Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

radio i tv

poniedziałek, 11 maja 2009
Niedawno minął kolejny, majowy (tym razem nieco krótszy) weekend. Tegoroczny wywczas miał upłynąć Polakom pod znakiem bojkotu telewizji publicznej. Nawoływali do niej artyści (m.in. Krzysztof Krauze, Agnieszka Holland) którym nie podobają się obecne władze rządzące TVP (głównie bardzo odchylony w prawo prezes Piotr Farfał). W związku z tym inicjatorzy bojkotu poprosili widzów, aby Ci, w dniu 3 maja spróbowali obyć się bez programów nadawanych przez publicznego nadawcę. Wydawało się, że piękna pogoda sprzyja powodzeniu projektu. A jednak...

Polacy znowu nie posłuchali nawoływań inteligencji i szczególnie wieczorem, podczas emisji skądinąd bardzo dobrego serialu duetu Adamczyk-Brutter "Ranczo", masowo zasiedli przed telewizorami. Kolejny odcinek perypetii mieszkańców Wilkowyj oglądało ponownie prawie 8 milionów widzów! A jeszcze nadawano Doręczyciela, "Kochaj albo rzuć", kabareton... Co najciekawsze, mimo bojkotu, w majowy weekend tylko TVP zanotowała procentowy wzrost oglądalności w stosunku do analogicznego okresu czasu w latach poprzednich. Pozostałe stacje widzów straciły.

Krzysztof Krauze dał wyraz swojemu niezadowoleniu z powodu zignorowania bojkotu przez szacowną widownię. Zaznaczył, że środowiska twórcze okazały się jednak bezradne wobec propagandowej machiny TVP. Wyraził też ubolewanie z powodu ciągle „grillowej mentalności” Polaków, którym jest zupełnie obojętne, kto rządzi TVP. Byleby mogli obejrzeć kolejny odcinek swojego ulubionego serialu. Zastanawiające jest tylko, dlaczego ludzie mieliby na zawołanie bojkotować TVP właśnie teraz? Dlaczego nikt nie nawoływał do bojkotu podczas prezesury Roberta Kwiatkowskiego, kiedy w telewizji publicznej działy się prawdziwe cuda wianki? Ja przyznam szczerze, że już dawno pogubiłem się, kto jest prezesem TVP. Wydawało mi się, że przecież jeszcze nie tak dawno prezes Kwiatkowski zeznawał przed komisją Rywina. Potem nastał zdaje się Jan Dworak, który powołał do życia najlepszy obecnie publiczny kanał TVP Kultura (który również w weekend zanotował wzrost oglądalności, z powodu emisji "Pana Tadeusza"). A przecież potem pojawiła się burza wokół prezesury Wildsteina, po którym nie mniejsze emocje budził Urbański, a teraz jest Farfał! Zastanawiam się, czy kogoś nie pominąłem? Jakże ciekawą instytucją musi być TVP. Co za karuzela! I nie ma się co dziwić, że przez lata TVP nie potrafi zaproponować ciekawej oferty na poziomie. Czy przy takiej rotacji jest to w ogóle możliwe?

Nie ma się więc także co dziwić widzom, których kompletnie nie obchodzi, kto obecnie w TVP rządzi. Skoro za chwilę będzie rządził kto inny, po co tracić czas na bezsensowne bojkoty? Moim zdaniem reakcja (a raczej jej brak) widowni była jak najbardziej zdrowa. Niech każdy sam decyduje, co chce oglądać i kiedy. To nie są już czasy wszechmocnej, jedynej na rynku telewizji publicznej. Wtedy taki bojkot miałby pewnie sens i być może niektórzy pamiętają jeszcze tamte lata. Ale dzisiaj? Słusznie w "Magazynie" Dziennika Cezary Michalski napisał, że w dobie kablówek, telewizji cyfrowej - a ja dodam jeszcze - Internetu - bojkot traci sens. W każdej chwili, bez zadęcia wyrażonego w walce o słuszną sprawę możemy zmienić za pomocą pilota kanał - dobrych produkcji przecież nie brakuje. A TVP jest w tej grze telewizją jak każda inna. Nadaje kompletne gnioty, ale i całkiem fajny serial w postaci "Rancza", które masy o mentalności grillowej (w tym ja) oglądają. Nie darowałbym sobie opuszczenia odcinka, nawet jeśli prezesem TVP byłaby Baba Jaga, bo tak naprawdę, co mnie to obchodzi? Dzisiaj program telewizyjny to produkt oferowany na wolnym rynku, którego widz jest konsumentem. Jeżeli produkt jest wartościowy, to go kupuję.

Całe szczęście, że nikt nie nawoływał do weekendowego bojkotu publicznego radia. Słuchając z uwagą drugiego "Polskiego Topu Wszech Czasów" w Trójce, moja mentalność zostałaby pewnie doszczętnie zgrillowana.
niedziela, 14 grudnia 2008
No to się doigrałem. W TVN zakończyła się niedawno pierwsza edycja, skądinąd bardzo dobrze zrealizowanego show "Mam Talent". Sobotni finał był jednak niezwykle skromny. Nawet na ceremonię wręczenia drugiej nagrody niejakiej Klaudii Kulawik zostałem odesłany do...internetu!

Gdzie te czasy pierwszej edycji "Big Brothera"? Finał ciągnął się wtedy niemiłosiernie długo. Prawie do północy trwało podgrzewanie atmosfery przez Pana Grzegorza Miecugowa. Koperty, liczenie głosów, zatkane linie. A kiedy w końcu okazało się, że wygrał pewien strażnik miejski, a dzisiaj poseł na Sejm z ramienia PO - Janusz Dzięcioł, rozmów z rodziną, nim samym, sąsiadami, kolegami z pracy nie było końca. Całość imprezy zakończył pokaz sztucznych ogni i występ gwiazdy estrady.

Ale wtedy nie było internetu.

Odniosłem wrażenie, że tamten weekendowy finał "MT" ledwo się zaczął, a już mogłem bez skrupułów przełączyć się na galę bokserską. Intensywnie, kolorowo i szybko. Doszło nawet do tego, że prowadzący finałową galę Marcin Prokop wespół z Szymonem Hołownią odprawili z kwitkiem liczną widownię czekającą na uhonorowanie skromnej ulubienicy mam i babć wysyłających nań SMS - Klaudii Kulawik. Kazali jej klikać w internecie, bo w TVN pokazano tylko skromne, rodem z "Milionerów" - wręczenie czeku zwycięskiemu duetowi Merkalt Ball.

Czy taka konwergencja (modne słówko) mediów ma sens? Czy ktoś przeprowadził badania ilu widzów rzeczywiście ruszyło się z foteli przed ekrany monitorów? Owszem, ten trend jest nieunikniony. Obserwujemy go na co dzień. A to internetowa "dogrywka" publicystycznego programu "Teraz My". A to "oglądanie już teraz w sieci następnego odcinka serialu, zanim pojawi się w telewizji". Wszystko rozumiem.

Ale moim zdaniem istnieje spora część widowni, która nie jest z takiego obrotu sprawy zadowolona. "Oj, szkoda, że nie pokażą" - taka reakcja, wśród starszej części widowni jest jeszcze całkiem częsta. Bo te internety...

Oczywiście internetowe piony muszą przyciągać widzów. Czasami działania te są jednak pozbawione sensu. Widownie się różnią. Ostatnio przeczytałem bez specjalnego zdziwienia, że emitowany przez ten sam TVN hitowy amerykański serial p.t. "Dexter" nie przypadł Polakom do gustu. Nie przypadł, bo nie mógł. Główne powody to lektor (skutecznie psujący w przypadku tej produkcji całą dramaturgię), przerywanie reklamami kluczowych scen, oraz pora emisji. Agnieszka Holland powiedziała ostatnio w "Dzienniku", że współczesne seriale, jak "The Wire", czy "Dexter" właśnie, to odpowiedniki XIX-wiecznych powieści. A nikt nie lubi, jak mu się przeszkadza w czytaniu szczególnie ciekawego rozdziału.

Kogo miał "Dexter" zainteresować, tego zainteresował. Nie jest tajemnicą, że prawdziwi fani oglądają serial na bieżąco (razem z USA, gdzie emituje go stacja Showtime) po prostu ściągając kolejne odcinki z internetu. Jest to inny, nowy typ widowni. A czasami po prostu coś "nie styka" i wychodzą niepotrzebne kwiatki, jak "zdjęcie" z wizji uhonorowania małej Klaudii.

Ciekawe, jak daleko stacje zamierzają się posuwać w tym kierunku w najbliższym czasie? "Mam Talent" jest świeży, skierowany jednak do młodszych widzów. Czy finałowe tańce w kolejnej (pogubiłem się już której) edycji "Tańca z gwiazdami" też zostaną wyemitowane tylko w sieci?

Obawiam się, że mało kto to będzie oglądał, bo cały czas jesteśmy dosyć konserwatywnymi odbiorcami tego typu show. No, chyba, że w finale zatańczy Dexter.
środa, 26 listopada 2008
Będzie o muzyce. Słucham, interesuję się, nie-mogę-żyć-bez.

Scena muzyki alternatywnej przeniosła się właściwie w całości do internetu i skupiła w znacznej części wokół portalu MySpace. Nie pamiętam, kiedy ostatnio premiera jakiegoś wartościowego tytułu była szeroko komentowana w telewizji. O wszystkim, co interesujące, dowiaduję się z sieci. Druga strona oferuje niewiele.

Jesteśmy świadkami narodzin dwóch światów równoległych. Z jednej strony mamy świat Dody i Feela, świat liderów list sprzedaży. Z drugiej - świat liderów liczby znajomości na portalach społecznościowych typu MySpace. Autentycznych, wydających często swoje płyty własnym sumptem artystów. Z oddanymi rzeszami fanów. W telewizji i największych stacjach radiowych nie ma dla nich miejsca.

I taki podział jest całkiem w porządku. Wszystko w życiu ma swoje miejsce. Poza tym o gustach się nie dyskutuje (podobno, w przypadku gustów większości Polaków sprawa jest do dyskusji jak najbardziej - ale to tylko moje zdanie ;)).

Mnie ciekawi jednak linia podziału dzieląca te dwie strony barykady. Wydaje się, że przesuwając się w stronę mainstreamu, połyka ona coraz większe połacie terytorium zarezerwowanego do tej pory dla tzw. artystów z pierwszych stron gazet. Coraz częściej prezentowana przez masę tych ostatnich oferta nie wystarcza. Jeśli zespół, parafrazując słowa posłanki Kruk mówi - umiemy coś tam, coś tam - to jest to zdecydowanie za mało dla przeciętnego słuchacza. MySpace, mimo swojego pięknego, stylistycznego, acz ciągle bałaganu, potrafi jednak poszerzać muzyczne gusta.

Jestem fanem nowych brzmień. Pamiętam, jak pierwszy raz wszedłem na wspomniany wyżej portal. Ściślej rzecz ujmując, była to strona jakiegoś zagranicznego artysty. Kiedy zobaczyłem setki jego znajomości, kolejnych, podobnych wykonawców, pomyślałem - to jest to!

Potem był Last.fm i historia właściwie się powtórzyła. Chyba żaden fan alternatywnych brzmień nie wyobraża sobie dzisiaj życia bez tego portalu. A przecież jeszcze nie tak dawno o rockowych nowościach informował w VIVIE Polskiej niejaki Wit Dziki. Zawsze w piątki o godzinie 22. Czego dzisiaj mogę się tam dowiedzieć o tej porze? Chyba tylko tego, jak przedstawia się procentowa szansa na udany związek pomiędzy parą o imionach Zusia i Franek. Zamiast Last.fm-owego gustometru, działa tam bowiem coś podobnego, ale raczej mało związanego ze sferą muzyczną. Nazywa się to kochlik, czy jakoś tak. To chyba znak czasów.

Nie wylewam żalów. Chociaż Paktofoniki na VIVIE brakuje. No ale jest internet. Tutaj dopiero się dzieje! Kiedy wielkie wytwórnie muzyczne mówią debiutantowi - spadaj, nie pasujesz do naszego wyobrażenia gwiazdy, nie zarobimy na tobie! - ten idzie do internetu. Po czym rejestruje się na MySpace i ordynarnie umieszcza tam swoje kawałki, które odsłuchują miliony. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że prędzej czy później zyskuje taką popularność, że i tak wydaje krążek w jakiejś niezależnej wytwórni. Tak było w przypadku Czesława Mozila, znanego pod pseudonimem Czesław Śpiewa. Inny artysta - niejaki Dizky - raper, jeden z pierwszych polskich artystów na MySpace wyznał kiedyś w wywiadzie dla portalu Wersalka, że skoro tworzy muzykę dla swoistej zajawki, to będzie komunikował się ze słuchaczami tylko za pomocą MySpace.

A Julia Marcell? Ta jazzowa wokalistka nie tylko wypromowała się w sieci, ale za jej pomocą zdołała zebrać wśród fanów fundusze na wydanie albumu! Teraz gra koncerty w całej Europie. Dla wytwórni muzycznych grała podobno zbyt ambitnie.

Ktoś powie - czas wytwórni mija. A moim zdaniem on dopiero się zaczyna! Wcale nie jesteśmy skazani na bezduszne MP3. Skoro sieć potrafi wygenerować tak duże pieniądze i ciągle się rozwija, dociera do coraz większej ilości odbiorców, to i liczba niezależnych artystów będzie rosła. Z pominięciem wielkich koncernów muzycznych, rzecz jasna.

A co z drugą stroną? Cóż, "nie myl kultury z blichtrem", jak to ktoś mądry powiedział. Niektórym blichtr wystarczy. Takie uroki młodego wieku, który zdaje się jest obecnie targetem większości stacji muzycznych Z mojej strony - na zdrowie. Przeżyją. Jeżeli nie nastąpi jakieś niespodziewane odwrócenie biegunów, masowe opamiętanie, kolejny kryzys nie zniszczy wielkich wytwórni, stacji radiowych i telewizyjnych, to słuchacze się znajdą.

W końcu Zuzia i Franek dopiero dorastają.
poniedziałek, 05 maja 2008
Witam po nieco dłuższej przerwie spowodowanej wiosennym ładowaniem akumulatorów, cokolwiek to znaczy. Mam nadzieję, że dzięki takiemu odpoczynkowi nie zmęczę za szybko materiału, a kiedy uznam, że jednak tak się dzieje, powtórzę eksperyment :).

Miałem napisać o nowym programie TVN24 zaraz po jego starcie, ale w sumie dobrze się stało, że zaczekałem na rozwój "Publicznej.tv". W ostatnią niedzielę mieliśmy okazję oglądać trzeci już odcinek tego pionierskiego w polskich warunkach przedsięwzięcia. Przyznam szczerze, że czytając pierwsze zapowiedzi "Publicznej.tv" miałem wrażenie, że będzie to "Szkło Kontaktowe" któremu zrobiono update i dodano możliwość pokazania na wizji twarzy rozmówcy za pośrednictwem kamery internetowej i połączenia przez Skype'a. Miło się rozczarowałem. Program nie porzuca jednak lekkiego stylu. Duża w tym zasługa prowadzącego Macieja Mazura, który fajnie odnajduje się w roli moderatora dyskusji. Dziennikarz ten zresztą dał się poznać jako wcale dobry i ciekawie piszący bloger, więc znakomicie czuje się w tej formule kontaktu z ludźmi. Wywiad z nim na temat programu mogliście oglądać na blogu mediafun'a. Publiczna.tv nie jest oczywiście magazynem satyrycznym, prześmiewczym. To interaktywny talk-show.

Przede wszystkim hasło powtarzane często przez prowadzącego, czyli "to wy tworzycie ten program", odnoszące się do ustalania przez widzów rankingu tematów z całego tygodnia do kolejnego odcinka przypomina "media to Wy" jakim reklamują się przecież Wiadomości24. Publiczna.tv wpuszcza widzów "na salony", stają się oni de facto prowadzącymi. Program wypełniają więc dyskusje ludzi którzy zabierają głos w interesujących ich sprawach. Stałym punktem jest też przegląd materiałów jakie w ostatnim tygodniu widzowie przysłali na platformę Kontakt. Maciej Mazur użył tutaj nawet terminu "dziennikarstwo obywatelskie". Nie do końca się z nim zgodzę, ale jako, że jego słowa brzmiały dokładnie "coś, co można by nazwać dziennikarstwem obywatelskim" przyjmijmy, że intencje autorów w temacie propagowania uczestnictwa zwykłych ludzi w tworzeniu mediów są słuszne. :) I nie łapmy się za słówka ;), bo jednak gołym okiem widać, że TVN24 zostawia daleko w tyle całą konkurencję jeśli chodzi o te zagadnienia. Ciekawe, jak daleko to zajdzie? Obecnie w czasie magazynów TVN24 mamy możliwość przeczytania od czasu do czasu jakiejś wypowiedzi widza z forum. Ciekawym eksperymentem byłoby natomiast włączenie się takiego widza w dyskusję np. w czasie magazynu "24 godziny" - jako dziennikarza zadającego pytanie, jako komentatora, lub jako lokalnego lub tematycznego eksperta, który akurat ma do czynienia lub bezpośrednio dany temat go dotyczy. Oczywiście są programy studyjne, ale co innego siedzieć na widowni, a co innego przed komputerem i uczestniczyć w takim programie bez wychodzenia z domu.

Publiczna.tv nie jest programem bez wad. Rozumiem, że wykorzystywane są tutaj nowoczesne rozwiązania które wymagają "dotarcia się" i ciężkiej pracy obsługi. Nie wiem natomiast jaki jest sens trzymania na wizji rozmówcy dysponującego jakimś wyjątkowo kiepskim łączem, w wyniku czego 80% jego wypowiedzi jest całkowicie niezrozumiała. Prowadzący oczywiście stara się trzymać fason - kieruje sprawnie dyskusją i sprawia wrażenie, jak by wszystko było w najlepszym porządku. Być może w studio odbiór jest rzeczywiście lepszy. Pamiętajmy jednak, że program jest świeżutki, a Maciej Mazur kilkakrotnie podkreślał, że zdaje sobie sprawę z niedoskonałości. Zapewne w niedługim czasie znalezione zostanie odpowiednie rozwiązanie problemu, a być może tak musi po prostu być. Mi to nieco przeszkadza i psuje przyjemność z oglądania programu.

Zresztą, jeżeli nie dysponujemy szybkim łączem, lub nie chcemy brać udziału w dyskusji live, od następnego odcinka mamy szansę na emisję nagranego wcześniej za pośrednictwem telefonu komórkowego wystąpienia na nurtujący nas temat. Wystarczy wcześniej je wysłać na wspomnianą platformę Kontakt. To kolejny strzał w dziesiątkę i oddanie widzom terytorium zarezerwowanego wcześniej dla dziennikarzy. Ciekawe, co jeszcze wymyślą autorzy Publicznej.tv?