Zobacz mnie na GoldenLine

Jestem Profeo

darmowe liczniki

prasa

piątek, 29 maja 2009
Pieprzony los Kataryny – tak, parafrazując tytuł jednej z powieści Rafała Ziemkiewicza, chciałoby się rozpocząć podsumowanie ostatniej, internetowo-prasowej wojenki na linii „Dziennik” – internauci.  Niestety, moim zdaniem sprawa nie jest tak czarno-biała, jak się ją przedstawia w wielu miejscach w sieci. Nie jest, bo być nie może. Obie strony mają rację i obie jednocześnie przesadzają. Pojawiło się sporo emocji, czasami uprzedzeń, a nade wszystko owczego pędu w wydawaniu pochopnych, kategorycznych opinii.

Kiedy "Dziennik" ujawnił, że wie, kim jest Kataryna i opisał historię ostatnich kontaktów z tą znaną blogerką, proponując jej m.in. swoisty coming-out na łamach gazety (oraz posadę publicystki), w sieci zawrzało. Pojawiły się zarzuty o szantaż, szczególnie po niepotrzebnych słowach redaktora naczelnego "Dziennika" Roberta Krasowkiego. Stwierdził on, że tak wygląda prawdziwe dziennikarstwo, a anonimowi krzykacze na forum komentarzy portalu "Dziennika" mogą go "pocałować w dupę". Prowokacyjnie zniżając się do ich poziomu podlał ostrym sosem i tak zgniły kawałek polskiego Internetu, dotychczas obejmujący swym zasięgiem głównie gros komentatorów na Onecie. Zupełnie niepotrzebnie i bez sensu sprawiając wrażenie, że ma na myśli blogi, fora i w ogóle polskiego internautę. Tylko, że nie ma jednego wzoru polskiego internauty. A komentatorzy poczuli zew krwi i lawina ruszyła. Potem nad "Dziennikiem" zaczęli pastwić się blogerzy. Niemal wszyscy nagle stali się obrońcami anonimowości w sieci i znawcami dziennikarstwa. Można było odnieść mylne wrażenie, że "Katarynagate" ujawniła właściwie skrywaną, brukową naturę "Dziennika".

Przejaskrawiam, bo po pierwsze - nie zgadzam się z kolektywnym potępianiem w czambuł kogokolwiek, jeżeli znajduję u niego pewne racjonalne przesłanki do takiego, a nie innego działania, a po drugie - nieco inaczej wyobrażam sobie polski Internet jako publiczną, przejrzystą sferę wolnej wypowiedzi.

Lubię "Dziennik" za sobotni dodatek "Europa", który czytam regularnie, na zmianę z "Dużym Formatem" Gazety Wyborczej. Nie uważam tej gazety za tabloid, a takie opinie też już się pojawiły. Lubię wywiady Mazurka, komentarze Zaremby. W "Dzienniku" często obok siebie można natknąć się na opinie zarówno Jadwigi Staniszkis, jak i Moniki Olejnik. W "Europie" dyskutują lewicowy Józef Pinior i prawicowi Ludwik Dorn, czy Wiesław Walendziak. Dlatego bardzo irytują mnie uwagi o "Der Dzienniku", który nakręcając sprawę Kataryny próbuje rzekomo ratować swoją malejącą sprzedaż, co i tak mu nie pomoże i w końcu na całe szczęście upadnie. A ja wolę jednak, żeby istniał, bo Polska jest za dużym krajem, żeby podzielić rynek poważnej prasy tylko pomiędzy "Gazetę" i "Rzepę". Szkoda by było tej "Europy", przede wszystkim...

Wracając do meritum, nie uważam, żeby "Dziennik" popełnił jakąś wielką zbrodnię wytaczając przeciwko anonimowym krzykaczom aż tak ciężkie działa. Będę konsekwentny. Często poruszałem kwestię blogów jako równoprawnych względem prasy mediów. I jeżeli rzeczywiście chcemy, żeby blogerzy byli szanowani, stawali się poważnym źródłem informacji, to powinni stać za nimi ludzie z krwi i kości! Takim blogiem jest na przykład "Korupcja w polskim futbolu" wrocławskiego dziennikarza Dominika Panka. Owszem, pod pseudonimem łatwiej publikować kontrowersyjne opinie. Ale niektórzy blogerzy stają się dzięki nim bardzo popularni. Przykład? Kataryna. Tak naprawdę prędzej, czy później jej personalia musiałyby zostać ujawnione. Konflikt z synem ministra Czumy wyniósł Katarynę na same szczyty mainstreamu. Nie przez przypadek - bo przecież Kataryna nie jest ofiarą, której w telewizji zmieniono głos i nie pokazano twarzy, gdyż jest szarym obywatelem pewnej wsi i który właśnie sypie skorumpowanego, despotycznego wójta i nie chce, aby ten go rozpoznał. Jeżeli ktoś pojawia się w "Faktach" TVN jako bloger, to jeżeli poważnie traktuje swoją działalność w sieci, występuje tam jako osoba publiczna.

Rację ma Bartosz Węglarczyk pisząc, że polski Internet jest pełen frustratów. To do nich zwracał się Robert Krasowski w swoim liście. Czy to, co zrobili dziennikarze "Dziennika" jest "dziennikarską gangsterką"? Moim zdaniem Kataryna dobrze wiedziała, co się święci i kolejne odpowiedzi na artykuły "Dziennika" tylko podgrzewały atmosferę. Przez kilka dni sieć żyła tematem i czasami odnoszę wrażenie, że wszyscy daliśmy się podpuścić. "Dziennik" pojechał po bandzie, ale przeżyje. Za parę miesięcy świat Internetu zajmie się czymś innym. Jeszcze niedawno Jarosław Kaczyński kpił z internautów, a dzisiaj straszy Niemcami. Zapomnimy.

Co z tego, że Marcin Król uważa, iż "blogi są czymś idiotycznym"? To tylko opinia, taka sama jak ta Doroty Gawryluk, która uważa anonimowość w sieci za coś normalnego. Dwa odrębne zdania na ten sam temat. Chcieliśmy wolności słowa, no to ją mamy. Jednak wolność słowa jest od tego, żeby jej nie nadużywać. Rodzice każdej kontrowersji, szczególnie sięgającej sfer władzy, powinni być znani. Inaczej utoniemy w błocie domysłów, dziennikarskich śledztw i sprostowań. Bo to nie jest tak, że trafiamy na świecznik i jednocześnie chcemy pozostać anonimowi. Tak się raczej - szczególnie w sieci - nie da. A blogi to wbrew opinii Króla na tyle potężne narzędzia, że szkoda byłoby je sprowadzać do roli sezonowej ciekawostki. Krótko mówiąc – jeżeli sieć zamierza na serio ścigać się z prasą, to musi to robić z otwartą przyłbicą.
wtorek, 12 maja 2009
"Dni internetu, jaki znamy, są już policzone" - te słowa medialnego magnata Ruperta Murdocha, wywołały prawdziwą lawinę dyskusji na temat płatności za treści publikowane w internecie. Wydawcy prasowi zaczęli opracowywać nowe koncepcje ograniczania bezpłatnego wykorzystywania ich materiałów przez media działające w sieci. Wspomniany właściciel koncernu NewsCorp. stwierdził, że ludzie przyzwyczaili się do tego, iż w internecie wszystko mogą dostać zupełnie za darmo. W związku z tym wydawcy powinni zacząć się bronić.

Sam Murdoch zapowiedział, że od przyszłego roku internetowe wydania gazet należących do jego koncernu (m.in. brytyjski "The Times" i amerykański "The Wall Street Journal") będą płatne. Zaczął także inwestować w specjalny, elektroniczny czytnik gazet. I chociaż na rynku działają już podobne urządzenia (np. słynny Kindle), to zdaniem Murdocha nakłady włożone w opracowanie tego typu urządzenia zwrócą się już niedługo. Rynek informacji prasowej, ale i treści publikowanych w sieci ma bowiem w najbliższym czasie ulec diametralnej zmianie.

Za Murdochem poszli kolejni wydawcy. Mathias Döpfner, prezes Axela Springera również wypowiedział się w tej sprawie jednoznacznie - serwisy internetowe powinny zacząć płacić za materiały wyprodukowane przez tytuły należące do jego wydawnictwa. Natomiast Agencja Associated Press stworzyła specjalne oprogramowanie, za pomocą którego śledzi i skanuje treści serwisów internetowych w poszukiwaniu plagiatów. W stosunku do ich autorów zamierza występować na drogę prawną. Serwisy internetowe bronią się argumentując, że nie przeklejają z serwisów gazet całych informacji. Publikują jedynie wycinki, albo piszą skróty, podając i odsyłając zresztą do źródeł.

Jednak wydawcy prasowi którym świat wali się na głowę i z powodu spadku sprzedaży gazet są zmuszeni zamykać kolejne tytuły, są nieprzejednani. W USA zarejestrowali organizację pod nazwą Journalism Online LCC. Ma się ona zajmować pobieraniem opłat za materiały publikowane w sieci od czytelników, ale także od serwisów "agregujących" treści, takich jak np. Google News. W Polsce podobną inicjatywę podjęła Izba Wydawców Prasy która ogłosiła, że istniejące od paru lat stowarzyszenie Repropol zarejestrowało spółkę, która będzie sprzedawać prawa do materiałów produkowanych przez prasę. Sytuacja w Polsce jest jednak o tyle ciekawa, że rodzima Polska Agencja Prasowa, zamiast walczyć wzorem amerykańskiej AP z agregatorami, podpisała z jednym z nich umowę. Dzięki porozumieniu z serwisem Google News, będzie on mógł za opłatą wykorzystywać PAP-owskie materiały.

Cała bitwa z agregatorami treści i serwisami internetowymi to kolejny etap wojny o ustalenie nowego ładu w zmieniającym się, cyfrowym świecie. Świecie, w którym dostęp do kultury i informacji jest coraz szerszy i łatwiejszy. Ten temat przerabiały już zarówno wytwórnie płytowe, jak i producenci gier komputerowych. Ale czy płatne materiały w sieci mają rzeczywiście jakieś szanse na powodzenie? Wydaje się, że dla przeciętnego odbiorcy codzienna dawka informacji jest i tak bardzo duża. Bombardowany często tymi samymi newsami z różnych źródeł - telewizji, radia, gazet, internetu, które wzajemnie się przecież monitorują - może mieć po prostu dość i nawet nie pomyśli, aby płacić za dostęp do kolejnego źródła. W takim wypadku odbiorca często nie potrzebuje nawet specjalnie głębokich informacji. Wystarczy tak podany news, aby mógł zaznajomić się z podstawową treścią przekazu i mówiąc kolokwialnie "nie wypaść z obiegu".

Co więc ma szansę się sprzedać, jeśli nie przysłowiowa papka informacyjna? Z pewnością będą to pogłębione treści i analizy, które zainteresują np. naukowców lub studentów. Mogą to być prognozy finansowe, instrukcje, czy porady prawne, a więc materiały za które czytelnik jest skłonny zapłacić, bo przydadzą mu się np. w pracy. Również biblioteki publiczne zamiast gromadzić mozolnie kolejne roczniki gazet, mogłyby wykupić roczny abonament na stały dostęp do kolejnych numerów. Ostatnio, z okazji 20-lecia powstania Gazeta Wyborcza otworzyła na kilka dni podwoje swego płatnego archiwum, a także uruchomiła skądinąd świetny serwis Gazetopedia. Można tam znaleźć czołówki wszystkich numerów, jakie ukazały się od momentu powstania dziennika. Zarówno ów serwis, jak i archiwum tekstów świetnie się uzupełniają i stanowią ciekawe źródło na temat polskiej historii najnowszej. To dobry kierunek dla wydawców. Ciekawie podana, wartościowa treść zawsze znajdzie nabywcę. Ale walka z newsami po prostu nie ma sensu. Te i tak będą się mnożyć na potęgę i wzajemnie powielać w różnych mediach. Jeżeli wydawcy prasowi zejdą na chwilę z piedestału, na pewno szybko zauważą, że nie są już jedynymi kreatorami rzeczywistości.
poniedziałek, 16 marca 2009
Jako fascynat nowych mediów, wielokrotnie pisałem z pozycji zwolennika mediów obywatelskich, czasami nawet amatorskich, jako wiarygodnego źródła lokalnych i nie tylko informacji. Poruszając temat gazet, a raczej ich upadku zastanawiałem się, co będzie "po". Koniec prasy drukowanej, wzrost znaczenia blogów i dziennikarstwa obywatelskiego, upadek tradycyjnych redakcji? Rzeczywiście według ostatnich prognoz coraz mniej ufamy tradycyjnym mediom. Czas spędzony przed telewizorem czy w fotelu z gazetą sukcesywnie zmniejsza się na rzecz pochłaniania informacji z Internetu.

Pomyślałem jednak - a co stracimy, jeśli gazety rzeczywiście odejdą do lamusa, albo przynajmniej ich rola w kształtowaniu opinii społecznej drastycznie spadnie? Przede wszystkim należy rozróżnić jaką prasę mamy na myśli. Bo jest to niemal równorzędne z tym, o jakich dziennikarzach mówimy. Oczywiście nie zamierzam nikogo wskazywać palcem jako nie-dziennikarza, ale pewien podział jest widoczny nawet dla takiego codziennego zjadacza Internetu i prasy jak ja. Osobiście nie ronił bym krokodylich łez, gdyby ktoś jutro rano obudził mnie z hiobową wieścią, iż "Fakt", "Super Express" i tuzin redakcji kolorowych pisemek o życiu "gwiazd" zamykają swe podwoje. Prawdopodobnie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego. Są przecież Pudelki, Kozaczki i inne plotkarskie portale o równie dziwnych nazwach gdzie mogę śledzić te tematy. I co ciekawe, owe redakcje śpią dotychczas względnie spokojnie.

Jednak gdyby na chwilę głębiej się zastanowić, dojdziemy do wniosku, że istnieje jeszcze inny świat dziennikarstwa prasowego, dziennikarstwa przez duże D. Świata reporterów, takich jak ś.p. Ryszard Kapuściński (to już dwa lata od jego śmierci - jak ten czas leci!), czy osobiście przeze mnie ceniony Mariusz Szczygieł. Ludzi o zgoła odmiennym podejściu do zawodu niż "pracownicy mediów", jak trybiki uwijający się podczas masowej produkcji kolejnych krzykliwych newsów. Co z nimi? Owszem, mogą wydawać książki. To jednak nie to samo, co cykliczna korespondencja, związek z czytelnikiem i tytułem prasowym.

No właśnie. Bardzo często podczas zachwytów nad osiągnięciami nowych mediów zapominamy o tym ostatnim. O ile nie posądzam nikogo o związek emocjonalny z prasą brukową, tak chyba każdy czytelnik gazet ma jeden, ulubiony tytuł, z którym czuje się związany, ceni jego autorów i ich opinie. Mowa najczęściej o tygodnikach, czy prasie branżowej. Tak naprawdę to oni muszą uwijać się jak w ukropie, aby pozostać na powierzchni. Tabloidy (w dobie tabloidyzacji mediów przecież!) sobie poradzą. Przyznam jednak, że paru poważniejszych tytułów byłoby mi osobiście szkoda i dlatego zastanawiam się, w którą stronę powinny zmierzać. Powiem wprost: dla zdrowia i z szacunku dla prawdziwych tuzów dziennikarstwa nie można zmusić ich do nagłej zmiany środowiska, tematyki i obniżenia poziomu. A nawet do skrócenia form twórczości dziennikarskiej tylko dlatego, że teraz trzeba mniej, szybciej, łatwiej. Po prostu musi istnieć pewna elitarna grupa tytułów, którą odbiorcy traktują bardziej jako przynależność do pewnej snobistycznej nieco i schyłkowej raczej kasty "czytelników prasy". Tytułów, w których pojawiają się głębsze analizy, publikacje naukowców, szerokie raporty z różnych dziedzin. Takie rzeczy, co nie jest tajemnicą, lepiej czyta się zresztą tradycyjnie, na papierze, niż przedzierając się przez kolejne strony PDF, czy portali. Tytuły te są więc traktowane bardziej jako źródło wiedzy o świecie, niż źródło "informacji" - bo dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach informacja informacji nierówna.

Pomijam nieco etatystyczne (jak zwykle) podejście Francuzów, którzy w "Zielonej Księdze Prasy" doszli do wniosku, że dziennikarstwo obywatelskie to utopia, a profesjonalny "pośrednik" jest niezbędny, dlatego trzeba dotować podupadające tytuły z publicznych pieniędzy. Chyba nie tędy droga. Zgodnie z przysłowiem - lekarzu, lecz się sam - to prasa sama musi dostosować się do nowych warunków. Przede wszystkim najwięksi redaktorzy MUSZĄ być obecni w sieci. Muszą znać i rozumieć nowoczesne narzędzia - blogi, mikroblogi. To jest przecież przyszłość mediów i nie mogą zaklinać bez końca rzeczywistości twierdząc, że "obejdą się bez". E-gazety to też dobry pomysł na przyszłość. Ale pewne jest, że marka gazety nie może utonąć w morzu potoku informacji agregowanych przez kanały RSS. Musi żyć w sieci nadal jako znany z saloników prasowych periodyk. Dzisiaj poważny tytuł prasowy musi żyć w dwóch równoległych światach. Musi je przenikać. Inicjować tematy w sieci, rozszerzone diagnozy publikować w prasie i w ten sposób budować swoją społeczność czytelników. Kto pierwszy dostosuje się do nowych warunków, ten szybciej wyjdzie z kryzysu w jakiej znalazła się prasa drukowana. Chyba zmienia się też nieco profil czytelnika. Od prasy coraz częściej nie oczekujemy mielenia "bieżączki" (od tego mamy szybką sieć), ale właśnie pogłębionych, naukowych, stojących na wysokim poziomie publikacji. I to może uratować gazety - ich doświadczonych ludzi i markę.

Trzymam za nich kciuki, bo czytanie prasy to poza tym wszystkim bardzo przyjemne zajęcie, kultywowane od pokoleń jako przejaw pędu za wiedzą i rzetelną informacją. Tak, tak, poza monitorem też się takie jeszcze trafiają...
piątek, 17 października 2008
Ostatnimi czasy sporo mówi się o ciągle malejącej roli prasy, czy wręcz o jej rychłej śmierci. Przytacza się spadające dane sprzedaży, snuje prognozy na przyszłość. Wydaje się, że prasa jest skazana na pożarcie. Sieć rośnie w siłę i "wysysa" młodych, potencjalnych czytelników papierowego słowa pisanego. Starych, wychowanych jeszcze w erze przed internetowej szybko zaś ubywa. W efekcie jedynym sensownym rozwiązaniem dla prasy jest poszukiwanie czytelnika w nieco innych rejonach. Czyli tabloidyzacja.

Ale czy prasa rzeczywiście będzie się już tylko "staczać" w tym kierunku? Niekoniecznie. Moim zdaniem znacznie bardziej prawdopodobna jest konwergencja mediów papierowych z internetowymi, a konkretnie z blogami. Liczba nowych blogów rośnie w zastraszającym tempie. O ile jeszcze kilka lat temu ich liczbę można było mierzyć w setkach tysięcy, tak teraz na całym świecie blogi pisze już ponad 70 milionów ludzi. Prawdopodobnie w czasie pisania tego zdania, gdzieś na Ziemi, jakieś kilkadziesiąt osób kliknęło na tej, czy innej platformie blogowej w przycisk "załóż bloga" lub opublikowało właśnie swój pierwszy wpis. Znakomitej większości z nich nigdy nie przeczytamy. Nie dowiemy się kto i że w ogóle pisze bloga na dany temat. Ale mimo wszystko, z tej masy ludzi, stanowiącej w swej liczbie prawie podwojoną populację Polski, musi wyłonić się całkiem spora rzesza pasjonatów, fachowców, czy artystów, którymi wyrażą zainteresowanie tradycyjne media.

Może nie będzie to zbyt odkrywcze (sam żadnym fachurą od nowych mediów nie jestem, ale pasjonatem i owszem ;)), ale zauważyłem, że media, a szczególnie telewizja, od pewnego czasu zaczynają rozwijać się dwutorowo. Z jednej strony postępuje właśnie tabloidyzacja - pogoń za skandalem, gestem, śledzenie rzeczywistości nie od strony merytorycznej, ale socjotechnicznej. Tutaj blogerzy nie mają czego szukać. Z drugiej strony media są coraz bliżej "zwykłych ludzi". Stają się coraz bardziej lokalne. Powstają kanały regionalne (ośrodki TVP Info, świeży TVN Warszawa, w siłę rosną również dodatki lokalne do gazet), a reporterzy terenowi stanowią silną przeciwwagę dla dziennikarskiej śmietanki grasującej na co dzień po Sejmie. Wydaje mi się, że te kierunki rozwoju będą się pogłębiać. Do tego dochodzi kwestia zmiany "stylu" odbioru mediów. Szukamy tylko tego, co NAS interesuje, a nie jak kiedyś, jesteśmy zdani na ramówkę danego kanału. Do tego coraz częściej lubimy sami brać udział we współtworzeniu informacji. To wszystko sprawia, że nowe media, takie jak jak blogi (ale także lokalne portale, stowarzyszenia) będą brać odgrywać coraz większą rolę w kształtowaniu rzeczywistości.

Blogi śledzące np. lokalną scenę polityczną mają szansę być bardzo kompetentnym współpracownikiem i źródłem informacji dla dużych mediów krajowych. Bo kto lepiej niż one zna i rozumie złożoność danej sytuacji? To one na co dzień zajmują się problemami w danym mieście czy miasteczku. Kiedy wychodzi na jaw afera, czy żeby nie być pesymistą - inicjatywa, która nagle trafia do mainstreamu informacji, to ów lokalny serwis, blog typu "watch" wie najwięcej. Już dzisiaj prezentując informacje z regionów, duże media cytują lokalne. Są to najczęściej króciutkie "setki" rzucane do kamery, a kończące się wyjaśnieniem typu - "... - mówił Jan Kowalski z portalu E-Szczebrzeszyn.pl" albo "... - uważa Piotr Nowak, twórca bloga Mój Pcim Dolny.pl". Co stoi na przeszkodzie, aby Ci lokalni "kontrolerzy" stali się pełnoprawnymi uczestnikami dyskursu? Żeby zapełnili gazetowe szpalty? Wprost już teraz łowi w swoim Blogboxie co ciekawsze komentarze i drukuje je w papierowym wydaniu gazety. Myślę, że to jak najbardziej słuszny, ale i konieczny kierunek działań. Tradycyjne media muszą się odświeżać, dostosowywać do nowych warunków, aby zdobyć nowych czytelników.

Pozostaje kwestia wiarygodności tego typu nowych mediów. Przyjęło się przecież, że bloger może napisać każdą głupotę, popełniać kardynalne błędy merytoryczne, nie potwierdzać informacji w kilku źródłach, bo... po co? Blog jest przecież tylko blogiem, dodatkiem, zabaweczką. To stereotypy. Po co niby bloger miałby bruździć na swoim własnym podwórku? Po to stworzył bloga i regularnie patrzy na ręce lokalnym urzędnikom? Pomijając nieliczne przypadki zawistnych trolli, raczej ciężko obronić taki pogląd. Ci ludzie informują dlatego, że uważają swoją działalność za potrzebną, a poza tym sprawia im to frajdę. W przeciwieństwie do - jak to się niekiedy brzydko mówi - pracowników mediów - mówią o swoich sprawach, bo bezpośrednio ich one dotyczą. Nagłaśniają sprawę spleśniałej kiełbasy w pobliskim spożywczaku, bo codziennie robią w nim zakupy, sprawę ścieków zanieczyszczających pobliski staw, bo co roku w lato nad nim wypoczywają, czy wreszcie sukces lokalnych wolontariuszy którzy wyremontowali przedszkole, bo - no właśnie - "patrzcie, to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!". Ot, dziennikarstwo oddolne. Które w moim mniemaniu ma szansę uratować podupadającą prasę.

Jeszcze prasa nie zginęła, póki blogi żyją. Tak myślę.
11:33, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 maja 2008
Wrócę jeszcze na moment do tematu hipotetycznego upadku reportażu spowodowanego rozwojem dziennikarstwa uprawianego w internecie i w ogóle upadku prasy w dłuższym okresie czasu.

Manageria zamieszcza artykuł na temat Craig'a Newmark'a, właściciela internetowego serwisu ogłoszeniowego Craigslist, jednej z najpopularniejszych stron internetowych w USA. Padają tam ciekawe liczby i skutki jakie wywołują na rynku prasy i nie tylko. W serwisie zamieszczono już 600 milionów darmowych ogłoszeń. Poza tym pozbawiony reklam serwis zarabia na płatnych ogłoszeniach (o pracę i dot. nieruchomości) z czego rocznie uzyskuje przychód w postaci prowizji rzędu 80-100 milionów dolarów.

Prasa papierowa oczywiście protestuje. No bo niby jakim prawem sieciowa zabawka (w artykule pada stwierdzenie "weekendowy projekt", co pewnie dosyć dobrze oddaje stan percepcji tradycyjnych mediów łypiących zazdrosnym wzrokiem na coraz to nowe sieciowe projekty) ma zabierać przychody z ogłoszeń poważnym gazetom?

Zauważyłem, że cały ten internetowy stuff, mocno osadzeni i powiązani siecią wzajemnych zależności (wertykalnych, ale i towarzyskich) gracze medialni traktują jak swoistą "szarą strefę". Ta "szara strefa" działa sobie nielegalnie gdzieś obok, jakby poza rynkiem tradycyjnym i zabiera mu odbiorców. Papierowe tytuły tracą nie tylko spore pieniądze, ale i czytelników. Zmuszone więc do zamykania dzienników, albo przekształcania je w tygodniki same wchodzą w tę "szarą strefę" i większość swoich tekstów zamieszczają w sieci.

Ciekawe w jaki sposób, jakimi środkami i czy w ogóle prasa papierowa zamierza zareagować na obecną sytuację. Być może ich doradcy prawni już pracują nad analizami które wykażą, że ogłoszenia zamieszczane w sieci samopas są nielegalne i wymagają mocnego, ugruntowanego prawnie pośrednika. Zresztą ogłoszenia to tutaj tylko mały przykład. Przecież pod "wolny obieg informacji", "wolną kulturę", "tworzenie wolnych treści" można podciągnąć dokładnie wszystko. Dzisiaj powoli modna wśród rządowych elit - niewątpliwie powiązanych z odwiecznymi jak się wydaje koncernami medialnymi - staje się dojrzewająca myśl o "ochronie własności intelektualnej". Przygotowywane są już nawet odpowiednie dokumenty w tej sprawie.

Wydaje mi się, że na razie ci wielcy gracze nie wiedzą za bardzo "co z tym internetem" zrobić. Jedni wchodzą w nowe buty szybko i sprawnie, dzięki czemu zaczynają  coraz szybciej biec przed siebie. Ale inni, nieruchawi, zasiedziali w swych gmachach, redakcjach, pomstują i klną na czym świat stoi, kombinując wraz z władzami które są równie łase na tego typu kontrolę, jak ukrócić nielegalną ekspansję sieciowej amatorszczyzny. Sieć traktują jak dziki zachód. Niezdobyty, dziewiczy teren, pełen społecznych aktywistów finansujących niezależne dziennikarstwo, jak robi to Craig Newmark. Pytanie, czy nowe projekty medialne będą na tyle silne, żeby zatrzymać ekspansję "starego porządku" w drugą stronę?
wtorek, 13 maja 2008
Na blogu Netto reuptake zastanawia się się nad przyszłością reportażu. W ostatnim wpisie, odnosząc się po części do nagrobka wystawionego prasie drukowanej przez agencję interaktywną Artegence, o czym pisałem poprzednio, pyta, czy dziennikarstwo obywatelskie nie będzie oznaczać końca reportażu. Wywołał mnie też do tablicy, więc postaram się przedstawić zwięźle swoje zdanie na ten temat.

Otóż moim zdaniem reportaż może spać spokojnie. Na pewno się wybroni. Wspomniany przez reuptake Mariusz Szczygieł to moim skromnym zdaniem wzór dobrego dziennikarza. Kontynuujący linię Ryszarda Kapuścińskiego, świetny warsztatowo. W przeprowadzonej kiedyś przeze mnie rozmowie z nim wcale nie obawiał się nowych, dziennikarskich inicjatyw, a wręcz im kibicował.

Bo to trochę dwa różne światy - reportaż w wykonaniu Szczygła, czy Hugo-Badera, a dziennikarstwo obywatelskie. Reportaże Szczygła świetnie się czyta w książkach. Na tę kwestię trzeba też spojrzeć, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, z pozycji kulturowych, społecznych. Myślę, że konstrukcja "internet, portale, blogi, a zatem i dziennikarstwo obywatelskie doprowadzą do upadku prasy drukowanej, a przez to i reportażu" jest zbyt prosta. Redakcyjne działy reportażu może i będą skromniejsze, kosztem newsowych, bo przecież prasa będzie zmuszona gonić internet. Myślę jednak, że patrząc tylko na biznesowe słupki, reportażu tak szybko się nie pogrzebie.

Internet owszem, jest mocarzem, ale cały czas za krótkim w majtkach, żeby całkowicie wyeliminować reportaż. Główną domeną internetu, przynajmniej na razie, są trzy dziedziny - informacja, rozrywka, usługi (komunikacja etc). Reportaż zawsze łatwo dostosowywał się do nowych warunków. Przetrwał radio, rodząc reportaż radiowy. Przetrwał telewizję, rodząc reportaż telewizyjny. Reportaż to jednak coś więcej niż informowanie. To gatunek literacki łączący publicystykę z literaturą piękną. Ja jestem zwolennikiem tezy, że dziennikarstwo obywatelskie to czasami czysta informacja, czasami prowokowanie do dyskusji, a czasami społeczna kontrola. Rzadko kiedy jednak stanowi strawę duchową dla czytelnika. Więcej w nim funu, wykorzystywania powszechnie dostępnych dziś narzędzi jak aparat, kamera cyfrowa, czy serwisów typu flickr, niż poważnej pracy nad tekstem, gry słów, które są często domeną reportażu.

Reportaż to bardziej sztuka, a internet - rozrywka. Czy tego chcemy czy nie - reportaż to ciężka, poważna praca również nad sobą, a internet to zabawa, obraz, dźwięk. Czy coś się zmieni? Póki co, trendy są raczej jasne. Być może wykształci się coś na kształt reportażu internetowego. Krótszego, szybszego. Czemu nie? O fotoreportażu nie wspominając. Owszem, o profesjonalizmie dziennikarza obywatelskiego świadczy tylko i wyłącznie jego rzetelność. Teoretycznie więc nowy król reportażu może narodzić się w sieci. Myślę jednak, że Mariusz Szczygieł nie musi nerwowo szukać swojego "łebdwazerowego alter-ego". Reportaż na naprawdę wysokim poziomie pozostanie domeną wybitnych jednostek. Zresztą, moim zdaniem to dobry kierunek dla prasy. Na polu newsów, rozrywki - są przegrani. Póki co jednak Leszek Kołakowski nie prowadzi bloga, podobnie jak wielu myślicieli na świecie.

Prasa to pewnie dziedzictwo kulturowe; jakoś nie wyobrażam sobie czytania kilkustronicowych esejów Sormana w sieci. Jest to zwyczajnie niewygodne. "Takie rzeczy to tylko w prasie", a internet zostawmy krótkim, informacyjnym formom. Przyznam, że sam już dawna kupuję tylko sobotni "Dziennik" dla dodatku "Europa", a sama gazeta po pobieżnym przejrzeniu i stwierdzeniu - ja to wszystko już wiem, bo przeczytałem w internecie - ląduje w koszu. To tak jak z grafiką, czy innymi tego rodzaju dziedzinami sztuki. Grafika też ma swoją wartość, festiwale, nagrody. Ale to jednak coś innego, niż tradycyjne malarstwo. DeviantART nie zastąpi dobrego muzeum, czy galerii sztuki. A raczej startuje w nieco innej lidze.

Dlatego uważam, że "góra piramidy" pozostanie nienaruszona. Jak szybko internet by się nie rozwijał, nie "kradł" kolejnych dziedzin życia, to jednak człowiek do pewnych rzeczy, wbrew pozorom, bardzo silnie się przyzwyczaja.
15:50, matesky , prasa
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 maja 2008
Agencja interaktywna Artegence wystawiła prasie drukowanej taki właśnie nagrobek. W roku piłkarskiego, polsko-ukraińskiego Euro zniknie z rynku ostatnia papierowa gazeta. No dobra, nie zniknie. Ale pozycja tych mediów gwałtownie osłabnie.

Wśród wydawców prasy podniósł się oczywiście rejwach, a Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy stwierdził, że jeżeli kampania wystartuje na dobre, trzeba będzie sprawdzić czy aby nie jest niezgodna z kodeksem etycznym. A jako, że kampania wystartowała, Magda Górak z Artegence wytoczyła dosyć ciężkie kontrargumenty. Stwierdziła, że funkcje informacyjne, opiniotwórcze, czy rozrywkowe znacznie lepiej spełniane są w internecie. Z nutką ironii wyraziła zaniepokojenie szczególnie przyszłością dzienników przypominając, że przy nich portale internetowe są przecież minutnikami. Prasa nie ma szans na konkurowanie z nimi w kwestii szybkości przekazu informacji. Następnie na pocieszenie porównała gazety do antyków, na które zawsze znajdą się amatorzy.

Zaniepokojenie ludzi związanych z prasą drukowaną jest zrozumiałe. Nad Wisłą rośnie rynek reklamy w sieci (w 2007 roku środki na reklamę w internecie zamknęły się kwotą 700 mln i wyprzedziły te przeznaczane na reklamę w radio o prawie 30 mln zł). W Polsce i tak wydaje się na razie, że rynek prasy ma się całkiem dobrze. Szczególnie w ostatnich latach - u boku Rzepy i Wyborczej pojawili się dwaj gracze w postaci Dziennika i Polski. Jest jednak jeden szkopuł - prasa nie jest innowacyjna. I to może być dla niej spory problem.

Pomijając fakt, że w prasie o danym wydarzeniu przeczytamy najwcześniej na drugi dzień, a w internecie natychmiast, w sieci mamy masę innych możliwości i form odbioru oraz wyrazu. Obejrzymy lub odsłuchamy materiały multimedialne. Sieć jest interaktywna. Mamy możliwość natychmiastowego skomentowania tychże. Internet pozwala również na staranną selekcję informacji. Prasa raczej je standaryzuje, co w rzeczywistości ponowoczesnej kultury, gdzie wszelkie media, rozrywka skupiają się na indywidualnym odbiorcy jest reliktem. Papierowe gazety nie są po prostu przygotowane do tej nowej rzeczywistości. Dziennikarze obywatelscy są tutaj uczestnikami, a kto wie czy nie prowodyrami "kreatywnej destrukcji", jak tę sytuację nazwał Edwin Bendyk. Jego zdaniem ten, kto nie odważy się wziąć w niej udziału będzie przegrany. A żeby uciekać do przodu, trzeba wprowadzać innowacje. I koło w przypadku drukowanych gazet się zamyka.

Gazety są zinstytucjonalizowane. Mają markę, logo, siedzibę, etatowych pracowników. To powoduje, że obrastają w piórka. Ich dziennikarze twierdzą niekiedy, że tylko oni mogą mienić się zawodowcami. Jak każda zamknięta grupa zawodowa starają się nie dopuścić, dyskredytują, a najczęściej wyśmiewają każdą próbę lub prognozę zmian. Termin dziennikarz-amator stosowany na określenie dziennikarzy obywatelskich to z ich strony tylko taki lajtowy prztyczek w nos. Tymczasem dziennikarz obywatelski sam sobie jest instytucją. Jako jednostka, jako obywatel jest w centrum współczesnej kultury i życia społecznego. O jego wiarygodności nie decyduje przynależność do jednej ze zwalczających się wzajemnie kast, ale osobista rzetelność. Przy okazji globalizacja wymusza łączenie się lokalnych, narodowych firm w wielkie, transnarodowe korporacje. Dziennikarstwo obywatelskie i wolna kultura są tutaj krok przed gazetowym, drukowanym słowem. Być może nawet stopniowe otwieranie się gazet na współpracę z dziennikarzami obywatelskimi nie uchroni ich przed powolną marginalizacją.

Cyfryzacja telewizji w 2012 roku może oznaczać przejście drukowanej prasy na pozycje naukowego materiału źródłowego do poczytania w (tradycyjnej, rzecz jasna) bibliotece, albo plażowego, ubogiego zamiennika sieci. Poza tym rynek reklamy w internecie będzie stale rósł i pomijając wszelkie kwestie technologiczne czy społeczne, może się to okazać czynnikiem decydującym o końcu wiodącej roli prasy.