edukować kulturalnie.

Być może niektórzy tęsknią...

czwartek, 10 lipca 2008
Uważam, że dziennikarstwo uprawiane w sieci niesie ze sobą spory ładunek nowych wartości. Dotyczy to w szczególności autorów piszących "na poważnie", mających coś konkretnego do przekazania. Mimo iż generalnie samo dziennikarstwo obywatelskie nie jest być może (na razie) do końca poważnym zjawiskiem, to jednak efekt "kuli śnieżnej" która porywa coraz szersze masy robi swoje. Co mam na myśli?

Żyjemy podobno w epoce postnaukowej. W zabieganym świecie sieć staje się jedynym sensownym miejscem budowy, odbudowy oraz podtrzymywania relacji i więzi społecznych. Nie mówię tutaj o masowym "komciowaniu" pod świeżo-co-dodanymi fotkami na Naszej Klasie. Chociaż i owe stanowi jakiś odprysk i prymitywną formę interakcji międzyludzkich. Chodzi mi raczej o tworzenie sieci społecznych, w których rodzi się jakaś głębsza myśl ("zbiorowa mądrość" to modne ostatnimi czasy określenie).

Uważam, że dziennikarstwo obywatelskie zacznie z czasem zbaczać z tradycyjnego kursu "informowania" (to jednak pozostanie domeną wielkich agencji, nawet z pracownikami wyposażonymi we wszelkie atrybuty dziennikarzy obywatelskich i pozostających z nimi w relacjach obustronnej współpracy). Co innego kwestie nowych form organizowania się, zawiązywania wielkich obywatelskich inicjatyw, kwestie kultury masowej. Informowanie zacznie zapewne ustępować im miejsca.

Wbrew pozorom i współcześnie lansowanym wzorcom, człowiek pozostaje istotą społeczną i najlepiej czuje się w towarzystwie podobnych mu osobników. Oczywiście zdarzają się aspołeczne jednostki, często zresztą wybijające się ponad przeciętność i zorientowane na własny rozwój oraz zabezpieczenie codziennego bezpieczeństwa i komfortu życia. Co jednak im szkodzi włączyć się w tę spiralę "zbiorowej mądrości"? Sieć jest takim miejscem, gdzie proces ten odbywa się niemal bezboleśnie i przynosi zarazem sporo funu i satysfakcji.

Ludzie bardzo polubili społeczności w sieci i wszelkie związane z nimi interakcje. Znacznie bardziej niż suche informowanie o faktach. Dziennikarstwo obywatelskie tworzyć będzie zatem media społeczne, w których ważniejsza jest dyskusja. Wyobraźmy sobie jak podatny jest to grunt pod przyszłe inicjatywy społeczne, gospodarcze, a może nawet polityczne rodzące się w sieci właśnie za pomocą społeczności. Takie media nie są zamkniętą strukturą, korporacją obudowaną masą procedur i warunków wstąpienia w jej szeregi. Stają się bardziej demokratyczne. Jak wiadomo, liderzy i wielkie talenty są wszędzie i często nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Mogą stanowić prawdziwą, nową siłę. Być może brzmi to trochę jak rewolucyjne, nawołujące do przewrotu mrzonki :). Ale moim zdaniem start nowych środowisk mających zamiar dokonać jakiejś zmiany w życiu publicznym ma dzisiaj sens wyłącznie w sieci. Czas na poły zakonspirowanych konwentów kanapowych myślicieli, marzących o wielkich zmianach wykoncypowanych gdzieś w zaciemnionej piwnicy, minął. Jedyną szansą na szeroki rozgłos, uzyskanie poparcia, stworzenie środowiska sympatyków, a w efekcie wprowadzenie zmian - jest sieć. Zresztą nie trzeba od razu zakładać stowarzyszeń. Przykład kampanii wyborczej w USA pokazuje, jak sieć angażuje do wspólnych happeningów, zbiórek funduszy, czy zwykłej, codziennej "orki" na youtubow'e spoty, przeróbki, czy flash'owe zgrywy. To wszystko jest potem pokazywane szerokiej publice w TV i wbrew pozorom buduje (lub burzy) wizerunek kandydatów. Dlatego tak poważnie traktują oni internet. Zdaniem Michała Kolanko następuje tam sprzężenie zwrotne TV i sieci. Słusznie mówi o powrocie dzięki internetowi do Ateńskiego modelu "demokracji uczestniczącej".

Polacy są póki co dosyć biernym obywatelsko społeczeństwem. Pewnie dlatego na razie nawet grupka odsuniętych od głównego nurtu przedstawicieli klasy politycznej była szybsza i stworzyła jakiś pierwszy zalążek tego typu miejsca, ruchu. Mowa oczywiście o nie mającej większych szans na wywołanie szerszej dyskusji (właśnie dlatego, że jest nadal "kanapowa" - wydaje się, że autorzy internet zrozumieli jakby w połowie - "jesteśmy do przodu i startujemy w sieci, ale ton narzucamy MY") PolsceXXI. Nie mniej jednak w Polsce (i w Europie) widzą co się święci i pierwsze ruchy wykonywane pod pozorem "utrzymania ładu medialnego" (?) już przecież poczyniono. Sieć staje się miejscem, gdzie po raz pierwszy od dawna, to ludzie "ponad głowami" polityków mają szansę na zmianę rzeczywistości, a nie odwrotnie.

P.S. Pozdrawiam po miesiącu przerwy, cały czas uczę się regularnego blogowania :).
niedziela, 13 kwietnia 2008
Onet informuje, że krakowska policja zatrzymała bezdomnego który próbował ugodzić nożem kierowcę. Kierowca nie zgodził się, aby ten umył mu szyby na rondzie Matecznego.

Napastnikiem okazał się być niejaki Salvatore Jurkowski, autor m.in. Wiadomości24. Jako bezdomny korzystał z kafejki internetowej, w której zresztą redakcja Wiadomości24 wykupiła mu abonament na nocne godziny. Pisał artykuły o bezdomności. W grudniu brał udział w konkursie BBC na spełnienie bożonarodzeniowego życzenia. Marzyła mu się przyczepa campingowa, ale życzenia nie udało się spełnić. Apelował do Sejmu o zmianę przepisów dotyczących stałego zameldowania (nota bene skamielinę pozostałą po poprzedniej epoce, nad której wyeliminowaniem pracuje podobno jeden z posłów PO, o czym pisał wczorajszy Dziennik). Jako autor portalu dziennikarstwa obywatelskiego doczekał się reportaży na swój temat m.in w Polityce i Dzienniku Zachodnim.

Zaskoczenia wydarzeniem nie kryje redaktor naczelny portalu Wiadomości24 Paweł Nowacki. W swoim artykule zadaje pytanie, czy redaktorzy i czytelnicy Wiadomości24 zrobili dostatecznie dużo, aby pomóc Salvatore Jurkowskiemu?

Ale czy można zrobić coś dla człowieka, którego argumentem jest nóż?

Uważam, że postać Salvatore Jurkowskiego, jego sytuacja i artykuły, to mógł być dobry powód do dyskusji na temat wykluczenia bezdomnych ze społeczeństwa. Dyskusji która "wyszła" ze środowiska dziennikarzy obywatelskich. I od samego bezdomnego. Nie znam osobiście Salvatore Jurkowskiego. Ale czytając jego teksty miało się wrażenie obcowania z wrażliwym człowiekiem. Oczywiście nic nie usprawiedliwia jego czynu. Za usiłowanie zabójstwa grozi mu kara dożywotniego więzienia. Czasami w takim momencie warto, cytując szczecińskiego rapera Łonę - "mieć wątpliwość". Naturalnie w dyskusji jaka toczy się obecnie na forum Wiadomości24 to uczucie dominuje. Czy podobnie jak w sprawie głodowej śmierci Rumuna Claudiu Crulica w polskim zakładzie karnym z kategorycznymi ocenami należy zaczekać na opinie biegłych? Niestety, wydaje mi się, że sprawa ataku z nożem w ręku na kierowcę (nawet jeśli ten także dopuścił się "rękoczynu") jest nie do obrony.

Salvatore Jurkowski mógł być inicjatorem dyskusji na temat bezdomności i sytuacji bezdomnych w Polsce. Wydaje się jednak, że ostatecznie pogrzebał swym czynem szansę na taką dyskusję. Teraz należy już tylko trzymać kciuki za zdrowie zaatakowanego kierowcy i sprawiedliwy proces oraz adekwatną do popełnionego czynu karę dla Salvatore Jurkowskiego.

Zadaję też sobie pytanie, czy rzeczywiście internet jest tak wspaniałym medium, w którego współtworzeniu może brać udział każdy? Z pewnością. Ale nie każdy powinien, lub jest przygotowany na szerszą obecność w sieci. Myślę, że to jednak kwestia psychiki (Salvatore Jurkowski miał jak pisze Onet "kryminalną przeszłość"). Utrata zaufania i zawód postępowaniem Salvatore Jurkowskiego z pewnością nie przyspieszą szybszej aktywizacji wykluczonych dziś ze społeczeństwa ludzi. Nawet jeżeli da się im możliwość mówienia o swoich sprawach w internecie.
 
1 , 2