Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

dziennikarstwo

wtorek, 18 sierpnia 2009

Temat płatnych treści w Internecie coraz częściej absorbuje zainteresowanych rozwojem mediów użytkowników sieci i czytelników gazet. Zapraszam do lektury wywiadu z Markiem Millerem, autorem bloga "em jak Media", fanem mediów i komunikacji, zawodowo koordynatorem projektów w Polskapresse:

Cześć Marek. Od jakiegoś czasu na Twoim blogu dominują wpisy związane z wprowadzeniem przez redakcje prasowe opłat za treści w Internecie. Temat ciekawy i chyba powoli przebijający się do świadomości coraz szerszych mas internautów. Chociaż póki co dominuje chyba postawa "dlaczego mam płacić za coś, co do tej pory było za darmo"?

- Temat jest fascynujący z kilku względów. Sprzedaż prasy drukowanej w USA dramatycznie spada, a jako winnego tej sytuacji, nie bez powodu wskazuje się Internet. Wiele lat temu wydawcy dostrzegli jego potencjał, do tej pory nie zbudowali jednak właściwego modelu biznesowego. Czyli takiego, który pozwoliłby uzupełnić spadające przychody ze sprzedaży egzemplarzowej i przede wszystkim spadające przychody z reklam. Najprostszym rozwiązaniem jest szukanie dodatkowych strumieni przychodowych - stąd nagła, wspólna potrzeba wprowadzenia opłat za treści w Internecie. Ta postawa, o której wspominasz, czyli "dlaczego mam płacić za coś, co do tej pory było za darmo", reprezentuje bardzo konsumencki punkt widzenia. Patrząc jednak na to oczami wydawców, można sformułować inne pytanie - dlaczego mam udostępniać za darmo coś, czego wyprodukowanie jest dla mnie kosztem? Fakt, strategia ta trwała przez lata, rynek
był dezorientowany (otrzymywał dwa podobne produkty, jeden płatny, drugi darmowy). Teraz powoli następuje zmiana tego stanu rzeczy. Pytanie, czy nie za późno.

Nie uważasz, że żyjemy w jakimś "okresie przejściowym"? Gazety nie są już jedynymi dysponentami opinii i przede wszystkim informacji. Dzisiaj wszystko jest w sieci. Jednocześnie redakcje nie podjęły jeszcze żadnych zdecydowanych decyzji o zagospodarowaniu przestrzeni Internetu. Dominuje więc plotka, sensacja, tabloid.

- Wierzę jeszcze w siłę marki. Owszem, gazety nie są już jedynymi dysponentami informacji, ale nadal mają potężny zasięg. Innymi słowy - temat odkryty przez blogera trafi w ciągu dnia do kilku tysięcy osób. Ten sam temat podchwycony przez gazetę następnego dnia poszerzy ten zasięg o kilkaset tysięcy czytelników. Z tego powodu, mimo lat bierności, nadal widzę olbrzymi potencjał, jaki mają wydawcy w zagospodarowywaniu Internetu. Sądzę, że powinniśmy przestać myśleć o gazetach w sieci sensu stricte. Wydawcy prasowi powinni spojrzeć na siebie jako na organizacje newsowe, dystrybutorów informacji. W Polsce dawno zrozumiała to już Agora, która poza stroną gazety i portalem ogólnoinformacyjnym, stara
się zagospodarować każdą możliwą niszę. Póki co są to informacje darmowe (sądzę, że długo takie pozostaną), ale kto wie, może niedługo nie tylko zasięg, ale i profil czytelnika będzie miał dla reklamodawcy większe znaczenie? Tabloidyzacja zawsze będzie istniała. Tak długo jak treści będą bezpłatne, tak długo jedynym wyznacznikiem sukcesu wydawniczego
projektu internetowego będzie ilość osób go odwiedzających. Większość z nas niestety jest leniwa - lubi szybkie, sensacyjne, plotkarskie informacje. I tym niestety będziemy karmieni, ponieważ takie materiały przyciągają tłumy, a to z kolei przekłada się na przychody z reklamy.

Myślisz, że będzie lub może już jest wśród czytelników popyt na płatne materiały redakcyjne dostępne w Internecie?

- W USA i na świecie ten popyt jak najbardziej istnieje. Materiały z gazet takich jak "Financial Times", "Wall Street Journal" czy tygodnika "Economist" od samego początku były płatne lub miały ograniczony dostęp. Nie tracąc na swej jakości w papierze, wydawcy tych tytułów w taki sam sposób upozycjonowali się w Internecie. Marki te są wartościowe i wiarygodne dla czytelnika, a informacje przez nie sprzedawane są trudne do znalezienia w jakichkolwiek innych mediach.
Czyli po raz kolejny można zaobserwować jak ważna jest niszowość w sprzedawaniu informacji. W Polsce nie widzę na razie możliwości sprzedawania treści przez gazety. U nas problem leży raczej w bezprawnym wykorzystywaniu treści dziennikarskich przez portale, agregatory newsów. Sądzę, że dla wydawców tutaj leży duży pieniądz, po który powinni się schylić. Portale jak Onet, Wirtualna Polska, Interia bazują na treściach gazetowych. Przy odpowiednich umowach z tymi portalami, wydawcy mogliby zarobić na treściach, odciążając jednocześnie od takich płatności samego czytelnika. Łatwo sobie wyobrazić efekt strategii sprzedaży treści przez wydawców, jeżeli równolegle z takim działaniem wspomniane portale rozdawałyby podobną treść bez opłat.

Za co Twoim zdaniem ludzie będą skłonni płacić? Pogłębione opinie, analizy? A może jedyny pieniądz będzie można uzyskać z prenumerat płatnych biuletynów ze skomplikowanymi raportami gospodarczymi, z których skorzystają jedynie specjaliści?

- Nisze wydają się tutaj kluczem. Nisze, rozumiane bardzo szeroko - od pełnych analiz sytuacji gospodarczej, przez informacje regionalne i lokalne, po serwisy z informacjami dla znudzonych gospodyń domowych. W zależności od contentu, różny powinien być system płatności tworzony pod kątem targetu takich portali. Czytelnik zapłaci za taką
informację, jakiej nie znajdzie nigdzie indziej. Dlatego nisze powinny być priorytetem w wydawniczych strategiach online.

Co będzie najtrudniejsze w przekonaniu czytelników do faktu, że pewna część Internetu zostanie nagle zamknięta? Decydowała będzie marka danego medium i wiarygodność serwowanych przez nich informacji? Czytelnicy są przecież przyzwyczajeni, że skoro dana redakcja umieszcza coś w sieci, to robi to za darmo.

- Osobiście nadal uważam wizję "zamknięcia" części Internetu za utopijną. Amerykańskie wydawnictwa powoli zrzeszają się ponoć na jednej platformie, Journalism Online, która ma im umożliwić pobieranie opłat za treści w różnych konfiguracjach płacowych. Rozsądek podpowiada mi jednak, że zawsze znajdzie się silniejszy gracz, który będzie kontynuował umieszczanie treści za darmo, dla samego faktu osłabienia konkurencji i przejęcia ich czytelników. Duży brytyjski
gracz, "The Guardian" zapowiedział już, że do wspólnej platformy Journalism Online się nie przyłączy. I nie zamierza pobierać opłat za treści. Rupert Murdoch deklaruje chęć wprowadzenia takich opłat, ale jako termin podaje czerwiec przyszłego roku, co według mnie jest po prostu czasem na obserwację rynku. Z tych względów rozumiem problem
wydawców, ale nie wierzę w ich jedność we wspólnym wprowadzaniu opłat za treści. To przyzwyczajenie, o którym wspominasz jest bardzo ważne. Wprowadzenie opłat może zaowocować negatywnym postrzeganiem marki, nie
tylko w Internecie. Czytelnik, który przez lata miał wszystkie treści za darmo zdążył zrozumieć już swoją rolę jako odbiorcy reklam we wszystkich postaciach (bannery, pop-upy itp). Jeżeli nagle będzie musiał za to płacić, poczuje się oszukany.

Kto w Polsce ma Twoim zdaniem szansę zacząć zarabiać na płatnych treściach w Internecie? Będzie to któraś z obecnych redakcji? A może po prostu wystarczy wskoczyć w niszę np. testów komputerowych, o czym pisał niedawno Paweł Wimmer?

- Śladem doświadczeń z USA - z obecnych redakcji widzę tutaj szansę dla "Pulsu Biznesu" czy "Gazety Prawnej" (w obecnym kształcie, ponieważ nie wiem czego się spodziewać po połączeniu jej z "Dziennikiem"). Oba tytuły serwują czytelnikom content typu premium, z jednej strony newsowy, z drugiej poszerzony o komentarz specjalisty i analizę. Podobnie "Rzeczpospolita" i jej kolorowe strony. Wszystko jest kwestią odpowiedniego modelu biznesowego. Po wprowadzeniu opłat, z pewnością wielu czytelników zrezygnuje z kontaktu z danym tytułem. Pytanie, jak silna jest grupa czytelników, którzy byliby gotowi zapłacić za informację z danej gazety. Co do przykładowej niszy testów komputerowych - uważam, że zagospodarowując niszę trzeba myśleć dwutargetowo: o czytelnikach i reklamodawcach. Dla czytelników ten temat może być bardzo pożądany, ale tak samo pożądane będą obiektywność i przejrzystość tej oceny. Teraz pytanie, czy taki serwis umieszczający np. reklamę komputerów DELL będzie w stanie obiektywnie przetestować i ocenić tę markę? Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę budując model biznesowy online. Można też przyjąć model brytyjskiego magazynu poradnikowego "Which?" który pobiera opłaty za content, ale jest wolny od reklam.

Przybliż proszę na koniec czytelnikom bloga, jak wygląda aktualnie sytuacja w USA, jeżeli chodzi o wprowadzanie przez redakcje gazet płatnych treści. W końcu są pionierami w tej dziedzinie. Ktoś już na nich zarabia? Jakie są reakcje czytelników?

- Wspomniałem już o tym, ale zawsze będę wracał do modeli dzienników "Wall Street Journal" i "Financial Times" oraz tygodnika "Economist". Są to tytuły, które od początku swego istnienia w sieci pobierają opłaty za możliwość korzystania ze swoich zasobów. Dzięki temu, nie mają problemu, że czytelnik może się obrazić nagłą zmianą strategii. Najpopularniejsza amerykańska witryna internetowa związana z gazetą - nytimes.com, czyli strona "New York Times" eksperymentowała dwa lata temu z opłatami. Efektem był tak duży odpływ czytelników, że wydawca szybko wycofał się z tego pomysłu.
"Valley Morning Star" to lokalny dziennik ukazujący się w Teksasie, który niedawno postanowił pobierać opłaty za swoje treści w Internecie. Do tego ruchu gazeta zmuszona została przez gwałtowny spadek sprzedaży wydania papierowego i odpływ prenumeratorów. Za wcześnie jest mówić o rynkowym efekcie tego ruchu, prawda jest jednak taka, że lokalne treści zostały postrzeżone jako niszowe i trudne do znalezienia gdzie indziej - to w mojej opinii tłumaczy decyzję wydawcy.
Słyszy się także o planowanej wspólnej platformie wydawniczej dla gazet, które szukają możliwości monetyzowania treści online. Platforma Journalism Online ma już podobno ponad 500 zwolenników, w tym ok. 170 wydawców  gazet codziennych. Platforma ta ma pomóc w pobieraniu opłat poprzez kilka modeli, w świetle których czytelnik ma mieć możliwość zapłacenia za pojedynczy tekst lub czasowy dostęp do treści. Przychody miałyby być dzielone ze względu na źródło pochodzenia danej treści. W jedności jednak siła, jeżeli znajdzie się kilku dużych graczy, którym pomysł wspólnej platformy nie przypadnie do gustu, plan ten spali na panewce. Żyjemy w bardzo interesujących czasach, które na bieżąco
wpływają na kształt przyszłych gazet.

środa, 29 lipca 2009

Paweł Wimmer opublikował dzisiaj na swoim blogu "Poradnik internauty" ciekawy wpis na temat zmian zachodzących w specjalistycznej prasie IT. Na wstępie przypomniał, jak wyglądały i działały tego typu redakcje na przestrzeni ostatnich 19 lat. Co ciekawe, mimo zmian spowodowanych znacznie szybszym obecnie przepływem informacji w sieci, większość redakcyjnych działów newsowych, jak zauważył Paweł, działa na tych samych zasadach. Podawane przez nich informacje często od dawna krążą po sieci, zaś sekcje z obszernymi analizami i testami wcale nie zyskują na objętości. Jak nakazywała by logika - istotą istnienia tego typu periodyków powinny być właśnie rozbudowane artykuły, które zresztą na papierze czyta się znacznie wygodniej niż w Internecie.

Z drugiej strony autor twierdzi, że mimo spadających nakładów, coraz mniejszych wpływów z reklam i zwolnień w samych redakcjach pism komputerowych, niespecjalnie atakują one przestrzeń sieci. Zdaniem Pawła jest to spowodowane tradycją, przyzwyczajeniem do budowy przez lata solidnej, "papierowej" marki, która znacznie przewyższa poziomem rozmaite "publikatory" internetowe.

Jest w tym sporo racji. Sam przez lata byłem czytelnikiem znakomitego miesięcznika Świat Gier Komputerowych (od 1997 roku, ale wiem, że po Ziemi chodzą dinozaury czytające go od początku, łącznie z Bajtkiem, Secret Service etc). Poziom tekstów - recenzji, ale i działów tematycznych (pamięta ktoś "Kantynę", czy "Świat według ManJAka"?) był bardzo wysoki. Lektura ŚGK pozwoliła wielu młodym czytelnikom wykształcić uporządkowany styl pisania, który jednak znacznie różni się od dzisiejszych gigantów Internetu w temacie gier. Lubię czytać Polygamię, gdzie język jest zupełnie inny - szybszy, bardziej lakoniczny. Teksty różnią się od tych publikowanych w ŚGK diametralnie, ale wcale nie są gorsze - po prostu do sieci pisze się inaczej, niż do papieru. I może to jest największą przeszkodą dla dziennikarzy tradycyjnych pism branży IT?

Sieć wymusza interakcję z czytelnikiem. Każdy artykuł jest komentowany, czego w przypadku papierowych magazynów nie było. Autorzy muszą na bieżąco śledzić płynący od komentatorów feedback, bo zwykła publikacja i pozostawienie tekstu samemu sobie mija się tutaj z celem. Dużo mówi się o tym, że doświadczeni dziennikarze tradycyjnych mediów nie za bardzo rozumieją specyfikę mediów społecznych i dlatego opierają się zmianom. Ale Paweł Wimmer ma rację - te zmiany będą musiały nastąpić. Pytanie - kto zrobi to pierwszy i wskoczy w tę sieciową próżnię wypełniając ją materiałami na wysokim poziomie?

Powstające w sieci od podstaw profesjonalne redakcje z pewnością będą miały przewagę nad buzującymi, rozproszonymi treściami płynącymi od blogerów. Głównie jeśli chodzi o dostęp do wiedzy i sprzętu. To podstawowa różnica. Na blogi, czy portale, trafiają teksty z reguły krótsze, gdzie często opinia autora odgrywa kluczową rolę. Blog ze swej natury wymusza krótszą i znacznie szybszą formę publikacji. Dogłębne analizy wymagają jednak czasu i testów. W grę wchodzi także profesjonalna korekta i pewien standard publikacji (style guide) niezbędny w profesjonalnych redakcjach internetowych, a także wewnętrzny, informatyczny system zarządzania informacjami krążącymi po zinstytucjonalizowanej redakcji (teksty, zdjęcia). Taki dziennikarz publikujący w Internecie powinien mieć rzecz jasna wiedzę na temat tego, co to jest tag, ale nie może jednocześnie ogarniać całego procesu publikacji - od postawienia ostatniej kropki w tekście, do wrzucenia linka do materiału na Twitterze, czy Blipie. To wszystko muszą być naczynia połączone, bo publikowaniem tekstów w profesjonalnej, internetowej redakcji, nie zajmie się przecież student na pół etatu, który będzie "wrzucał newsy na stronkę".

Moim zdaniem tak przygotowane do pracy redakcje mogą swobodnie zacząć walczyć o czytelnika w sieci, a także spróbować zarabiać na najbardziej rozbudowanych, analitycznych, płatne tekstach.

niedziela, 19 lipca 2009
"Czasami mały może więcej". Jako, że jest weekend, chciałbym wspomnieć o pewnym wydarzeniu sprzed kilku dni, które było dla mnie ciekawym doświadczeniem i wiąże się oczywiście z tematyką mediów. Pod miejscowością w której mieszkam miał miejsce groźny wypadek (zderzenie busa z autobusem). Jak zwykle w takim momencie na miejscu pojawili się przypadkowi świadkowie, jak również jeden z reporterów malutkiego, lokalnego dwutygodnika, którego redaktorem naczelnym miałem przyjemność być przez jakiś czas. Stworzyłem wówczas w ciągu kilku minut prostą stronę, a raczej blog dwutygodnika, oparty na Wordpress. Potem nie był on uzupełniany, gdyż gazeta miała spory zastój. Znajomy reporter zrobił jednak zdjęcia na miejscu wspomnianej kraksy, a następnie zamieścił wraz z krótkim opisem zdarzenia na stronie i zgłosił całość na platformę Kontakt TVN24.

W efekcie, podczas relacji z miejsca wypadku, największa telewizja informacyjna w Polsce posiłkowała się informacjami i zdjęciami z prostego blogu, podając jego pełen adres internetowy w rogu ekranu (co zaznaczono w zgłoszeniu, nie jest więc też tak, że złe "duże media" ignorują anonimowy Internet). To wielka nobilitacja dla małego, tworzonego głównie przez młodych hobbystów medium, działającego na lokalnym rynku, gdzie istnieją dwie telewizje kablowe oraz kilka dużych, pełnoprawnych tytułów prasowych, takich jak Gazeta Wyborcza Radom, czy Echo Dnia. Te, jeżeli podały informację o wypadku, to przetrawioną, grubo po północy, albo na drugi dzień. Ale na ten najważniejszy moment to właśnie mały, redakcyjny blog okazał się najszybszym i najcenniejszym źródłem.

Bo czasami mały może więcej.

środa, 03 czerwca 2009
Przeczytałem parę dni temu w "Gazecie Wyborczej", że sprzedaż gazet jednak rośnie. Jest to jakaś nowość po kolejno pojawiających się wcześniej doniesieniach o ich rychłym upadku. Co prawda prasę napędza głównie Azja i Ameryka Południowa, ale wzrost jest widoczny i przychody z reklam również. Może więc cała krucjata przeciwko agregatorom treści, portalom żerującym na tradycyjnych mediach i powodującym ich upadek była przedwczesna? Być może warto się zastanowić, w którą stronę tak naprawdę zmierza współczesne dziennikarstwo?

Do tej pory podział był bardzo jasny: prawdziwe dziennikarstwo uprawia się w wielkich redakcjach prasowych. To tam dziennikarze mają dostęp do wiedzy, kontaktów i dobrego warsztatu pracy. To oni pierwsi śledzą afery, wywołują dyskusje, narzucają "tematy dnia". Dlatego też można ich z ręką na sercu nazwać prawdziwymi dziennikarzami, w przeciwieństwie do zasiadających w redakcjach portali informacyjnych redaktorów. Ci są zmuszeni opracowywać wcześniej przygotowane przez prasę materiały i generalnie ograniczają się do ich skracania, a czasami zwykłego przeklejania. To rzeczywiście może wywoływać oburzenie w szeregach dziennikarzy prasowych, ale tak naprawdę media internetowe w Polsce dopiero raczkują. Jednak kiedy czyta się np. wzorowy serwis Times Online, można sobie mniej więcej wyobrazić, w jakim kierunku zmierzają współczesne media. To przyszłość dziennikarstwa!

Przede wszystkim Internet w Polsce wciąż traktowany jest po macoszemu i to zarówno przez świat polityki, jak i innych dziennikarzy. Do studia na debaty zaprasza się dziennikarzy prasowych, czy radiowych i raczej nikt poważnie nie myśli o redakcjach portali. Internet cały czas jest zabawką służąca bardziej rozrywce, niż wyszukiwaniu informacji. Blogerzy są rozproszeni po wielu blogowiskach i jak pokazały ostatnie wydarzenia, wolą raczej pozostać anonimowi. Inaczej niż w USA, gdzie blogi są w mainstreamie mediów, a ich autorzy uczestniczą w konferencjach prasowych i zadają pytania Barackowi Obamie.

Takie pozostawanie w cieniu z pewnością nie buduje wizerunku "nowych mediów" jako poważnego gracza. Być może jakimś rozwiązaniem jest powołanie do życia czegoś na wzór stowarzyszenia blogerów. Potrzebna jest marka o nazwie "bloger", która będzie konkurować z logo na mikrofonie TVN24, czy winiecie "Gazety Wyborczej", które cały czas są synonimem poważnego dziennikarstwa. Na szczęście media internetowe stopniowo się profesjonalizują. Coraz więcej portali zatrudnia dziennikarzy tworzących autorskie teksty i buduje stricte internetowe redakcje (np. Money.pl). Dlatego granica pomiędzy "prawdziwym dziennikarzem", a tym piszącym w Internecie będzie stopniowo zanikać. Dziennikarstwo, to dziennikarstwo - nieważne, gdzie jest uprawiane, ale jak. Gazeta, telewizja, radio, portal internetowy. Tradycyjne media, politycy i ludzie biznesu oswoją się z Internetem. A przykład Times Online pokazuje, jak świetnie prasa może współgrać z siecią.

Piotr Wrzosiński zauważył niedawno, że skoro Internet jest kolejnym nośnikiem informacji, to nowym mediom, aby stały się w pełni profesjonalne, potrzebna jest równie profesjonalna struktura na wzór tradycyjnych redakcji. Nie chodzi jedynie o dostęp do multimedialnego sprzętu usprawniającego publikację, ale także o chociażby "style guide", czyli zestaw zasad dotyczących konstrukcji tekstu, wyglądu publikowanych dokumentów, typografii. To wszystko musi być jednolite, profesjonalnie złożone i skalowalne, tak aby możliwy był bezproblemowy dostęp do treści z poziomu chociażby nowoczesnych czytników. Poza tym ważna jest korekta, a dziennikarze internetowi często sami publikują materiały, które nie miałyby szans na publikację np. w gazecie.

To są niuanse, decydujące jednak o tym, na ile poważnie można traktować dane medium internetowe. Dlatego tego typu redakcjom potrzebni są profesjonalni wydawcy. Wówczas staną się one pełnoprawnym uczestnikiem rynku, zaś "stare wygi" dziennikarstwa prasowego przestaną się ich bać. A być może zechcą nawet się w nich zatrudnić?
niedziela, 26 października 2008
Kilka dni temu Engadget Polska, za Technology Evangelist opublikował artykuł-listę umiejętności jakie należy posiadać, aby zostać dziennikarzem w 2008 roku. Bariera wejścia jest dzisiaj oczywiście dużo niższa niż kiedyś.

Nie trzeba być członkiem wielkiej redakcji wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt. Wystarczy domowy PC, laptop, a coraz częściej nawet komórka oraz pewien zasób wiedzy na temat wykorzystania narzędzi dostępnych w internecie. Niewielkim nakładem finansowym i czasowym można zorganizować sobie dzisiaj samemu, domową redakcję. Stąd tak prężny rozwój dziennikarstwa obywatelskiego, rosnąca liczba fachowych blogów etc.

Jedyne, za co nie zapłacimy pieniędzmi to lekkie pióro i rzetelność. Wszystko inne załatwimy dzięki cloud computing - chmurze narzędzi internetowych, za pomocą których napiszemy tekst, opublikujemy w sieci zdjęcie, film - a dodatkowo będziemy mieli do tych danych dostęp z każdego komputera, jaki trafi nam w ręce.

Jak wygląda dzisiaj praca nowoczesnego (a co, wszak z RSS korzysta tylko 11% internautów, więc jest to swoista elita! :)) dziennikarza obywatelskiego?

Jest łatwa i przyjemna, dostarcza sporo funu, a przy okazji spełnia moim zdaniem ważną rolę społeczną w postaci zaangażowania w sprawy publiczne. Buduje więzi społeczne i społeczeństwo obywatelskie. Czego zatem konkretnie potrzeba, aby zacząć? Opierając się miejscami na liście Technology Evangelist postanowiłem poprzeć własnym doświadczeniem osobiste zestawienie umiejętności i niezbędnych narzędzi. Z góry przepraszam bardziej zaawansowanych dziennikarzy i blogerów. Są to swoiste podstawy:
  • Pisanie artykułu. Jeszcze nigdy nie było tak łatwe, jak teraz. Dzięki Dokumentom Google z których sam korzystam i polecam, napiszemy artykuł z każdego miejsca na Ziemi. Wystarczy założyć konto w usłudze Google. Zapomnijmy o Wordach, przenoszeniu plików na pendrive'y, wysyłaniu niedokończonych materiałów. Teraz zacząć pisać możemy w domu, kontynuować w pociągu, a skończyć w redakcji, jeśli z jakąś współpracujemy. Wszystko odbywa się online, tekst jest na bieżąco zapisywany, więc nie ma mowy o nagłym skoku napięcia, niespodziewanym restarcie komputera, a następnie biciu głową o ścianę bo-właśnie-skasowało-mi-prawie-skończony-tekst! Oczywiście wielka zaletą dziennikarstwa uprawianego w sieci jest możliwość edycji, uzupełnienia tekstu. Słuchajmy innych i doskonalmy nasze informacje. Kliknięcie przycisku "Publikuj" nie zamyka możliwości wpływania na treść. Sieć tym się różni bowiem od prasy tradycyjnej, że posiada również możliwość wciśnięcia przycisku "Edytuj". Sam nie pamiętam już, kiedy napisałem coś nie korzystając z Dokumentów Google. Oczywiście narzędzie posiada możliwość zapisu dokumentu do formatu Worda, więc w razie co jesteśmy zawsze w domu. Dokumenty Google są zintegrowane z pocztą Gmail, a zatem od razu możemy również wysłać co trzeba.
  • Linki. Sieć jest takim fajnym miejscem, które od swego zarania opiera się na linkach i linkowaniu. Internet czyta się trochę inaczej niż papierowe gazety. Pamiętajmy, żeby jeżeli tylko jest taka możliwość, dać czytelnikowi szansę poszerzenia wiedzy o wydarzeniu, na temat którego piszemy materiał. Jeżeli jest to inicjatywa jakiejś NGO, która przypadkiem posiada własną stronę - linkujmy!
  • Zdjęcia i filmy. Do zdjęć publikowanych w sieci wystarczy najprostszy aparat cyfrowy, a w skrajnych przypadkach, kiedy nie mam takowego pod ręką, nawet aparat w telefonie komórkowym. Liczy się mobilność, a mojo, czyli mobile journalism to trend obowiązujący w największych mediach świata. Zdjęcie musimy opublikować w internecie. Można to zrobić znowu dzięki Google'owej usłudze Picasa, ale moim zdaniem ciekawszy jest Flickr. Załadujemy tam szybko nasze fotografie, a następnie bez problemu podlinkujemy do nich tworząc materiał w innym miejscu w sieci. Analogicznie sprawa wygląda z filmami i serwisem Youtube.
  • Kanały RSS. Dzisiaj posiada je już niemal każdy szanujący się serwis, blog. Niezwykle pomocnym narzędziem do segregacji treści spływających z kanałów RSS jest Czytnik Google. Ciekawym rozwiązaniem jest także polski Cafe News. Dodajemy kanał z interesującej nas strony internetowej klikając na charakterystyczny, pomarańczowy kwadracik który znajdziemy pewnie gdzieś w górnej części jej menu. Kiedy jakaś nowa informacja pojawi się na tej stronie, czytnik RSS poinformuje nas o tym. Korzystając z tego narzędzia oszczędzamy czas - nie "biegamy" po witrynach w poszukiwaniu interesujących nas treści gorączkowo sprawdzając, czy pojawiły się jakieś newsy. Jednym słowem - wszystko pod kontrolą
  • Warto również założyć mikrobloga. Np. na Twitterze lub polskim Blipie. Dzięki nim możemy publikować szybkie, krótkie, jedno-dwu zdaniowe informacje. Czasami nie mamy możliwości, czasu lub okoliczności nie sprzyjają pisaniu dłuższego tekstu. Na przykład kiedy jesteśmy świadkami wypadku drogowego. Wówczas wystarczy, że zrobimy zdjęcie telefonem komórkowym, napiszemy krótką informację i opublikujemy za pomocą SMS na naszym mikroblogu. Możemy potraktować to jak nasz "czerwony pasek" na którym zamieszczamy breaking news'y (ostatnio podczas orkanu Emma który hulał po Polsce użytkownicy Blipa informowali "gdzie" i "jak" wieje, podobnie jak wcześniej Amerykanie relacjonowali swoje huraganowe przeżycia za pomocą Twittera).
No i najważniejsze:
  • Entuzjazm, zaangażowanie, lekkie pióro, kultura słowa i kultura osobista. Tego już nie nauczy nas Google :) Interesujmy się tym, co się dzieje w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Porzućmy typowo polskie "polityką to ja się w ogóle nie interesuje". Bądźmy zaangażowani w sprawy publiczne, bo zarówno parlament, jak i rady miejskie są przecież lustrzanym odbiciem społeczeństwa. Piszmy składnie, rzetelnie, potwierdzajmy źródła. Dużo czytajmy, ucząc się od najlepszych. Rada osobista - starajmy się nieść dobre wieści. Złymi niech zajmują się inni - i tak jest ich aż nadmiar.
To właściwie wszystko. Jak widać, pisać i blogować każdy może. Tylko od nas zależy, czy nasze materiały będą miały wpływ na mniejszy, czy większy fragment rzeczywistości. Najfajniejsze jest jednak to, że możemy ją opisywać i zmieniać.
poniedziałek, 15 września 2008
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (przyznaję, że nie bardzo wiem czym się ta instytucja zajmuje i po co istnieje; to znaczy mniej więcej tak i mógłbym doczytać w Wiki, ale nie mam za bardzo takiej potrzeby) wymyśliło, że dziennikarzem będzie można być tylko wtedy, kiedy skończy się dziennikarstwo (jako kierunek studiów, minimum licencjat) i odbębni czteroletni staż pracy.

Dziennikarzem zawodowym, rzecz jasna. Bo reszta, to wiadomo - amatorka. Ponoć w Ministerstwie Kultury trwają prace nad zmianą prawa prasowego, w którym ma się znaleźć taki zapis.

SDP twierdzi, że dziennikarz jest zawodem zaufania publicznego. Dlatego należy go zamknąć jak kilka innych. De facto proponuje więc stworzenie kolejnej korporacji, podwyższenie progu wejścia doń i ograniczenie normalnych reguł "rynkowej gry" na giełdzie dziennikarskich głów. Oczywiście w dzisiejszych czasach internetu, blogów i portali obywatelskich, jest to pomysł przed-przedpotopowy i wywołujący wśród internautów zainteresowanych mediami uśmiech politowania (oczywiście szanuję zdanie nielicznych zwolenników "uporządkowania prawa" ;)).

Moim zdaniem jest to postawienie idei dziennikarstwa na głowie, bo uważam, że dobry dziennikarz powinien przede wszystkim mieć lekkie pióro, ciekawość świata i pasję w tym, czym się zajmuje. Dziennikarzem można być przecież zarówno po fizyce i pisać do magazynów naukowych świetne artykuły, jak i po turystyce i pisać świetne reportaże z podróży, a nawet i po AWF - zajmując stołek szefa redakcji sportowej w tej, czy innej gazecie. A co - skoro ciekawie pisze i się zna? Studia to powinien być rozwój zainteresowań, a nie furtka do tej, czy innej korporacji.

Zresztą przed II wojną światową mało który dziennikarz miał wykształcenie dziennikarskie. Polecam świetny wpis na ten temat na blogu Grudeq'a. Przytoczę tylko jeden fragment w całości:

"Spogląda człowiek na przedwojenne życie prasowe. Jakie nazwiska! Jakie polemiki. I tutaj kolejne ciekawe porównanie. Żaden z nich nie ma wykształcenia dziennikarskiego. Są filologami, prawnikami, historykami, wojskowymi, lekarzami. Mój wykładowca od Prawa Prasowego Prof. Jacek Sobczak mawiał tak, że jak rodzice nie wiedzą co z dzieckiem swoim zrobić, albo dziecko nie wiem kim chce być to zostaje dziennikarzem. No bo co to znaczy być dziennikarzem? To znaczy znać się na wszystkim. A kto zna się na wszystkim nie zna się na niczym. Wmawia się studentom dziennikarstwa, że po tych studiach to będą dziennikarzami, a tak właściwie do pracy dziennikarskiej potrzebna jest tylko umiejętność zgrabnego pisania, pewnej ciekawości a przede wszystkim jakaś pasja, pasja życia i znajomości świata. Którą nabyć można na każdym kierunku studiów albo po prostu żyjąc tu i teraz. A tak mamy dziennikarzy przekonanych, że znają się na prawie, na ekonomii, na gospodarce, na historii. I wmów im, że jest inaczej."

Przecież w małych miasteczkach toczy się normalne, dziennikarskie życie animowane przez lokalnych "zajawkowiczów". Pomijając lokalne dodatki do "dużych gazet", wychodzą periodyki wydawane przez filantropów, przedsiębiorców drukujących takie tytuły za własne pieniądze. A kto tam niby pisze - zawodowi dziennikarze? Lekarz pisze, prawnik, nauczycielka, student. Mało tego - często taka gazetka jest jedynym tytułem prasowym tworzonym przez mieszkańców i poruszającym ich realne problemy.

Oczywiście nie wspominam nawet o lokalnych portalach, oraz o blogach, serwisach, dziennikarzach obywatelskich...

Odnoszę wrażenie, że SDP żyje w swoim świecie i nie bardzo orientuje się w zmianach jakie zachodzą w światowych mediach. Prawo prasowe trzeba zmienić, bo to które obowiązuje teraz, to jakiś koszmarek pozostały z czasów słusznie minionych. Ale po co zamieniać siekierkę na kijek? Nie wiem. Poza tym nie mam jakoś dziwnie zaufania do tych wszystkich stowarzyszeń - SDP-ów, ZAIKS-ów i tak dalej. Idźcież w końcu wszyscy krok do przodu :).
czwartek, 03 kwietnia 2008
Przeprowadzając kiedyś rozmowę z reporterem "Gazety Wyborczej" Mariuszem Szczygłem zapytałem go o przyszłość i sens dziennikarstwa obywatelskiego. Stwierdził wówczas, że jest fanem tej formy dziennikarstwa, oraz że wszelkie inicjatywy dziennikarskie tworzone poza wielkimi koncernami są bardzo cenne. Wspomniał wówczas także o konieczności stosowania się przez dziennikarzy obywatelskich do trzech zasad. Są to:

1. Pierwsza - nie nudzić.
2. Druga - nie krzywdzić.
3. Trzecia - nie kłamać.

Przyznacie, że to dosyć prosta klasyfikacja. Ale w stosowaniu się do tych trzech zasad zamyka się właściwie dobre dziennikarstwo obywatelskie. Jeżeli ktoś zamierza jakkolwiek informować o czymkolwiek i gdziekolwiek (na portalu dziennikarstwa obywatelskiego, na blogu, w innym lokalnym medium), powinien je sobie od razu na wstępie wziąć do serca.

Wiem, że teraz zaczynam pracować na miano mądrzącego się buca o ambicjach bycia guru, ale pozwólcie, że odniosę się do tych trzech rad i opiszę krótko jak ja je rozumiem ;-).

Na początek - nie nudzić. Cóż, nawet najlepszy news można "położyć" jeśli nie zaprezentuje się go odpowiednio ciekawie. Własny styl dziennikarza obywatelskiego jest moim zdaniem równie ważny jak znajomość zasad ortografii. Dziennikarstwo obywatelskie jest specyficzną formą informowania. Dziennikarz obywatelski nie jest poważnym panem w garniturze i z mikrofonem stacji, który pojawia się "w okienku" o ustalonej godzinie. Jeżeli nie piszemy akurat relacji z wypadku, warto wprowadzić do tekstu trochę luzu. Informacje "obywatelskich" zamieszczane w sieci czytają głównie inni internauci. Których całkiem spora ilość również może być "obywatelskimi". Nutka ironii czy nienachalne i raczej lekkie mrugnięcie okiem do czytelnika jest nawet wskazane. Mamy się przede wszystkim szybko i sprawnie informować, a nie ścigać, kto lepiej będzie udawał profesjonalnego redaktora. Dobrym przykładem może być tutaj taka jak ta relacja z branżowej imprezy. Oczywiście jak w życiu - nie przesadzajmy.

Po drugie - nie krzywdzić. Nie ma większego obciachu dla dziennikarza obywatelskiego, jak wylewanie żali czy wyrównywanie swoich osobistych rachunków za pośrednictwem newsa czy artykułu. Co z tego, że nie lubimy dyrektora naszej byłej podstawówki? Prawdopodobnie pożar w szkole miał miejsce nie z jego winy. Nie musimy od razu wyrzucać w tekście, że "nie dopilnował", że "odpowiada za" etc. Podobnie jeżeli relacjonujemy paradę równości, lub paradę normalności to - bez względu na poglądy w tę czy inną stronę - komentarze zostawmy na później i wyrzućmy je z siebie np. na osobistym blogu. Największym grzechem jest bowiem wartościowanie w tekście, który powinien być czystym newsem. Tej czystości informacyjnej powinien się trzymać dobry dziennikarz obywatelski. Poza tym wartościowanie często prowadzić może do tabloidyzacji newsa.

Z tym wiąże się trzecia, ostatnia zasada - nie kłamać. Nie chodzi tu tylko o pokusę pospolitego "bujania" w tekście. Informację należy przede wszystkim potwierdzić w możliwie największej liczbie źródeł. Dziennikarz obywatelski nie może sobie pozwolić na niesprawdzone informacje. W internecie nie ma możliwości napisania sprostowania. Weryfikatorami są na bieżąco czytelnicy. Jeżeli raz okaże się, że pisaliśmy bzdury, łatka mitomana pozostaje zazwyczaj na długo. Jest też niemal pewne, że przy najbliższym potknięciu zostanie nam wyrzucone poprzednie.

A wszystkie trzy zasady razem wzięte można by zamknąć jednym cytatem z Ryszarda Kapuścińskiego - "Każdy dziennikarz powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem".