Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

polityka

piątek, 26 czerwca 2009
Są takie obszary polskiej rzeczywistości, nad którymi unosi się jeszcze duch poprzedniego systemu. Są to instytucje lub przepisy pełne sprzeczności i absurdów, których działanie czy wręcz istnienie w obecnym kształcie pozostawia wiele do życzenia. Wymagają natychmiastowej zmiany, reorganizacji, co często z powodu "oporu materii" wydaje się być zadaniem niemal nie do przeskoczenia. PZPN, ginące paczki na poczcie... I prawo prasowe.

Tą ostatnią kwestią postanowili niedawno zająć się politycy, a konkretnie Ministerstwo Kultury pod przewodnictwem ministra Bogdana Zdrojewskiego. Jest co kruszyć, bo obecnie obowiązująca ustawa to beton uchwalony w... 1984 roku. Przez ten czas zmienił się ustrój polityczny i gospodarczy, a przede wszystkim zmieniły się media.

Co chodzi po głowach obecnym reformatorom? Współczesna klasa polityczna niespecjalnie lubi deregulować wiele absurdalnych przepisów. Właściwie jedna Anna Streżyńska i jej otoczenie w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej stara się znosić bariery, stopniowo uwalniać rynek i wpływać na zmiany tak, aby szły w kierunku "rynku konsumenta". Generalnie jednak politycy uwielbiają pastwić się nad kolejnymi aktami prawnymi i tworzyć przepisy regulujące wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Często tworzą buble prawne z których muszą się potem ukradkiem wycofywać, tak jak to miało miejsce w przypadku sławnego "strażaka w każdej firmie". Pomysł konieczności rejestracji portali internetowych i blogów o którym napisała "Rzeczpospolita" wydaje się być jakimś kuriozum. Co prawda gdy tylko w sieci pojawiło się powszechne oburzenie z tego powodu, minister Zdrojewski natychmiast wycofał się i zdementował plotki, jakoby jego podopieczni zamierzali ciągać blogerów po urzędach. Ten przykład pokazuje jednak, że gdzieś tam w ministerialnych gabinetach pojawiają się tego typu koncepcje światłych rozwiązań regulacji przestarzałego prawa prasowego. No bo skoro mamy takie czasy, że publikujemy również na blogach i portalach, rozwiązanie jest proste. Rejestrować blogi i portale. Ministerstwo Kultury wysyła zresztą sprzeczne sygnały na temat swojej działalności. Z jednej strony tworzy projektowaną według najlepszych, francuskich wzorców NINĘ (Narodowy Instytut Audiowizualny), gdzie będą dygitalizowane ginące na rozmagnesowujących się nośnikach dobra polskiej kultury. Z drugiej, wychodzą na światło dzienne kwiatki związane z rejestracją portali i blogów.

Prawo prasowe powinno być oczywiście całkowicie zlikwidowane. To relikt przeszłości, który nijak nie pasuje do współczesnego świata masowych, elektronicznych i nowych mediów. Wszelkie kwestie związane z ewentualnym rozstrzyganiem sporów spokojnie mogłoby regulować prawo cywilne, o co z uporem maniaka apeluje od dawna profesor Stefan Bratkowski. Po co redakcjom narzucać konieczność ustanowienia osoby wydawcy i redaktora naczelnego? Dzisiaj media to biznes, gdzie struktura organizacyjna zależy tylko i wyłącznie od jego właściciela. Jeżeli w Polsce ma wykształcić się nowoczesne społeczeństwo informacyjne, w którym podstawą tworzenia dochodu narodowego jest przetwarzanie informacji, to nie można już w blokach startowych rzucać mu kłód pod nogi.

Polacy oczekują od polityków "cyfryzacji" życia publicznego. Wyniki zleconego dla MSWiA badania mówią same za siebie. Większość spraw urzędowych, typu złożenie wniosku o dowód osobisty, zeznania podatkowego, czy rejestracja pojazdu, chcemy załatwiać w e-urzędach. Internet staje się także głównym źródłem informacji. Pod strzechy trafia bankowość internetowa. Trzeba modernizować i przyspieszać łącza. Trzeba wpływać na uwolnienie mało konkurencyjnego rynku dostawców Internetu, aby obniżyć wciąż wysokie ceny za dostęp. Wreszcie trzeba szkolić urzędników, aby archaiczne Biuletyny Informacji Publicznej na wieki nie zostały jedynym symbolem cyfryzacji urzędów. A Ministerstwo Kultury, zamiast dłubać w legislacyjnym trupie, mogłoby na przykład zająć się zmianami w równie absurdalnym prawie autorskim. Jest co robić. Miejmy nadzieję, że w najbliższym czasie unikniemy zawstydzających pomysłów, bo na działania polityków czekają dużo poważniejsze sprawy. Parafrazując Billa Clintona - społeczeństwo informacyjne, głupcze!
poniedziałek, 23 marca 2009
Ostatnie wyniki badań wskazują, że coraz więcej Polaków ma dostęp i aktywnie korzysta z Internetu. Do europejskiej czołówki trochę jeszcze nam brakuje, aczkolwiek gonimy liderów i nie boimy się załatwiać codziennych spraw za pomocą sieci. Mamy internetowe konta bankowe, robimy zakupy w sieci, podtrzymujemy relacje za pomocą serwisów społecznościowych. To dobrze, bo poza wszystkimi użytecznymi funkcjami Internetu, jest jeszcze jedna. Sieć pozwala budować coraz sprawniejsze, świadome i aktywne społeczeństwo obywatelskie.

Ważnym momentem, w którym możemy ocenić poziom jego rozwoju jest zaś w demokracji akt głosowania. Z tym od początku transformacji ustrojowej mamy problemy, bo frekwencja w wyborach jest z reguły skandalicznie niska (poza ostatnimi, które stanowiły raczej swoisty plebiscyt). Stowarzyszenie Polska Młodych, we współpracy z Politechniką Wrocławską i Grupą Adweb odpowiedzialną za promocję i stworzenie serwisu internetowego, kończy właśnie prace nad pierwszym, polskim systemem do e-głosowania. Już na początku kwietnia podczas specjalnej konferencji prasowej ma zostać zaprezentowana jego wersja testowa. Dlaczego powinniśmy kibicować temu projektowi?

Przede wszystkim docenić należy fakt, że za kwestię e-głosowania "wzięli się" młodzi Polacy. Tak często posądzani o brak zaangażowania w sprawy publiczne, goniący rzekomo za szybkimi pieniędzmi i trzymający się "jak najdalej od polityki". To bardzo budujące. Warto nadmienić, że e-głosowanie to nie pierwszy projekt organizowany przez Polskę Młodych. Stowarzyszenie to jest odpowiedzialne również za inicjatywę Damy Radę polegającą na udzielaniu przez studentów prawa darmowych porad prawnych osobom ubogim, a także akcję Sukces-ja, której przedmiotem była pomoc młodym ludziom w realizacji ich własnych projektów oraz wyłanianie liderów społecznych już na etapie szkół średnich. W celu realizacji projektu e-głosowania, Polska Młodych nawiązała współpracę z kryptologami i informatykami z Politechniki Wrocławskiej, gdzie pod kierownictwem profesora Mirosława Kutyłowskiego powstał prototyp systemu. - Chcemy głosować przez Internet. Bezpiecznie, nowocześnie i szybko, w oparciu o przejrzyste zasady. Alternatywne metody uczestnictwa w wyborach są potrzebne, by zwiększyć frekwencję wyborczą. Nie wyobrażam sobie demokracji w XXI wieku bez Internetu – mówi Rafał Flis, koordynator projektu.

Polska Młodych inicjując projekt wyszła z założenia, że nowoczesne społeczeństwo obywatelskie musi w jak największym stopniu partycypować w życiu publicznym. E-głosowanie ma zatem umożliwić łatwiejsze i szybsze oddanie głosu w wyborach, ale także - co jeszcze ważniejsze - poprawić wizerunek państwa w oczach obywateli i skupić ich energię wokół tego projektu. Warto dodać, że elektroniczne wybory nie mają zastąpić tradycyjnego aktu wrzucenia kartki do urny, ale jedynie go uzupełnić. Pomogą także w likwidacji barier na jakie napotykają osoby niepełnosprawne, emigranci, czy studenci uczący się poza miejscem zamieszkania. Twórcy systemu podkreślają, że e-głosowanie to nie to samo co e-voting, na który składają się m.in. elektroniczne maszyny do głosowania w lokalach wyborczych. System stworzony przez Polskę Młodych skupia się na możliwości głosowania z domu za pomocą własnego komputera.

Poparcie dla inicjatywy wyraził profesor Piotr Sztompka. Ciepło przyjął ją również Ferdynand Rymarz, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej. Wszyscy zainteresowani będą zaś mogli przetestować system już na początku kwietnia. Prawie 1/3 Polaków chętnie oddałaby głos w wyborach za pośrednictwem Internetu, gdyby miała taką możliwość. Pozostaje pytanie - kiedy będzie możliwe e-głosowanie w Polsce?

Niestety, obecna generacja polityków nie może dogadać się nawet w tak prostych, zdawałoby się, sprawach, jak wprowadzenie głosowania poprzez pośrednika, a nawet wydłużenia wyborów do Parlamentu Europejskiego z jednego do dwóch dni. Ostatnio mogliśmy zresztą obserwować debatę na ten temat. Argumentem "przeciw" pośrednikowi (którego obecność ułatwiłaby głosowanie niepełnosprawnym) okazał się zdaniem Prezydenta zapis w Konstytucji mówiący o "bezpośredniości" i "tajności" głosowania... A gdzie zaufanie? Wszyscy zresztą pamiętamy słowa Jarosława Kaczyńskiego o internautach. Niestety, świadomość klasy politycznej w tej kwestii jest raczej mierna. Politycy obawiają się także o bezpieczeństwo całej procedury. Nawet przykład Estonii, co i rusz odpierającej cyberataki rosyjskich aktywistów, a jednak z powodzeniem wdrażającej system e-głosowania (od 2011 roku również za pomocą telefonu komórkowego!) wydaje się im odległy o lata świetlne. Ciężko zatem posądzać dzisiaj polityków o rzeczywistą chęć ułatwienia procesu wyborczego oraz zwykłe wsparcie dla modernizacji społeczeństwa. Cała para idzie obecnie w gwizdek, czyli jałowe spory rządzących z dziennikarzami, którzy ośmielili się wytknąć tym pierwszym przypadki nepotyzmu i konfliktu interesów. O frekwencji na co dzień się nie myśli, zresztą - czy politykom "milcząca większość" nie jest na rękę? No właśnie... Dlatego cała nadzieja w młodych. W Polsce Młodych.
wtorek, 17 marca 2009
W jaki sposób, kiedy i czy w ogóle Polska ma szansę na wykorzystanie swojej wielkiej szansy na wykonanie znacznego, cywilizacyjnego skoku? Jakie powinny być priorytety w rozwoju Polski? Jakimi środkami ten rozwój realizować? I wreszcie - jakie przeszkody staną na drodze tego procesu? Na te wszystkie pytania, odpowiedzi starali się szukać politycy, naukowcy i dziennikarze zaangażowani w Narodowy Program Foresight "Polska 2020".

Czym jest Foresight "Polska 2020"? W telegraficznym skrócie, jest to platforma dyskusyjna, zrzeszająca rządzących, naukowców, biznesmenów oraz opinię publiczną wokół problemów priorytetów badawczych, technologicznych, a także kluczowych problemów społecznych w Polsce. Owe grono, za główny cel postawiło sobie rozpoznanie i zdefiniowanie możliwych dróg rozwoju naszego kraju. Ważnym elementem tego procesu jest użycie racjonalnego sposobu przewidywania możliwych dróg metodą foresight. Jest ona stosowana z powodzeniem w większości państw Unii Europejskiej i polega na połączeniu twardych faktów statystycznych z twórczym przewidywaniem przyszłych zagrożeń, kierunków rozwoju. W Polsce, powołany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego program foresight działa od grudnia 2006 roku i skupia się wokół tematów: Zrównoważonego Rozwoju Polski, Technologii Informacyjnych i Telekomunikacyjnych oraz Bezpieczeństwa.

Niedawno uczestnicy programu opracowali pierwszą broszurę z wynikami swoich prac p.t. "Scenariusze rozwoju Polski w perspektywie roku 2020". Czy udało się stworzyć spójny dokument odpowiadający na podstawowe pytania o przyszłość Polski? Przede wszystkim, już na wstępie stwierdzono, że kryzys wcale nie musi oznaczać zapaści. Może być szansą. Muszą jednak zostać spełnione pewne warunki. Pierwszy - zależny nie tyle od nas, co naszych sąsiadów w UE, to przezwyciężenie kryzysu i powrót do dalszych procesów integracyjnych oraz umacniania instytucji gwarantujących wspólne, pokojowe współzawodnictwo państw Europy. Naszymi zadaniami z kolei będzie przeprowadzenie niezbędnych reform uwalniających energię i kreatywność Polaków, akceptacja i aktywny udział społeczeństwa w tych przemianach oraz budowa gospodarki opartej na wiedzy. Scenariusze są różne.

Skok może być szybki, reformy mogą iść jak po grudzie, ale przy jednoczesnym splocie niekorzystnych czynników równie dobrze możemy na dobre utkwić w ciemnej uliczce z napisem "Zapaść". Stanie się tak, jeżeli mobilizacja elit będzie krótkotrwała. Rozwój buduje się latami, a pierwsze sukcesy poprzedza zazwyczaj ciężki okres przejściowy. Obecna generacja polityków, która jeszcze przez dobrą dekadę będzie zapewne okupować scenę polityczną w Polsce, charakteryzuje się jednak zdecydowanie krótkowzroczną polityką obliczoną na poklask i efekt wyborczy. Często również samo społeczeństwo nie wykazuje specjalnych oznak akceptacji dla wdrażania innowacji - czego efektem są często oglądane w telewizji protesty z powodu planów budowy elektrowni atomowych, wiatrowych, czy masztów zapewniających dostęp do szybkiego, szerokopasmowego internetu. Kluczowym czynnikiem jest tutaj także sprawnie działające społeczeństwo obywatelskie, którego w Polsce nadal nie ma. Znacznie częściej od zaangażowanej postawy spotykamy się przecież ze znanym podejściem "co jak co, ale polityką to ja się nie interesuję!". A szkoda...

Ale nie musi być tak źle.

Przede wszystkim społeczeństwo musi zrozumieć, że żyjemy w epoce informacji. Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. Żeby nie "wypaść z gry" po prostu musimy wiedzieć jak pozyskiwać, gromadzić i wykorzystywać informacje. Musimy umieć korzystać z nowych mediów. Na razie, z powodu kryzysu głównie oszczędzamy. Czy owe klasyczne podejście rzeczywiście wyjdzie nam na dobre? My na razie możemy się tylko przyglądać oraz przeczytać raport Foresight'u i być przygotowani na przejęcie pałeczki w bliżej nieokreślonej przyszłości. Świat dzisiaj pędzi naprzód. Bo jeśli nie my - to kto?
„Internet jest wszędzie” - orzekli niedawno eksperci z MSWiA. Wygląda na to, że program rozwoju szerokopasmowego Internetu w Polsce właśnie wziął w łeb. Cuda na łączach jednak się nie zdarzają. Pytanie, czy raport ministerstwa to gwóźdź do trumny na drodze Polski w stronę "e-republiki"?

Według wszelkich, publikowanych za granicą raportów na temat rozwoju szerokopasmowej sieci, wypadamy w tej kwestii bardzo blado. Ściślej - Polska ciągnie się raczej w ogonie klasyfikacji. Komisja Europejska opublikowała właśnie kolejne tego typu zestawienie. Okazuje się, że tylko 8,4 procent Polaków ma dostęp do szerokopasmowego Internetu. Co prawda tym razem w rolę "czerwonej latarni" wcieliła się Bułgaria, ale to raczej marne pocieszenie. Polska znalazła się zaledwie oczko wyżej, co jest dosyć smutnym i frustrującym wynikiem. Szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę 20 procentową średnią unijną.

Diagnoza, jaką postawiła na polską chorobę internetową Komisja Europejska jest bardzo prosta: zbyt mała konkurencja na rynku. Rzeczywiście trzeba przyznać, że mimo wszelkich sukcesów, jakie odnieśliśmy na drodze transformacji ustrojowej, sfera szeroko rozumianej komunikacji to piąte koło u wozu naszej gospodarki. O radosnych doświadczeniach z PKP można by pisać wiele, ale o błyskawicznych czasach na niektórych połączeniach krajowych lepiej zbyt głośno w Europie nie mówić. Podobnie ma się sprawa z Pocztą Polską, która beztrosko potrafi turlać przesyłkę z Radomia do Szczecina w ciągu dwóch tygodni, kiedy ta sama paczka, ale wysłana z Kanady, leży na biurku odbiorcy po pięciu dniach (doświadczenie autora). Drogi to temat rzeka. No i ten Internet... "Tepsa" cały czas jest twardo trzymającym się monopolistą, na co raport Komisji Europejskiej również zwraca uwagę.

Dlatego musi budzić zdziwienie swoisty kontrraport MSWiA w którym stwierdza się, że właściwie Internet jest w Polsce wszędzie. Nic, tylko się cieszyć. To, co w Danii, czy Finlandii (prawdziwych e-mocarstwach) zostało okupione latami ciężkiej pracy przy wdrażaniu wielkich, narodowych programów subwencjonowania rozwoju szerokopasmowej sieci (dzisiaj korzysta z niej tam już ponad 30 procent społeczeństwa), u nas udało się osiągnąć - jak wszystko - ot tak, mimochodem. Bez wielkich nakładów, kosztów, setek konsultacji ze środowiskiem naukowym. Internet jest wszędzie, więc dajmy już spokój i zajmijmy się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli kolejnymi partyjnymi podchodami. Jakież to proste.

To, że przez kilka mapek o wątpliwej wartości merytorycznej tracimy miliardy euro na rozwój sieci w Polsce, to jeszcze nic. Najgorsze, że poprzez utrwalanie schematycznego myślenia i działania według zasady "spokojnie, wszystko będzie dobrze" tracimy również swoją wielką szansę modernizacyjną. Obecna generacja polityków, kolokwialnie mówiąc - nie za bardzo "czai bazę" jeżeli chodzi o sferę sieci. Ktoś tam niby prowadzi te blogi, ale efekty rzeczywistych działań nie są raczej obliczone dalej, niż na 4 lata do przodu.

A przecież szybka sieć to dzisiaj cywilizacyjny wymóg. Skandynawowie zrozumieli to najszybciej w Europie i z rozwoju nauki oraz nowych technologii, a przede wszystkim szerokopasmowego Internetu, czerpią pełnymi garściami. Internet to również szybsza i skuteczniejsza możliwość budowy społeczeństwa obywatelskiego, oddolnych ruchów oraz najlepszy sposób na transparentność wszelkich procesów związanych ze sprawowaniem władzy. W Estonii już dzisiaj e-voting (głosowanie przez Internet) jest normą. Podobny, polski projekt, przygotowany przez stowarzyszenie Polska Młodych we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej już w kwietniu będzie dostępny w Internecie w celach testowych. Czy zainteresuje klasę polityczną?

"Internet jest wszędzie". Tory kolejowe też pokrywają całe terytorium Polski, a poczta jest w każdym miasteczku. Problem w tym, że jeżeli coś jest wszędzie, to nie znaczy, że na pewno działa dobrze. I nie będzie działać, dopóki stać będziemy w rozkroku między przaśnym wspomnieniem socjalizmu, a wyzwaniami nowych czasów. Niedługo może się zaś okazać, że "nie będzie niczego" - bo pociąg z napisem "droga do e-republiki" ucieknie na dobre.
Kolejny konflikt w Strefie Gazy na szczęście (i pewnie, nie na długo...) za nami. Współczesne pole walki i sama taktyka w związku z tym zmieniają się w szybkim tempie. Nie jestem ekspertem od wojskowości, ale nawet ogólnodostępna, popularna wiedza na ten temat pozwala zrozumieć te zmiany. Takie zjawiska jak terroryzm czy ekstremizm islamski sprawiają, że tabuny żołnierzy i otwarte fronty odchodzą do lamusa.

Dzisiaj pole walki to domena jednostek specjalnych, punktowych ataków na strategiczne cele. Wszystko to jest także podporządkowane w coraz większym stopniu propagandzie. Występujący w telewizji mułłowie nawołujący do kolejnej krucjaty przeciwko zachodowi, czy zamieszczane w sieci filmy z egzekucji nikogo już (niestety) nie dziwią.

Zmieniają się więc także same relacje medialne z rejonów konfliktów. Jeszcze nie tak dawno infografiki pokazujące rozmieszczenie i przemieszczanie się sił koalicji antyterrorystycznej w Iraku czy Afganistanie stanowiły swoiste novum. Dziś, w dobie powszechnego dostępu do szybkiej, mobilnej, bezprzewodowej sieci, takie medialne zabiegi wydają się zdecydowanie trącić myszką.

Od pewnego czasu możemy zaobserwować w mediach kolejny nowy trend. Fascynujący i przyciągający uwagę odbiorcy. Jak nietrudno się domyśleć, chodzi o publikowanie materiałów bezpośrednio z pola walki.

Dlaczego jest to dla widza tak absorbujące? To oczywiste - nawet najlepsza, trójwymiarowa, bogata w najbardziej "wybuchowe" efekty specjalne infografika nie może się równać z tego typu materiałem, który jest po prostu PRAWDZIWY. To kolejny krok który czynimy jako widzowie na drodze do jak najpełniejszego, możliwie najbardziej wiarygodnego odbioru płynących z mediów informacji. I media doskonale o tym wiedzą. Robią więc wszystko aby zaspokoić te oczekiwania. A niekiedy nawet więcej, niż przeciętnemu amatorowi newsów ze Strefy Gazy mogło się wydawać!

Telewizja Al Jazeera uruchomiła niedawno specjalne repozytorium, w którym zamieszcza unikalne materiały ze Strefy Gazy, na dobre zrywając z wizerunkiem stacji-tuby propagandowej terrorystów, na jaki pracowała przez ostatnie lata. Zamieszczenie tych materiałów na wolnej licencji Creative Commons stawia Al Jazeera'ę bardziej w roli bliskowschodniego CNN - nowatorskiej, innowacyjnej telewizji, która nie tylko informuje, ale i dzieli się swoimi zasobami z innymi stacjami. Bliski wschód jest dosyć newralgicznym miejscem na mapie świata. Takie repozytorium, sukcesywnie rozwijane może uczynić z Al Jazeer'y prawdziwe centrum multimedialne dla reszty świata. A poza tym wszystkim, krew, płacz i wojenka zawsze w mediach są i będą w cenie.

No właśnie. Globalizacja, szeroki dostęp do tego typu materiałów czyni wręcz z wojny kolejną dawkę rozrywki dla widza. Bo jak inaczej nazwać publikację przez izraelską telewizję, nakręconego przez samolot szpiegowski filmu z zasadzki przeprowadzonej przez Hamas na żołnierzy izraelskich? Prawdziwi - z krwi i kości przecież - żołnierze, wyglądają na owym materiale jak jednostki, którymi kierujemy na ekranach naszych monitorów grając w gry strategiczne. Pojawia się nawet "koliste" zaznaczenie! Czy w tym kierunku zmierzają relacje medialne z pola walki?

Chyba jednak wolałbym, aby dziennikarz telewizyjny nigdy nie zakończył zapowiedzi takiego filmu słowami "miłej zabawy". Bo tam, daleko od naszych granic, zabawa dawno się skończyła.
czwartek, 04 grudnia 2008
Było trochę o muzyce, będzie o polityce ( i trochę o Wiśle, o przemyśle - spokojnie, na razie nie ;)).

Nareszcie w sferach rządowych zaczyna się otwarcie i co najważniejsze głośno mówić o szansach i możliwościach, jakie daje społeczeństwu internet. Internet tani i powszechnie dostępny. A zaledwie kilka lat temu postulaty wprowadzania internetu pod strzechy były przecież traktowane jako dziwna aberracja narodu, który wymaga od rządu prawnego zezwolenia na tanią, szemraną rozrywkę.

Bo przecież jeszcze nie tak całkiem dawno, jeden z posłów SLD utożsamiał internet ze stronami porno. Potem były premier nazwał internautów najbardziej podatną na manipulację grupą popijającą piwo podczas oglądania tychże. Można by rzec - koń, a raczej polityk polski jaki jest - każdy widzi.

Na szczęście coś w tej materii zaczyna drgać. Może dzięki integracji z Europą zachodnią, może po prostu dzięki upowszechnieniu się sieci? Nieważne. Liczy się fakt, że na Wiejskiej, poza oryginalnym pomysłem pod tytułem "przecież my też możemy blogować i jeszcze jednym kanałem docierać do umysłów szacownych wyborców!", zorientowano się, iż internet to rzeczywiście przyszłość. To medium, które wpływa i w coraz większym stopniu będzie wpływać na kolejne dziedziny życia społecznego: gospodarkę, kulturę, czy wreszcie samą politykę.

Nie jestem jakimś specjalnym faworytem obecnej koalicji. Trzeba jednak przyznać, że poza doraźnymi gierkami, które na stałe wpisały się w krajobraz pola walki na której toczy się podjazdowa wojenka pomiędzy małym i dużym pałacem (ależ politologiczny sznyt), działania w kwestii szerszego wykorzystania internetu na co dzień trwają. Wygląda na to, że są to działania coraz sprawniejsze. Trochę ponad dwa tygodnie temu, wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld poinformował, że od 1 kwietnia przyszłego roku nie trzeba będzie rejestrować firmy. Wszelkie formalności zostaną załatwione w "jednym okienku", zaś od roku 2011 będzie to okienko przeglądarki internetowej, bo działalność gospodarczą będzie można zgłosić za pomocą sieci. Trzymamy za słowo! Następnie premier Donald Tusk poinformował, że korzystając z pomocy fundacji niejakiego Billa Gatesa zamierza reanimować upadające, polskie biblioteki. Mają one zostać wyposażone w czytelnie internetowe i stać się instytucjami kultury na miarę XXI wieku. Takie projekty amerykańska fundacja wdraża także w innych krajach byłego blogu wschodniego oraz w innych rozwijających się państwach. W Polsce za ich realizację odpowiedzialna będzie Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego.

No właśnie - społeczeństwa informacyjnego. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powstała nawet strategia rozwoju społeczeństwa informacyjnego w Polsce do roku 2013. Czytamy w nim między innymi, że lepsze i szybsze wykorzystanie informacji oraz usług świadczonych drogą elektroniczną jest efektem coraz dynamiczniejszego rozwoju technologii informacyjnych. Przyczynić się to ma do szybkiego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego i społecznego. W dłuższej perspektywie zaś, umożliwić ma Polakom efektywne wykorzystanie wiedzy i informacji zarówno w wymiarze społecznym, ekonomicznym, jak i osobistym. Efekty? Według założeń, miały by nimi być przede wszystkim budowa zaufania społecznego - niewątpliwe fundamentu współczesnej, nowoczesnej demokracji. W dalszej kolejności zaś kształtowanie postaw otwartego i różnorodnego społeczeństwa, umiejętność szybkiego i bezpiecznego dotarcia do informacji i efektywne sprzężenie trzech czynników - człowieka, gospodarki i państwa.

To wszystko są piękne słowa. Jednak już dziś obserwujemy stopniowe poszerzanie oferty edukacyjnej o niezbędne programy kształtowania społeczeństwa informacyjnego. Również rynek pracy szybko ulega zmianom, czego efektem chociażby jest stopniowy wzrost roli telepracy. Gminy też nie próżnują. To wszystko dzieje się na razie niejako "obok" rządu. Internauci, którzy tak mocno "zaufali Tuskowi" przed rokiem powoli zaczynają tracić cierpliwość. Dostrzegają brak efektów i opieszałość. Niestety, w polskiej sieci standardem stali się okopani w twierdzach i zwalczający się wzajemnie żołnierze przeciwstawnych obozów ;). I ta walka (na forach, blogach, w komentarzach - czy raczej należało by rzec "komciach") będzie trwała.

Ja mam nadzieję, że rzeczywiście za kilka lat będę mógł powiedzieć, że to za kadencji tego rządu nauczyliśmy się ze sobą komunikować, skupiliśmy się wspólnie wokół jednego, wspólnego celu. Być może jest to nadzieja płonna. Ale wolałbym, żebyśmy byli jednak w pełni zdrowym społeczeństwem informacyjnym. Pytanie, czy nas i czy przede wszystkim ICH na to stać?
czwartek, 06 listopada 2008
Powoli opada kurz po bitwie jaka do wtorku 4 listopada toczyła się z okazji kampanii wyborczej i samych wyborów prezydenckich w USA. Sztaby zrywają plakaty, zdejmują billboardy. Tak...

Ta kampania toczyła się jednak głównie w sieci. Przez ostatnie pół roku, to właśnie w internecie, zwłaszcza z wykorzystaniem społeczności, virali i wszelkich sieciowo-marketingowych nowinek, kandydaci zabiegali o głosy wyborców. A raczej robiły to w ich imieniu idące w miliony rzesze zwolenników. Ta kampania to był wspaniały festiwal oddolnej, obywatelskiej demokracji opartej na dialogu, działaniu i masowej komunikacji. Chociaż sam finisz należał zdecydowanie do mediów tradycyjnych. Ale po kolei.

Można by rzec - jeszcze nigdy tak wiele, nie zależało od tak wielu. Ta kampania tak naprawdę w pełni pokazała siłę, jaka drzemie w sieci. I jak wszystkiego, co przychodzi do nas zza wielkiej wody, podobnych kampanii w przyszłości możemy spodziewać się w Polsce. Raczej później, niż prędzej, ale przed internetem nie ma ucieczki.

Oczywiście standardem stała się obecność kandydatów na portalach społecznościowych. Facebook, MySpace, Linkedin. Nieobecność tamże jest już dzisiaj postrzegana jako swoiste faux pax. Bycie "znajomym Obamy" lub "znajomym McCaina" tłumaczyło w tej kampanii preferencje wyborcze, skupiało zwolenników, mobilizowało do działania.

Druga kwestia to właśnie zbiórka środków na rzecz kampanii. Przysłowiowy jeden zielony przelany przez zwykłego obywatela na konto kandydata przerodził się w swojej masie w ogromną sumę pieniędzy. Ron Paul, zanim odpadł z rywalizacji o Biały Dom, za pośrednictwem serwisu Meetup, służącego do organizowania eventów z udziałem wyborców poza siecią, zebrał ogromne fundusze, dzięki którym ten niszowy kandydat z ogromnym poparciem w internecie, zyskał spore grono zwolenników również poza nią.

Można oczywiście założyć, że Barack Obama wygrał dzięki wsparciu mediów lub innych cudów techniki. Nie mniej kluczową rolę w jego zwycięstwie odegrali po prostu ludzie.

Przede wszystkim w USA zmieniło się samo podejście obywateli do nowych technologii, internetu. Rola sieci w tych wyborach, w porównaniu z poprzednimi znacznie wzrosła. Zresztą rząd USA również nie śpi, a Barack Obama będzie miał prawdopodobnie doradcę do spraw nowych technologii. Czy Lech Kaczyński, który jako jeden z niewielu przywódców na naszym pięknym świecie nie ma doradcy do spraw ekonomii, w ogóle kiedykolwiek pomyśli o tego typu stanowisku?

Jeżeli chodzi o źródła informacji o wyborach, to Amerykanie znacznie bardziej od gazet polubili internet. Jak powiedziała w poniedziałek Arianna Huffington, to właśnie internet został prawdziwym zwycięzcą tych wyborów. Internet nie jako narzędzie wielkich agencji reklamowych, ale zwykłych obywateli. Niesamowite, ile (głównie pozytywnych) treści popłynęło od ludzi do sieci podczas tej kampanii. Tego nie przewidziały chyba najlepsze podręczniki traktujące o marketingu politycznym. Zresztą właśnie chyba skończył się czas spin-doctorów jako jednostek kontrolujących kampanię. Teraz będą oni musieli nauczyć się współpracować z ludźmi.

Żeby zawęzić tę dziwną rolę internetu do jednego słowa, wystarczy rzucić hasło - Youtube. Youtube był zdecydowanym "centrum", "areną walki" podczas tej kampanii. Masa filmów, wystąpień, reklamówek wyborczych - Youtube był w ich przypadku pierwszym przystankiem. To za jego pomocą kandydaci komunikowali się ze społeczeństwem (chociaż Barack Obama prowadził również mikrobloga na Twitterze). Dopiero stamtąd, obejrzane już przez tysiące internautów "filmiki" trafiały do telewizji, gdzie w najlepszym czasie antenowym podczas wieczornych magazynów mogli zobaczyć je wszyscy "nie-sieciowi" obywatele. Ale to Youtube był pierwszy, ostatecznie detronizując dotychczasową królową mediów - telewizję. Edwin Bendyk nazwał te wybory "pierwszą elekcją epoki 2.0". Nie sposób się nie zgodzić.

Ale sama końcówka kampanii należała jednak do mediów tradycyjnych. Konkretnie do telewizji CNN. Zastosowała ona w studiu wyborczym technologię, znaną do tej pory z filmów fantastycznych w stylu "Gwiezdnych Wojen". Oto prezenter Wolf Blitzer rozmawiał z Jessicą Yellin, która w studio była reprezentowana za pomocą trójwymiarowego hologramu.

Była to swoista wisienka na torcie podczas tej kampanii. Zachwyciła chyba każdego fana internetu, nowych mediów i nowoczesnych technologii, dla którego ta kampania była świetnym widowiskiem.

czwartek, 17 kwietnia 2008
Chiny nie schodzą póki co z pierwszych (no, może z drugich) stron gazet. Igrzyska w Pekinie coraz bliżej. Nie będę jednak pisał o sytuacji w Tybecie, ani wędrującym z coraz większymi problemami zniczu olimpijskim. Te kwestie są pod stałą obserwacją mediów.

Przeczytałem natomiast ostatnio w Dzienniku ciekawy artykuł o Chinach autorstwa Marka Leonarda, brytyjskiego eksperta od spraw polityki zagranicznej. Wynika z niego, że w Chinach ustrój polityczny skręca w stronę technokratyzmu, gdzie społeczeństwem zarządzają wykwalifikowani fachowcy i eksperci. Co ciekawe, coraz częściej zasięgając opinii obywateli. Chiński politolog Fang Ning porównał demokracje zachodnie do restauracji, gdzie można zamówić jedną potrawę od wielu kucharzy (mając na myśli głosowanie w wolnych wyborach na partie), ale nie mając szans na zmianę jej jakości. Co najwyżej można próbować umiejętności kolejnych szefów kuchni. W Chinach odwrotnie - kucharz jest jeden - Komunistyczna Partia Chin - ale za to w jej ramach można dowolnie dyskutować na temat nowych potraw i ewentualnie "poprosić" o jej przyrządzenie. Chińczycy podobno organizują nawet rady obywatelskie w celu przedstawiania władzom swoich projektów.

Chińscy komuniści omijają w ten sposób wybory, które ich zdaniem niszczą demokracje zachodnie poprzez coraz większy populizm i zamieniają scenę polityczną w teatr. Zamiast tego trzymają społeczeństwo krótko, uwalniając gospodarkę i nie pozostawiając złudzeń co do innych wolności ekspresji politycznej, poza wspomnianymi konsultacjami. Po czym zlecają wykonanie projektów wykształconym (nota bene często na zachodzie) ekspertom. I Chińczykom to wystarcza.

Ciekawe, czy tego typu platforma wymiany myśli co do kierunku rozwoju państwa w szerszej formie miałaby szansę na sprawne działanie w Europie? Konkretniej - czy obywatel będzie miał możliwość nieustannego wpływu na władzę, nie tylko raz na cztery lata? U nas każdy ma swoje zdanie, swoją partię którą popiera, co atomizuje wiele projektów. Cała Unia Europejska opiera się jednak na idei consensusu. Żyjemy co prawda w demokracji przedstawicielskiej, ale wyobraziłem sobie obrazowo parlament przyszłości, w którym głosowanie nad daną ustawą poprzedza szybki sondaż online, a wcześniej społeczne konsultacje. Chodzi o to, że moim zdaniem u nas dyskusja z politykami toczy się głównie wtedy, kiedy jest już "po ptokach", czyli albo jakaś ustawa została wprowadzona, albo przepadła. Potem narzekamy (w Polsce szczególnie!) na brak realizacji obietnic wyborczych.

Taki nowy rodzaj umowy społecznej (umawiamy się, że my wam mówimy "co", a wy myślicie "jak", jako fachowcy, bo po to was wybraliśmy) mógłby zaktywizować społeczeństwo do szerszego uczestnictwa w debacie publicznej.

Oczywiście mając na uwadze szybkość przepływu informacji i łatwość komunikacji, na cztery spusty należałoby zamknąć wynalazki typu Centrum Dialogu Społecznego, gdzie siada do rozmów polityk ze związkowcem, oraz dwoma innymi związkowcami. Taka dyskusja powinna toczyć się w internecie, wreszcie z udziałem ludzi. Ciekawe, czy byłby to dobry sposób na eliminację roszczeniowych postaw, jakie dominują najczęściej podczas "analogowej" manifestacji? Właśnie - może taka internetowa debata zastąpiłaby w ogóle wycieczki autokarów pod Sejm? Ale nie chodzi tylko o sieciową napinkę od wielkiego dzwonu. Przecież teraz też obywatel w sile 100 tysięcy ludzi może wnieść inicjatywę ustawodawczą. Raczej mam na myśli bieżące konsultacje. W międzyresortowych uzgodnieniach kasta urzędnicza ma okazję i szansę "ukatrupić" najsensowniejszy nawet projekt, jeżeli godzi on w jej interesy. Jako społeczeństwo jesteśmy więc często zakładnikami tej tłuszczy.

Uważam, że głos urzędnika nie może ważyć więcej, niż głos informatyka, handlowca, czy instruktora pływania. Jeżeli nie mają oni szans wyrazić swojego zdania na etapie powstawania aktu prawnego (bo np. nie przyjadą w sile kilkudziesięciu tysięcy na Wiejską z kilofami) to trzeba im to umożliwić. Myślę, że w tym celu najlepsza będzie w przyszłości sieć. Do tego czasu powinniśmy oswajać się z możliwością opisywania rzeczywistości (w sieci, a jakże). Być może przyjdzie czas, że będziemy ją niemal bezpośrednio tworzyć.
czwartek, 10 kwietnia 2008
W poniedziałek oficjalnie wystartował portal Polska XXI. Jest to inicjatywa "trzech tenorów" (czy to Wam czegoś nie przypomina?) w postaci Rafała Dutkiewicza (prezydent Wrocławia), Kazimierza Ujazdowskiego (ex PiS), oraz Jana Rokity (jeszcze PO, chociaż tak jakby ex PO), którzy prowadzą w ramach portalu swoje blogi. Z założenia i z nazwy ma być to "portal poświęcony polskiej polityce", gdzie bez zabiegów PR toczyć się będzie rzeczowa dyskusja o kluczowych dla Polski sprawach. Cenna inicjatywa. Tym bardziej, że panowie jako pierwsi w polskim światku politycznym "startują" w internecie.

Fachowcy już okrzyknęli Polskę XXI zalążkiem nowej partii politycznej. Twórcy portalu się wypierają, ale przecież nie po to go założyli, żeby sobie ot tak, popisać na blogach. To może znaczyć zarówno tyle, że rzeczywiście chcą wsłuchać się w głos obywateli i sformułować jasny program, albo tylko tyle, że zorientowali się iż start i obecność w internecie to obecnie elementarz i w ten sposób zamierzają zbić kapitał polityczny. Kibicuję tej pierwszej drodze bo nie ukrywam, że moim zdaniem przydałoby się na scenie politycznej nowoczesne, "lekkie" ideowo i skupiające się raczej na czynach niż słowach środowisko pragmatycznych fachowców z terenu. O ile tacy wejdą na przyszłe listy wyborcze.

Tego typu swoisty think-tank to dobry początek. No właśnie, a jak Polska XXI zamierza słuchać obywateli? Jakkolwiek cenię publicystykę Jadwigi Staniszkis czy Rafała Ziemkiewicza, nie sądzę, aby rzeczywiście byli na tyle "gorącym" dodatkiem do "trzech tenorów", żeby uczynić z Polski XXI cenną dla budowania społeczeństwa obywatelskiego, które uczestniczy w procesie tworzenia polityki, inicjatywy. To już było - kto chce, to z jednej strony może komentować bloga Joanny Senyszyn, a z drugiej Janusza Korwin-Mikke. Koncepcje wolności w liberaliźmie, czy konserwatywny instytucjonalizm, to są tematy które zainteresują z pewnością studentów politologii, ale czy przeciętnego obywatela? Głosami samych studentów nie osiągnie się satysfakcjonującego wyniku w wyborach. Jeżeli Polska XXI naprawdę myśli o czymś więcej i zamierza być w przyszłości masowym ugrupowaniem "nowej generacji" (w końcu to "XXI" zobowiązuje), MUSI jeszcze bardziej oddać głos obywatelom.

Moim zdaniem zawodowi publicyści portalu powinni inicjować dyskusje, proponować tematy bez stawiania jasnych diagnoz. Każdy obywatel powinien mieć możliwość złożenia czegoś w rodzaju interpelacji, którą następnie będą opracowywać zawodowcy i ewentualnie proponować rozwiązania. Poza tym każdy powinien mieć możliwość bycia autorem, a nie tylko komentatorem. Taka "praca u podstaw" miałaby sens i byłaby rzeczywiście czymś świeżym. Byłby to znak rzeczywistej współpracy między obywatelem, a rządzącymi i prawdziwy przejaw uczestniczenia w debacie toczonej w ramach demokracji przedstawicielskiej.

Trzeba przyznać, że ani Jan Rokita, ani Kazimierz Ujazdowski to nie są politycy nowi. Polska XXI powinna więc skupić się na treści płynącej od ludzi. Dała by tym samym wyraz szacunku dla głosu młodego pokolenia o którego konieczności uczestnictwa w debacie publicznej sama wspomina. Oczywiście, nie każdy będzie debatował nad kształtem reformy Konstytucji, czy całościowych rozwiązań w służbie zdrowia. Od tego są fachowcy. Ale internet jest takim medium, w którym sucha treść płynąca z ust autorytetów zdecydowanie nie wystarczy. Nawet jeżeli istnieje możliwość skomentowania ich słów. Przyszłe, nowoczesne środowisko polityczne które powiedziało A i poczuło internet, musi powiedzieć B i poczuć jego odbiorców - internautów. W dobie blogów, dziennikarzy obywatelskich - w dobie globalizacji, zmian technologicznych i szybkiego przepływu informacji, obywatel coraz częściej jest aktywnym uczestnikiem i współtwórcą mediów, a pośrednio i polityki. Czas biernych odbiorców, przynajmniej w internecie, definitywnie się skończył. Twórcy portalu musieli to wiedzieć, kiedy wchodzili do internetu ze swoją koncepcją portalu.

Polska XXI będzie musiała nauczyć się balansować pomiędzy "lekką" formą debaty z udziałem obywateli, a twardą grą polityczną w celu rzeczywistego zaistnienia na scenie.
sobota, 22 marca 2008
Będzie trochę politycznie. Przepraszam, że tak przed samymi Świętami, ale właśnie ruszyła akcja Free Tibet, której głównym architektem jest Paweł Opydo (Techkultura.com). Poza tym temat dotyczy przecież blogerów (a więc i dziennikarzy obywatelskich).

Do kwestii sytuacji politycznej w Tybecie nie podchodzę z obecną w mediach histerią w oczach. Leżą mi na sercu kwestie wolności ciemiężonych narodów, ale uważam, że w sprawie Tybetu nakręcono potężną spiralę hipokryzji. Skoro każdy naród ma prawo do samostanowienia, to słusznie media naciskają na Chińską Republikę Ludową. Ale mi jeszcze bardziej niż na niepodległości Tybetu zależy na niepodległości Czeczenii, oraz nienaruszalności terytorialnej Serbii.

Dlaczego? Bo duże media Tybetem zajmują się dostatecznie dużo i często. Czasami odnoszę wrażenie, że temat Tybetu stał się po prostu medialny i modny (bo Igrzyska, bo inna kultura, bo mnisi, bo Dalajlama). Tymczasem w samym centrum Europy kilka tygodni temu doszło do oderwania od jednego z krajów niezwykle ważnego z powodów historycznych i kulturowych jego kawałka. Mowa o Kosowie. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak "naród kosowski", chyba że Albańczycy dzielą się na "albańskich Albańczyków" i "kosowskich Albańsczyków" (WTF?). Kosowo to raczej struktura bliższa gangowi, niż poważnej państwowości. Oderwanie się Kosowa od Serbii to wydarzenie mniej więcej takiego kalibru, jak gdyby Wielkopolska z historycznym dla Polaków Gnieznem ogłosiła niepodległość. Czy wówczas Unia Europejska zajęła by podobne stanowisko jak w sprawie Kosowa? Czy pozostałe kraje Europy "uznały by" pokornie taki nowy twór?

Za Chinami stoi potężna gospodarka, od której uzależnione są USA. Za Chinami stoi potężna armia. Chiny to po prostu wielki blok polityczny i umówmy się - żadne akcje i bojkoty niewiele tutaj zmienią. Dlaczego nikt nie mówi o zostawionej samej sobie Czeczenii? Bo pozostaje pod kuratelą rosyjskiego "wielkiego niedźwiedzia" którego lepiej nie drażnić? Bo liczne robione na ropie interesy wymagają zachowania status quo w tamtym regionie?

A Serbia? Jeżeli Fanatyk pisze, że powinniśmy jako Polacy rozumieć Tybetańczyków, bo sami długo pozostawaliśmy pod butem komunistów, to ja dodam, że jako Polacy uczący się historii powinniśmy też pamiętać, że trzykrotnie dokonano rozbioru Polski. Zwykle przy biernej postawie państw europejskich. Miejmy to na uwadze i dziś, kiedy polski rząd "uznał Kosowo".

Popieram akcję Free Tibet i gorąco zachęcam wszystkich do jej wsparcia. To z pewnością warta poświęcenia inicjatywa. Nie zapominajmy jednak o "maluczkich", za którymi nie stoi wielka kasa i wielka armia. Tybet będzie "na tapecie" dużych mediów bezustannie (przynajmniej do czasu Igrzysk). Dziennikarze obywatelscy i blogerzy powinni przede wszystkim na sztandarach wymalować sobie hasło: "mówimy o tych, o których inni dawno zapomnieli, albo nie chcą pamiętać".

Nie musimy powielać schematów. Nie musimy bać się poprawności politycznej. Nie musimy płynąć GŁÓWNYM NURTEM. Możemy zagospodarować lokalne dorzecza. Wtedy odpowiednio spełnimy swoją rolę.

A tak na marginesie - Wesołych Świąt życzę wszystkim czytelnikom tego bloga :-).
 
1 , 2