Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

internet

wtorek, 29 września 2009

12 września minęła w Polsce dokładnie dwudziesta rocznica ukonstytuowania się pierwszego po II Wojnie Światowej, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego. Z tej okazji w internecie wystartował specjalny plebiscyt pod nazwą "20latRP.pl - Pochwalmy się!". Jego celem jest wybór regionalnych sukcesów, jakimi może poszczycić się wolna od 1989 roku Rzeczpospolita Polska, a także propagowanie pozytywnego myślenia i walka z postawą spod znaku "nic nam się nie udaje". Akcja potrwa do końca października i zostanie podsumowana tuż przed Świętem Niepodległości. Organizatorem jest Europejskie Centrum Solidarności, a honorowy patronat nad wydarzeniem objęli m.in. Lech Wałęsa, Andrzej Wajda i ks. kardynał Stanisław Dziwisz.

Autorzy plebiscytu są zdania, że ostatnie 20 lat budowania niepodległej ojczyzny, jest naszym wspólnym sukcesem. Sukcesem wszystkich Polaków. Podkreślają, że to polskim elitom politycznym udało się doprowadzić do bezprecedensowych w bloku wschodnim czerwcowych wyborów i w efekcie zaprzysiężenia Tadeusza Mazowieckiego na premiera. To wydarzenie rozpoczęło cykl niekiedy bolesnych, ale potrzebnych reform. Dzięki nim, wszyscy Polacy mogli rozpocząć nowe życie we w pełni demokratycznym, samorządnym kraju i budować swoje małe, lokalne sukcesy. To właśnie im poświęcony jest plebiscyt 20latRP.pl.

Sukcesy Polski to bowiem nie tylko akcesja do NATO, Unii Europejskiej, a w niedalekiej przyszłości przyjęcie wspólnej waluty i organizacja piłkarskiego Euro2012. To także wiele korzystnych zmian w lokalnych społecznościach miast, miasteczek, wsi, a także, co najważniejsze - naszych rodzin. Plebiscyt ma być właśnie swoistym "albumem ze zdjęciami" naszych sukcesów, podsumowującym dorobek ostatniego dwudziestolecia. Towarzyszy mu również książka Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetko p.t. "Nasza Historia/20latRP.pl", opisująca najważniejsze tematy, jakimi żyli w tym czasie Polacy - od lustracji, przez sukcesy i porażki sportowe, po stan polskiej kultury. Najważniejszym celem akcji jest jednak wykorzystanie dzisiejszej rocznicy do pochwalenia się polskimi sukcesami.

"20latRP.pl - Pochwalmy się!" to projekt w pełni multimedialny, dziejący się głównie w internecie. Sporządzony spis "regionalnych skarbów Polski" zostanie wykorzystany również do promocji naszego kraju podczas wystawy EXPO-2010 w Szanghaju. Plebiscyt podzielono na osiemnaście kategorii odpowiadających najróżniejszym dziedzinom życia, takim jak kultura, sport, rozrywka. Nie zapomniano także o ciekawych ludziach. Nominacji dokonają samorządy wojewódzkie, prezydenci miast oraz dziennikarze i eksperci. Następnie internauci będą mogli głosować na wyselekcjonowane dla każdego województwa "50 skarbów Regionu". Te, które zbiorą najwięcej głosów, trafią na stronę PolskieSkarby.org, która będzie kontynuacją projektu w 2010 roku i podczas kolejnych imprez promujących Polskę (przygotowana zostanie również anglojęzyczna wersja strony).

Internauci dokonają wyboru w trzech kategoriach - Człowiek, Otoczenie i Dzieło. W plebiscycie będzie więc można wskazać zarówno osoby, które wyznaczały i wyznaczają wysokie standardy zawodowe i etyczne, są inspiracją dla innych, czy stały się prawdziwymi bohaterami regionów, jak również budynki użyteczności publicznej, inwestycje które zmieniły życie mieszkańców poszczególnych gmin, tradycyjne zabytki albo lokalne wydarzenia i zjawiska kulturalne. Z pewnością plebiscyt jest znakomitą okazją do promocji dla samorządów i regionów Polski lokalnej, jak i pochwalenia się przez jej mieszkańców swoim dorobkiem. Nie warto zmarnować tej szansy.

Serwis mojeopinie.pl został jednym z patronów medialnych akcji.

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

W sobotę obchodziliśmy 65. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Abstrahując od różnych ocen tego historyczno-politycznego wydarzenia trzeba przyznać, że 1 sierpnia jest jedną z najlepiej marketingowo "opakowanych" dat w polskim kalendarzu. Od kilku lat temat Powstania wreszcie jest należycie eksploatowany, z korzyścią dla nas wszystkich. Muzeum Powstania Warszawskiego to chyba najciekawsza obecnie tego typu placówka w Polsce, w której zaprezentowano szereg multimedialnych nowinek dla zwiedzających. Norman Davies napisał znakomite "Powstanie 44". Organizowane są koncerty.

Do obchodów kolejnej rocznicy zaprzęgnięto także Internet. Przede wszystkim w sieci pod adresem 1944.pl działa bardzo dobra strona Muzeum Powstania Warszawskiego. Poza standardowymi informacjami o instytucji i galerią archiwalnych zdjęć, działa ciekawy dział Wirtualna Historia gdzie można znaleźć uszeregowane fakty i terminy związane z Powstaniem. Poza opisami kolejnych akcji militarnych do dyspozycji czytelnika są także informacje o życiu codziennym obywateli walczącej Warszawy, gdzie poruszono m.in. kwestię aprowizacji, czy działalności Straży Pożarnej. Jest także sklep internetowy, gdzie do nabycia są książki i płyty związane z Powstaniem (m.in. znakomita, głośna, rockowa kompilacja "Gajcy"). Wreszcie na stronie możemy wejść do Wirtualnego Muzeum. Jest to najciekawsza część witryny, a za jej pośrednictwem możliwe jest wirtualne zwiedzenie najważniejszych punktów ekspozycji dostępnych w Muzeum. Jest tutaj wszystko, czego wirtualny zwiedzający potrzebuje - eksponaty 3D, filmy, zdjęcia, mapy, dokumenty. Z pewnością strona Muzeum Powstania Warszawskiego zasługuje na uwagę.

Placówka jest także obecna w serwisie mikroblogowym Blip, gdzie na bieżąco informuje o wydarzeniach związanych z obchodami rocznicy Powstania oraz własną działalnością.

Innym internetowym projektem jest inicjatywa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Pod adresem 1944.uke.gov.pl znajduje się strona poświęcona łączności w Powstaniu Warszawskim. Jest to bardzo ciekawy temat, a witryna przygotowana przez UKE pozwala zapoznać się ze skanami meldunków, depesz, czy wykazów kodów wykorzystywanych w łączności radiowej. W dziale eksponatów wyróżniono łączność kurierską, przewodową i radiową. W Multimediach zaś mamy okazję posłuchać plików radiowych z archiwalnymi nagraniami.

Na koniec warto wspomnieć również o filmie przygotowywanym przez Tomasza Bagińskiego. Powstająca we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego animacja "Hardkor 44" przedstawi tematykę Powstania w zupełnie innych, multimedialnych barwach z domieszką sciencie-fiction. Na razie ze strony projektu można pobrać paczkę z projektami plastycznymi.

Jak widać w Internecie znajduje się spora ilość informacji związanych z Powstaniem i warto usiąść przed monitorem, aby się z nimi zapoznać.

środa, 06 maja 2009
Gazeta Wyborcza przygotowała raport „W sieci piratów” traktujący o piractwie sieciowym w Polsce. Nie da się ukryć, że ostatnio temat stał się bardzo modny, choć przecież jest stary jak świat. Świat gier komputerowych, filmów na DVD i muzyki w formacie mp3, rzecz jasna. Ale to właśnie teraz słyszymy o kolejnych procesach twórców serwisu The Pirate Bay. O rosnącej w siłę szwedzkiej Partii Piratów, która zamierza wystawić kandydatów w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego, aby tam walczyli o wolny obieg kultury w sieci. O ujawniającym organom ścigania dane jednego ze swoich użytkowników serwisie do dzielenia się plikami Rapidshare.

Mało kto jednak moim zdaniem zauważa, że czasy się zmieniają, a obecne prawo jest martwe. Rządy, zamiast iść z duchem czasu i uelastyczniać przepisy, chcą zaś odcinać niesfornych internautów od sieci. Niestety, na dłuższą metę utrzymanie obecnego status quo, w wyniku którego wielkie koncerny i wytwórnie płytowe korzystają ze swojej obwarowanej skostniałymi przepisami pozycji jest nie do obrony.

Pamiętam jak w połowie lat dziewięćdziesiątych nieistniejący już miesięcznik "Świat Gier Komputerowych", którego byłem wiernym czytelnikiem, rozpoczął pierwszą w Polsce antypiracką akcję. To były czasy masowej sprzedaży pirackich gier na bazarach. Nawet niektóre magazyny recenzowały nowe tytuły na podstawie nielegalnych kopii. Po prostu dystrybucja gier w Polsce nie istniała, albo dopiero co zaczynała raczkować. ŚGK tworzył wówczas redakcyjny sklep z grami, apelował do innych magazynów o przyłączenie się do pionierskiej akcji. Spotkał się jednak tylko z milczącą obojętnością. Piractwo to było coś normalnego i walka z nim była jak walka z wiatrakami.

Dzisiaj czasy się zmieniły. Zmienili się konsumenci. Rynek nie jest już pustynią, na której klienci muszą szybko chwytać wszystko, co się rusza, bo w przeciwnym wypadku niewiele dla nich zostanie. Internet nie do poznania zmienił podejście do dóbr kultury. Bardzo modne obecnie jest szermowanie liczbami ściąganych plików mp3 i stawianie znaku równości pomiędzy ściągającym je użytkownikiem sieci, a zwykłym złodziejem. A przecież to właśnie internauci są najbardziej świadomymi nabywcami tych dóbr. Wytwórnie muzyczne, zamiast lamentować nad spadającą sprzedażą płyt, powinny raczej zastanowić się jak przystosować swoje działanie do obecnych czasów i możliwości jakie daje sieć.

Dwoma skrajnymi przypadkami na dowód, że można doskonale "czuć sieć", albo też nadal mentalnie pozostawać w czasach "przedinternetowych" są przykłady podejścia do "piractwa w sieci" zespołów Nine Inch Nails i Metallica. Podczas gdy Ci drudzy, pod dyktando wytwórni prowadzili krucjatę z piratami, odsądzając ich od czci i wiary, nazywając złodziejami i nawołując do natychmiastowego, bezwarunkowego "zalegalizowania" muzyki na jedynie słusznym nośniku, NIN kolejny swój album umieścili po prostu w sieci. NIN nie są rzecz jasna zespołem podziemnym, który publikuje swoją twórczość na MySpace. To wielka kapela, która ma fanów na całym świecie, a w czasach świetności płyty CD sprzedała ich tysiące. Tyle, że muzycy NIN zrozumieli, że czasy się zmieniły. Ich albumy można za darmo ściągnąć ze strony zespołu. Po zapoznaniu się z materiałem, można także zamówić wersję pudełkową w normalnej cenie. Efekt? Fani nagrodzili muzyków za tego typu podejście, kupują płyty na masową skalę, a zespół dodatkowo przyciąga na koncerty masy ludzi. Po co walczyć z wiatrakami? Jest sieć, a NIN wyszli ze słusznego wniosku, że im więcej ludzi ich usłyszy, tym więcej zapłaci za bilety na koncert. Zyskała muzyka. Kto stracił? Wytwórnie. W tym czasie jeden z muzyków Metallici ściągnął swoją własną płytę z sieci Torrent ubolewając, jak łatwa jest to czynność...

I tu jest pies pogrzebany. Sieć znacząco poprawiła dostęp wielu ludzi do kultury. Nie można obrażać się z tego powodu na internautów. Słusznie Jarosław Lipszyc w wywiadzie dla Metra porównał obecny problem "piractwa" do wypożyczania książki z biblioteki. Czy pożyczając płytę albo książkę znajomemu, narażamy go na zarzut piractwa? No właśnie. Podobne możliwości daje sieci. Nikt już nie chce kupować kotów w worku. Wytwórnie powinny więc zacząć pracować nad nowymi kanałami dystrybucji swoich wydawnictw. Bo jak się ostatnio okazało, najwięcej oryginalnej muzyki kupuje nie kto inny, jak ci źli piraci-złodzieje.
środa, 22 kwietnia 2009
Stało się - świat oszalał na punkcie Twittera. No, może nie cały świat, ale miliony internautów na pewno. Liczby nie są jednak w tym wypadku najważniejsze. Twitter niepostrzeżenie stał się modny, jest promowany przez największe gwiazdy. O Twitterze rozpisuje się prasa, dyskutuje się w telewizji. Kiedy w Polsce trwa aktualnie kolejny bzdurny protest użytkowników na Naszej Klasie, niewątpliwie największym społecznościowym graczu na rodzimym, internetowym rynku, świat (USA) właśnie wprowadza ideę mikroblogowania do mainstreamu.

Oto w Stanach dopiero co dobiegł końca pewien bardzo emocjonujący wyścig. Śledziła go połowa internetowego światka, a wstęga linii mety oznaczała w tym wypadku jedno - Twitter stał się jednym z najważniejszych, najbardziej rozwojowych i najpopularniejszych produktów medialnych. W piątek rano okazało się bowiem, kto na Twitterze pierwszy przekroczył magiczną barierę miliona (miliona!) obserwujących go użytkowników. Twitterowemu profilowi stacji CNN rękawice rzucił gwiazdor Hollywood Ashton Kutcher. I wygrał. Sam pojedynek relacjonowała na bieżąco stacja CNN, robiąc wokół Twittera niesamowitą wrzawę. Nie pomogło im to jednak w odrobieniu do Kutcher'a na finiszu straty 1,2 tysięcy użytkowników. Zwycięzca postanowił przekazać 100 tysięcy dolarów dla jednej z organizacji charytatywnych. Milionowy "obserwator" gwiazdora pojawi się zaś w trzeciej części popularnej gry komputerowej The Sims. Jak widać, Twitter coraz odważniej przenika do innych mediów i popkultury.

Zresztą CNN i Ashton Kutcher to nie jedyne gwiazdy na Twitterze. Serwis ciągną w górę także takie persony show-biznesu (i nie tylko) jak Britney Spears, legendarny koszykarz Shaquille O'Neal, niedoszły prezydent Al Gore, obecny prezydent Barack Obama, czy wreszcie gospodyni najpopularniejszego talk-show w USA, Oprah Winfrey. Ta ostatnia znana jest z tego, że każde jej słowo jest niemal święte, a jednym wypowiedzianym zdaniem potrafi wypromować, lub zrównać z ziemią dowolną rzecz, osobę lub ideę. Zresztą do jednego z odcinków swojego programu, wyraźnie zafascynowana Twitterem, zaprosiła jednego z współzałożycieli serwisu, Evan'a Williams'a. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla realnego przecież produktu, za którym stoją jak najbardziej realne pieniądze?

A Twitter nie zasypia gruszek w popiele. Jego wzrost i perspektywy są wprost imponujące. W stosunku do początku roku liczba użytkowników wzrosła aż o 130 procent i jest ich aktualnie - w samych tylko Stanach - 9,3 miliona. Serwis ma już w planach wprowadzenie biznesowych, płatnych kont (tzw. konta "PRO") i chętnych na nie zapewne nie zabraknie. Reklamą na Twitterze zainteresowane są tuzy branży IT - Google i Microsoft. W grę wchodzą miliony dolarów.

Zresztą Twitter już dawno przestał być tylko komunikatorem i mikroblogiem. Coraz częściej słychać głosy o wyszukiwaniu informacji w czasie rzeczywistym, które umożliwia. Liczba użytkowników powoduje, że na każde niemal zapytanie możemy uzyskać informację zwrotną. Potęga społeczności internetowej jest w przypadku Twittera niemal nie do zmierzenia. Nic więc dziwnego, że Google węszy także i w tych rejonach. Dodając do tego funkcje czysto użyteczne m.in. dla mediów (np. sławne już twitterowanie podczas ataku huraganu, które w wersji mini doczekało się w Polsce relacji na Blipie, kiedy nad naszym krajem przetoczył się Orkan Emma). To wszystko powoduje, że Twitter staje się kolejną "wielką rzeczą" nie tylko dla światka sieciowego.

Czy podobna rewolucja ma szanse dotrzeć do Polski? Na razie Twitter nas nie oczarował, ale coraz większą popularność zdobywa jego krajowy odpowiednik, czyli wspomniany Blip. Co prawda ani Kuba Wojewódzki, ani Donald Tusk jeszcze nie blipują, ale w sobotę wystartowała tam za to relacja z wyprawy na Spitsbergen niewidomego alpinisty Pawła Urbańskiego. Pomysł przedni. Tylko czekać, jak media nad Wisłą podchwycą mikroblogi. W końcu wszystko, co wymyślą za wielką wodą, prędzej czy później, w tej, czy innej formie, dociera i do nas.
wtorek, 17 marca 2009
Pomimo całej mody na wieszczenie upadku prasy - po części uzasadnionej spadającymi wynikami sprzedaży - polski rynek opinii jest jednak niezwykle konserwatywny. Ilekroć mowa jest o zmieniającym się świecie mediów, na pierwszym miejscu przywoływane są zazwyczaj opinie, raporty i konkluzje powstałe za wielką wodą. Jako żyjący nad Wisłą Europejczycy lubimy równać do największych. Ale czasami nawet bliższe, francuskie przykłady "problemów z prasą" nijak nie przystają do naszej rzeczywistości.

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w naszym mniemaniu opinią i na jaki temat jest ona formułowana? Sieć jest świetnym miejscem do zajmowania się branżą IT, medialnymi nowinkami, rozrywką elektroniczną, telekomunikacją i wszystkim co związane ze światem szeroko pojętych nowych technologii. To fachowców z tej branż w sieci jest najwięcej. I są zdecydowanie najbardziej opiniotwórczymi jednostkami. Sieć jest ich środowiskiem naturalnym. To w internecie dostęp do technologicznych newsów jest najszybszy. Tutaj toczą się dyskusje, wymiany poglądów, najszybciej publikowane są wyniki rozmaitych testów. Sieć - w przeciwieństwie do papieru - jest niejako z gumy. Świat technologii wymaga sążnistych opisów, wyjaśniania przykładów - także za pomocą dźwięku i obrazu. Tutaj liczą się przede wszystkim maksymalnie wyjaśnione, rozdzielone na najdrobniejsze czynniki pierwsze treści. Z pewnością przykładowe porównanie przeglądarek internetowych ma szansę zostać przeprowadzone znacznie dokładniej właśnie w sieci, niż w ograniczonym ilością stron magazynie. Często też "lekkie pióro" autora interesuje odbiorców zgoła mniej, niż czysta informacja. Taka jest specyfika tego światka. Sieć lubi pisać o sobie - i u siebie. Wydaje się wręcz do tego stworzona. Dlatego też magazyny komputerowe znikają z rynku lub zwalniają pracowników jako pierwsze. Zostawiając „na lodzie” takich fachowców jak Paweł Wimmer, który świetnie radzi sobie jednak w roli blogera. Sam, zaglądając do swojego czytnika RSS zauważyłem ostatnio, że dział "Sieć i technologie" jest tam zdecydowanie najbardziej rozbudowany. Ta dziedzina została więc niemal w całości "odbita" prasie.

No właśnie. Co w takim razie z opiniotwórczą rolą piszących w sieci na inne tematy? Polityka, gospodarka, sport? O ile, jak na każdy inny temat, pisać może o nich każdy, to przynajmniej pierwsze dwie dziedziny wymagają jednak sporego doświadczenia i często naukowej wiedzy. Dopiero wówczas można kogoś uznać za wpływowego i opiniotwórczego komentatora. Bariera wejścia jest w tym wypadku dużo wyższa niż w przypadku fachowców od IT. Oczywiście nikomu nie umniejszając. Jednak Piotr Zaremba na swój autorytet fachowca w dziedzinie polskiej, współczesnej polityki pracował latami, spędzając kawał życia w świecie polityki (lub bezpośrednio obok niego). Bartosz Węglarczyk nie został zatrudniony na stanowisku szefa działu zagranicznego "Gazety Wyborczej" odpowiadając na ogłoszenie o pracę, tak jak to często dzisiaj ma miejsce podczas łowienia narybku do działów "Internet" w rozmaitych portalach towarzyszących prasie (co niestety często-gęsto odbija się na ich poziomie). Są to fachowcy najwyższej próby i raczej ciężko jest ich przeskoczyć. Nawet o kryzysie piszą wszyscy, a jednocześnie najdłużej pochylamy się mimo wszystko nad tekstem Witolda Orłowskiego w "Polityce".

Internet daje wiele możliwości publikacji dla amatorów. Jednak nasz rynek mediów skonstruowany jest w taki sposób, że pewne sfery pozostaną jeszcze długo domeną fachowców z prasy. Wydaje się, że w ogóle prasa jest również najbardziej opiniotwórczym medium w Polsce. Wystarczy zerknąć na pasek TVN24, gdzie treść newsa poprzedza zazwyczaj zakończony dwukropkiem tytuł gazety. Dopiero te opracowane w redakcjach prasowych newsy przetwarzają telewizje, a na końcu portale. To w prasie rodzą się tematy, tygodniami rozpracowywane są afery, które żyją potem w mediach elektronicznych. To prasa posiada najszerszy dostęp do źródeł i największe zespoły zajmujące się konkretna działką. No i posiada autorów, którzy muszą umieć pisać z polotem o sprawach ważnych.

Polska sieć jeszcze długo bazować będzie na opracowaniach przygotowywanych przez prasę papierową. Ciężko też, w przeciwieństwie do świata technologii, znaleźć w internecie autorytety piszące lekko, ale dobrze na wspomniane tematy. Dość powiedzieć, że najlepszy moim zdaniem polski blog o polityce zagranicznej - "Świat Inaczej" - prowadzi Maciej Kuźmicz - dziennikarz, rzecz jasna, prasowy ("Gazeta Wyborcza", "Polityka"). Nawet niekwestionowanym królem (chociaż niektórych jego prawie że poetycki styl drażni - mnie nie) piłkarskiej blogosfery jest przecież Rafał Stec. Czasami bowiem oprócz chęci liczą się także wiedza, źródła i talent szlifowany pod okiem najlepszych. A takie rzeczy na razie dostępne są "tylko w prasie". Dopiero "zejście" jej przedstawicieli na poziom sieci udowadnia, jak wiele dzieli amatorów od dziennikarzy zawodowych. I tylko wówczas, kiedy Ci ostatni zaczną masowo publikować w internecie, będzie można mówić o jego opiniotwórczej roli. Do tego czasu sieć będzie jedynie wielkim agregatorem informacji.
sobota, 22 listopada 2008
Krótka piłka - jest inicjatywa, mająca na celu przetłumaczenie książki "We the media" Dana Gillmora.

Wszystko wyjaśnione jest na tej stronie.

"Głównym celem (...) jest przetłumaczenie na język polski i udostępnienie czytelnikom polskojęzycznym książki Dana Gillmora "We the media". Książka ta ukazuje możliwości, jakie stwarzają nowe rozwiązania komunikacji internetowej dla użytkowników sieci - autor pokazuje w jaki sposób każdy z nas może przeistoczyć się z biernego konsumenta w aktywnego twórcę. Uważamy, że książka jest na tyle interesująca, że przydałaby się jej polskojęzyczna wersja - dlatego powstał ten projekt."

Fajnie, gdyby się udało. Przeczytajcie więcej na podanej stronie i podajcie dalej.
czwartek, 02 października 2008
Co jakiś czas ktoś decyduje się sformułować dosyć smutną tezę, iż wraz z rozwojem internetu miałoby jakoby zanikać czytelnictwo wyczerpujących temat, prawdziwych, naukowych pozycji. Książek, czasopism, gazet. Zamiast uporządkowanej wiedzy, sprawdzonej i przemielonej przez redakcyjne gremia informacji, czy sążnistej analizy czegoś tam, internauci wolą treści krótkie i skondensowane. Fachowe czasopisma upadają, gdyż cała wiedza i informacja spływa w całej swej nieuporządkowanej masie przez czytniki RSS wprost na monitory coraz bardziej uzależnionych od niej czytelników. Informacje podawane na blogach, szybkie newsy, mimo iż wyrywkowe i ledwo ślizgające się po temacie, często wygrywają z rzetelnymi opracowaniami dziennikarzy w prasie tradycyjnej. "Tabloidowa nieco maniera upowszechniania wiedzy", jak nazwał tę prawidłowość Paweł Wimmer zdaje się brać górę.

Skoro jednak pewne informacje można mieć znacznie szybciej i do tego za darmo? Nic dziwnego, że kusi. Przede wszystkim zmienił się sposób jej podawania. Nie jest prawdą, że sieć nie dostarcza uporządkowanej wiedzy. Dostarcza, tyle, że rozproszoną. Istnieje masa fachowych blogów. Rzecz w tym, że rolę redaktora naczelnego przejmuje sam czytelnik. Sami wybieramy, których ekspertów i na jaki temat zdanie mamy zamiar poznać. Mało tego - zebrana w ten sposób wiedza jest pełniejsza, gdyż sieć pozwala na szybkie aktualizacje, uzupełnienia danej kwestii.

Poza tym - czy nie jest odwrotnie? Czy to aby nie czasopisma muszą się ograniczać z powodu swojej stałej objętości? Czy nie muszą maksymalnie skracać informacji w tym celu? Papierowe media nie znają pojęć takich jak edit, czy update. Poza tym, czy ci "prawdziwi dziennikarze" w redakcjach nie korzystają z internetu? I to jeszcze jak! Wyobrażacie sobie działanie średniej nawet redakcji, bez możliwości weryfikacji informacji w sieci? To chyba standard. Inna sprawa, że niekiedy po prostu "nie ma co zbierać". Życie w sieci płynie szybko i równie szybko jest wyjaśniane. Zanim redaktor czasopisma zdąży dobrze rozsiąść się na krześle celem poszukiwania w sieci opinii na temat startu nowego portalu, szybko zorientuje się, że jest już "pozamiatane". Bo w sieci ów portal został zrecenzowany na wszystkie sposoby. Dziękuję, może Pan iść na kawę.

Każdy, kto miał do czynienia ze składaniem gazety lub czasopisma na określony termin wie, że deadline wymusza niekiedy puszczanie do druku totalnych, za przeproszeniem "pierdów". Po prostu musi się znaleźć jakaś zapchajdziura. Bloger (za wyjątkiem "pracowników" blogoidów etc) nie ma tego problemu. Publikuje, kiedy chce.

Owszem, zdarzają się w sieci nieścisłości. Ale czy nie ma słabych książek na półkach księgarń? Internet ma o tyle przewagę nad innymi mediami, że podawana w nim informacja nie jest skończona. To nie jest artykuł raz opublikowany w gazecie i puszczony do kiosków w całej Polsce. Bo to w ogóle nie są artykuły. Jak uważa Jeff Jarvis, w sieci, na blogach publikujemy wpisy, posty - jako całkiem nowy gatunek. Zawierają linki, możliwość szybkiego komentarza, dyskusji z autorem, korekty, uzupełnienia. Tym samym śmieci łatwo jest wyeliminować.

Oczywiście uporządkowana wiedza gazetowa ma swoją wartość. Przede wszystkim np. wielką analizę strategiczną konfliktu w Gruzji lepiej czyta się spokojnie przy biurku lub w fotelu, niż łypiąc przekrwionymi oczyma na monitor. To niewygodne i męczące. Kwestia komfortu. Poza tym są jeszcze zwykłe przyzwyczajenia i chęć pewnego kultywowania codziennego rytuału czytania gazety. To tak samo, jak z MP3 i albumami na CD. Jako fan i słuchacz tego, czy innego wykonawcy, lubię mieć fizycznie jego płytę na półce. Zachwycić się okładką, odpalić nośnik w odtwarzaczu. W każdym z nas jest coś z tradycjonalisty.
niedziela, 31 sierpnia 2008
Blog Day 2008

Wiadomo, dzisiaj Blog Day. Każdy zainteresowany wie o co chodzi, albo może się dowiedzieć odwiedzając stronę całej akcji. Przejdźmy więc do rzeczy. Polecam od siebie następujące blogi:

Buzz Machine - Blog Jeff'a Jarvis'a. O nowych mediach, o dziennikarstwie obywatelskim, o przyszłości informacji. Bardzo ciekawe, analityczne spojrzenie na wiele spraw. Cholernie wciągający w tematykę.

Klocki Lego dla dorosłych - jestem z pokolenia klocków Lego kupowanych jeszcze w Pewexie. Którz z nas nie bawił się Lego? Kawał dzieciństwa. Dopóki nie odwiedziłem tego bloga po raz pierwszy, nie sądziłem, że istnieje tak prężna "scena" tzw. AFOL'i, czyli dorosłych fanów Lego. Cuda ludzie wyczyniają.

Polygamia - chyba najlepiej w tej części Europy poinformowany blog z dziedziny wspaniałej rozrywki, jaką są gry komputerowe. Linkują do niego najwięksi blogowi i nie tylko gracze w tym temacie na świecie. Pogrywasz? Czytaj Polygamię.

USA2008 - blog na czasie. Opisuje kampanię prezydencką w USA. Jeśli kogoś interesuje, jak "robi się" profesjonalną politykę lub po prostu lubi być na bierząco z dobrym serialem telewizyjnym p.t. Kampania prezydencka w USA - polecam. Jest to też po części blog o tym, co Nas czeka w Polsce za jakiś czas. Dobrze wiedzieć i być przygotowanym ;)

Świat Inaczej - "blog o zagranicy - ale dalekiej. Indie, Chiny, Brazylia, Bangladesz, Pakistan, Nepal i inne". Ciekawe spojrzenie na sprawy regionów, które czasami wydaja się nam odległe geograficznie. Ten blog dowodzi, że w dobie globalizacji są nam jednak niezwykle bliskie. Autor zamieszcza od czasu do czasu autorskie filmy, co jest sporym plusem tego bloga.
czwartek, 24 lipca 2008
Czym dokładnie jest Google Knol, który właśnie wystartował, można przeczytać w wielu różnych miejscach, a zatem nie będę się powtarzał. Odsyłam na sąsiednie blogi oraz serwisy. W skrócie - Google Knol to najnowszy element ekspansji "wielkiego G" na kolejne połacie aktywności i życia w sieci. Ma za zadanie zakasować konkurencję - głównie Wikipedię - na polu gromadzenia wiedzy. Wolnej wiedzy - dodajmy.

Jest to więc kolejne narzędzie którym powinni zainteresować się wszyscy tworzący jakieś treści w internecie. Pisałem niedawno o współpracy sieciowych dziennikarzy z czytelnikami oraz innymi dziennikarzami. Ma ona polegać na publikowaniu artykułów, które następnie są rozwijane i poszerzane poprzez feedback płynący od czytelników. Taka informacja żyje, jest dokładniejsza, lepiej "sprawdzona", niekiedy bardziej fachowa.

Google Knol pozwala na pisanie artykułów i ich publikację. Niby nic nowego. Tym, co go jednak odróżnia od Wiki (poza kwestią możliwości umieszczania reklam AdSense obok tekstów - którą pominę) jest przypisanie materiału do autora (Google Knol jest bowiem narzędziem dla użytkowników posiadających swoje konto w Google). A, jak wiemy - każdy tego typu autor, bloger, dziennikarz obywatelski - jest twórcą lub współtwórcą nowych mediów. Stąd już niedaleko do tworzenia zbiorowej, otwartej skarbnicy wiedzy. W Google Knol możemy bowiem określić, czy tworzymy zamknięty materiał, pozwalamy zgłaszać ewentualne poprawki (autor działa wówczas jako moderator), czy też publikujemy całkowicie otwarty tekst. Działamy w grupie, lub piszemy sami. Jesteśmy oceniani (znany system "gwiazdek"). Możemy także zastrzec prawa do artykułu, bądź wybrać i oprzeć go na licencji Creative Commons.

Jesteśmy zatem twórcami autorytatywnych opinii na interesujące nas tematy. Konfrontujemy naszą wiedzę z opiniami czytelników. Dbamy o profesjonalizm treści. I mimo że Google Knol to w założeniu miejsce dla ekspertów dzielących się swoją fachową wiedzą - jak np.ten naukowiec - to przecież można go używać także w nieco "lżejszej" formie, lub po prostu informować, pisać sprawozdania etc.

To wszystko sprawia, że Google Knol staje się kolejną usługą wspierającą wolną kulturę i wolne media. Ponadto jest bardzo łatwy w obsłudze. Pierwsze uruchomienie panelu wywołało u mnie jedno skojarzenie - Wordpress. Gros blogerów jest zatem w domu.

Google Knol to na pewno ciekawa inicjatywa. Przynajmniej mi bardzo się spodobała. Być może w przyszłości Google pokusi się o integrację Knol'a z jednym lub więcej popularnych CMS? Albo stworzy swój (prędzej - w końcu to Google), gdzie grupy internautów będą tworzyć wspólnie pakiety informacji na dany temat, lub całe "własne" serwisy obywatelskie? Hostując zdjęcia w Picasa oraz wykorzystując GoogleMaps? Architektura jest.

Na koniec - nie uważacie, że po zakupie Digg.com przez Google, Knol stanie się niezłym dostarczycielem ciekawych treści dla tego pierwszego? Opcja wygrzebania pewnie prędzej czy później się pojawi.
piątek, 04 kwietnia 2008
Z inicjatywy Marcina Jagodzińskiego, Kuby Filipowskiego
i Bartka Raciborskiego powstała akcja Linkujmy.

Warto ją wesprzeć nie tylko z powodów zawartych z manifeście. Poza wzbogacaniem wpisu, poszerzaniem zakresu wiedzy i ułatwiania życia przeglądarkom czy innych technicznych aspektów tworzenia uporządkowanej, hipertekstowej sieci, linkowanie do źródła jest po prostu uczciwe.

To ważny aspekt szczególnie dla dziennikarzy obywatelskich. Jak wspomniałem w poprzednim wpisie odnosząc się do trzeciej zasady Mariusza Szczygła, sprawdzenie wiarygodności informacji to podstawa. Dodam, że także z powodów prawnych. Kiedy już informujemy, wspominajmy o naszym źródle. A w miarę możliwości jak najwięcej linkujmy.

Przestrzegajmy prawa, twórzmy uporządkowaną sieć i dobre obyczaje.

LINKUJMY! - akcja
hipertextowa